Ja My Oni

Wirus szczęścia

Dobre relacje z innymi ludźmi wzbogacają nasze życie

Wśród osób spokrewnionych ze sobą nastrój przeskakuje jak iskra z zapałki na zapałkę. Wśród osób spokrewnionych ze sobą nastrój przeskakuje jak iskra z zapałki na zapałkę. Fiona Jackson-Downes / Getty Images
Czy nastrojem można się zarazić.

Tekst ukazał się w nowym Poradniku Psychologicznym „Ja My Oni” – „Skąd brać nadzieję, radość, spokój” – dostępnym od 13 lutego 2019 r. w kioskach i w internetowym sklepie POLITYKI.

***

„Księga hygge. Jak zwolnić, kochać i żyć szczęśliwie” czy „Lagom. Szwedzka sztuka życia” – te rozchwytywane w ostatnim czasie poradniki zawierają rozdziały poświęcone temu, że dobre relacje z innymi ludźmi wzbogacają nasze życie. Ich autorzy twierdzą, że dzięki przyjaciołom można stać się szczęśliwszym. Sugerują, że od szczęśliwych przyjaciół można uszczknąć trochę pozytywnej energii. Łatwo powiedzieć. Ale jak to działa?

Informacja w minie

Z doświadczenia wiemy, że nastroje się udzielają – zwłaszcza te ludzi bliskich. Ewolucja wyposażyła Homo sapiens w umiejętność błyskawicznego reagowania na ekspresję emocji malującą się na twarzy innych osób. Pierwotnie służyło to zapewne temu, by matka mogła dostroić się emocjonalnie do swojego dziecka i odpowiednio reagować na jego potrzeby. Z czasem ta zdolność rozszerzyła się na inne osoby dorosłe w obrębie rodziny, później na przyjaciół i w końcu na nieznajomych. Być może pozostałością tego cyklu jest to, że do dziś „robimy się bardziej osowiali w towarzystwie smutnych członków rodziny aniżeli w towarzystwie smutnych nieznajomych” – jak napisali w książce „W sieci. Jak sieci społeczne kształtują nasze życie” lekarz i socjolog Nicholas A. Christakis oraz politolog James H. Fowler.

Ekspresja emocji i umiejętność ich odczytywania wykształciła się wcześniej niż mowa. Emocje pełniły rolę ostrzeżenia („Słyszę wroga; boję się”) lub pozwalały podtrzymać relacje społeczne („Jestem szczęśliwy; trzymaj się mnie”). Ale nawet kiedy Homo sapiens nauczył się komunikować werbalnie, wciąż doskonalił się w rozumieniu mimiki i przy okazji również w synchronizacji zachowania z innymi ludźmi.

Odpowiedzialne za to są dwie predyspozycje biologiczne. Do naśladowania innych osób dzięki układowi neuronów lustrzanych w mózgu oraz do przejmowania stanu ducha innych poprzez kopiowanie zewnętrznych przejawów ich emocji. W tym drugim przypadku dochodzi do mimicznego sprzężenia zwrotnego: bodźce przewodzone są z mięśni twarzy do mózgu poprzez nerwy aferentne, dośrodkowe i wywołują określony rodzaj aktywności neurofizjologicznej. „Kiedy twój przyjaciel jest szczęśliwy, uśmiecha się do ciebie, ty uśmiechasz się do niego i czynność uśmiechania się wywołuje w tobie poczucie szczęścia” – tak opisali to zjawisko Christakis i Fowler.

Nastrój w genach

Transmisję nastroju w obrębie rodziny ułatwiają wspólne geny. Koncepcja afektu głównego Melanie Davern z University of Melbourne, Roberta A. Cumminsa z DEAKIN University i Marka Stokesa z University of Oxford zakłada, że każda osoba ma charakterystyczny dla siebie afekt główny, sprowadzający się do tego, na ile czuje się szczęśliwa, zadowolona i podekscytowana. Jest on wytwarzany neurofizjologicznie i jest uwarunkowany genetycznie. Działa poza kontrolą osoby, wpływając na jej osobowość, procesy pamięciowe i reakcje na konkretne sytuacje, dążąc jednocześnie do samopodtrzymania. Choć czasem zdarza się, że przeżywane aktualnie emocje (np. po wygranej w totolotka) dominują nad wyjściowym poziomem nastroju, jednak po jakimś czasie, na zasadzie homeostazy, wszystko wraca do normy.

Christakis i Fowler tak podsumowali to zjawisko: „Człowiek, który próbuje być szczęśliwszy, niż jest, przypomina osobę idącą pod górę zjeżdżającymi w dół schodami. Mimo że podejmowana przez jednostkę próba wspięcia się wyżej i osiągnięcia szczęścia dużo daje, to jednak przeciwdziała temu proces adaptacji, który zmusza jednostkę do powrotu do stanu wyjściowego”.

Wśród osób spokrewnionych ze sobą nastrój przeskakuje więc jak iskra z zapałki na zapałkę. Niewiele potrzeba, aby rodzice i dzieci czuli to samo (wcale nie dlatego, że reagują na tę samą sytuację w utrwalony przez lata stały sposób), ale dlatego, że genetycznie są predysponowani do bycia w podobnym do siebie nastroju.

Na pytanie, w jaki konkretnie sposób emocje rozchodzą się w obrębie rodziny, próbowali odpowiedzieć psychologowie Reed W. Larson z University of Illinois i Maryse H. Richards z Loyola University of Chicago. Zaprosili do zaplanowanego na tydzień badania 55 rodzin składających się z matek, ojców i ich dzieci w wieku od 10 do 14 lat. Każdej osobie wręczyli pager i poprosili, by notowała, w jakim nastroju była, gdy otrzymała od badaczy sygnał. Badani nie wiedzieli, kiedy konkretnie zostanie on wysłany, zostali tylko uprzedzeni, że w godz. 7.30–21.30.

Celem były odpowiedzi na trzy pytania. Czy nastroje członków rodziny faktycznie są podobne do siebie, a co za tym idzie, czy konkretne familie cechuje określony rodzaj emocjonalności? Czy członkowie rodziny zarażają się od siebie emocjami? I kto najskuteczniej wpływa na nastrój pozostałych – matka, ojciec czy dziecko?

Badacze ustalili, że im matka była szczęśliwsza, tym ojciec był szczęśliwszy i na odwrót. Związek ten był silniejszy, gdy matka i ojciec przebywali razem, niż np. gdy byli w pracy. Emocje synów nie miały związku z tym, co czuli ich rodzice. Nastrój córek wywierał zaś wpływ na samopoczucie matek i ojców, a ojców – na matki i synów (ale już nie na córki). Oznacza to, że jeśli chodzi o zmianę emocji w rodzinie, to najczęściej doprowadzają do niej córki i ojcowie.

Depresja w akademiku

W latach 80. zespół składający się z lekarzy i psychologów Mary J. Howes z Beth Israel Hospital w Bostonie oraz Jack E. Hokanson i David A. Loewenstein z Florida State University przeprowadził badanie nad rozprzestrzenianiem się depresji. Wzięło w nim udział 88 dziewcząt i chłopców rozpoczynających studia na FSU. Mieli zamieszkać w akademiku w dwuosobowych pokojach, wcześniej nie znali swoich współlokatorów. Tydzień przed wprowadzeniem się wypełnili Inwentarz Depresji Becka, za pomocą którego ustalono, czy zmagają się z tą chorobą, czy nie. Następnie zostali połączeni w 22 pary, w których jedna osoba miała objawy depresji, a druga – nie, oraz 22 pary zdrowych osób. Badanie trwało 3 miesiące. W tym czasie jeszcze trzykrotnie (w 1., 5. i 11. tygodniu) uczestnicy wypełniali Inwentarz Depresji Becka oraz inne kwestionariusze. Na podstawie odpowiedzi wyłoniono 14 osób, u których stwierdzone na początku badania objawy depresji ustąpiły w trakcie eksperymentu, oraz 8 osób, u których pozostały one bez zmian. I przyjrzano się ich pierwotnie zdrowym współlokatorom.

Okazało się, że i oni wykazywali symptomy depresji (choć ci z pierwszej grupy w mniejszym nasileniu) statystycznie istotnie większe niż w grupie kontrolnej (czyli u osób, które miały zdrowych współlokatorów). Howes, Hokanson i Loewenstein uważają, że dysforyczny nastrój pod koniec badania u wyjściowo zdrowych studentów mógł być wynikiem jednego czynnika lub ich kombinacji: indukcji nastroju od chorego współlokatora podczas codziennych interakcji, mimikry, czyli mimowolnego naśladownictwa stylu zachowania chorego współlokatora (a przez to i jego nastroju), oraz po prostu reagowania depresją na konflikty z chorym współlokatorem.

Prof. Robert A. Cummins przyznaje, że gdy nastrój ulega obniżeniu, a negatywny afekt jest doświadczany chronicznie, dana osoba może popaść w depresję. Kontrolę nad jej nastrojem przejmuje bowiem stresor, który wyłącza jej wewnętrzny proces homeostazy. Najnowsze badania pokazują ponadto, że nastrój oscyluje wokół określonego poziomu tylko w przypadku osób o wyjściowo wysokim i średnim poziomie dobrostanu psychicznego. U tych o wynikach poniżej średniej jest znacznie bardziej płynny. Może ulec znacznemu podwyższeniu dzięki zwiększeniu zasobów, takich jak znacząca relacja z inną osobą czy zwiększenie dochodów, albo obniżeniu, gdy tych zasobów w obliczu trudnej sytuacji brakuje. Ponadto są dowody na to, że pod wpływem długotrwałej sytuacji, w której nie ma kontroli nad stresorem (np. nieuleczalną chorobą), może dojść do trwałego obniżenia nastroju. Cummins przyznaje, że traktowanie nastroju jako stałego jest zbytnim uproszczeniem.

Korespondują z tym wyniki badań profesora Bruce’a Headeya z University of Melbourne. Pokazują, że neurotyczność w połączeniu z introwersją może prowadzić do obniżenia poczucia dobrostanu psychicznego, a ekstrawersja i stabilność emocjonalna do jego wzrostu.

Dzikość w pracy

Dale Carnegie w „Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi” – bestsellerze napisanym jeszcze w latach 30. i ciągle wznawianym w poprawianych wersjach, mówi wprost: jeśli chcesz, żeby twoje relacje ze współpracownikami układały się dobrze, to ich nie krytykuj i nie pouczaj. A przełożonym zaleca: jeśli chcesz, żeby twoi podwładni lubili swoją pracę i czuli się odpowiedzialni za to, co w niej robią, nie stój nad nimi i nie pokazuj palcem, co robią źle. Bo jak tylko się odwrócisz, przestaną się starać.

W 99 przypadkach na 100 ludzie nie dostrzegają swojej winy, nawet jeśli jest ona ogromna – tłumaczy Dale Carnegie. „Uraza i niechęć spowodowane krytyką mogą tylko zdemoralizować pracowników, członków rodziny i przyjaciół; nie zmienią tego, co już się stało. Jeśli chcesz kogoś zmienić, ulepszyć, poprawić, to zacznij od siebie. Na pewno coś się znajdzie” – zaręcza. I przytacza zdarzenie, w którym brał udział Robert „Bob” Hoover – pionier współczesnej akrobacji, instruktor i bohater II wojny światowej, nazywany jednym z najlepszych pilotów wszech czasów.

Kiedy po pokazie w San Diego leciał wraz z dwoma pasażerami do domu w Los Angeles śmigłowcem z lat 40., na wysokości trzech tysięcy stóp (900 m) zatrzymały się oba silniki. I tylko dzięki umiejętnościom pilota udało się bezpiecznie wylądować, choć maszyna została całkowicie zniszczona. Hoover obejrzał wrak i upewnił się, że przyczyną katastrofy było to, co podejrzewał: mechanik zamiast paliwem odrzutowym zatankował samolot benzyną. „Bob” wrócił do San Diego, aby się z nim rozmówić. Jak relacjonował to zdarzenie magazyn „Flight Operations”, młody mechanik był przerażony. Tymczasem Hoover położył mu na ramieniu swoją wielką rękę i powiedział: „Ponieważ jestem pewien, że więcej tego nie zrobisz, proszę, abyś jutro przygotował do startu mojego F-51”. „Bob” zmarł w 2016 r. w wieku 94 lat.

Nawet zupełnie pewni, że mamy rację, jeśli zechcemy obrazić kogoś tak, że będzie o tym pamiętał przez dziesiątki lat i nie wybaczy nam do śmierci – po prostu zafundujmy mu odrobinę jadowitej krytyki – pisze Carnegie. Krytykować, potępiać i narzekać potrafi każdy głupiec – i większość głupców to robi. Ale aby zrozumieć i darować, potrzeba charakteru i samokontroli. Zgryźliwy kolega czy koleżanka pirania potrafią skutecznie zepsuć nastrój. Zgodnie z teorią samooceny jako socjometru prof. Marka Leary’ego z Duke University wypominanie błędów czy ośmieszanie jest sygnałem, że nie należymy do grupy (tych, co robią dobrze). I jest odczytywane jako groźba wykluczenia. Groźba taka z kolei uderza w pierwotną potrzebę przynależności towarzyszącą ludziom od czasów, gdy bycie samemu równało się rozszarpaniu przez dzikiego zwierza. Dlatego gdy jesteśmy krytykowani, czujemy się tak, jakbyśmy mieli przed nosem jego ostre kły.

Radość w miasteczku

Nicholas A. Christakis i James H. Fowler przeprowadzili także badanie dotyczące transmisji szczęścia na mieszkańcach Framingham w stanie Massachusetts. Najpierw zebrali dane o tym, kogo z kim wiążą relacje rodzinne, a kogo przyjacielskie, oraz o ich poczuciu szczęścia. Następnie stworzyli graf przedstawiający sieć społeczną składającą się z 1020 tzw. węzłów reprezentujących każdego z badanych. W końcu za pomocą analiz matematycznych obliczyli, że utrzymywanie kontaktów ze szczęśliwą osobą zwiększa poczucie szczęścia człowieka o 15 proc. Jeśli ta osoba ma w otoczeniu inną szczęśliwą osobę – o dodatkowe 10 proc. A jeśli szczęśliwy jest nawet nieznany mu znajomy znajomego jego znajomego – o kolejne 6 proc.

To pionierskie badanie pokazuje, jak dyskretny, ale znaczący wpływ na nasze życie mają sieci społeczne, w których funkcjonujemy. Badacze wykazali, że odpowiedzialna za ten efekt jest zaraźliwość emocjonalna, mniejszą rolę gra to, że relacje społeczne jako takie zaspokajają naszą ewolucyjną potrzebę bliskości z innymi ludźmi i dzięki temu czujemy się szczęśliwsi. Stwierdzili również, że znaczenie dla poczucia szczęścia ma nie liczba przyjaciół, a to, czy są oni szczęśliwi czy nie – obliczyli bowiem także, że każda smutna osoba zmniejsza nasze poczucie szczęścia o 7 proc. No i ustalili, że jeśli nasz szczęśliwy przyjaciel mieszka w odległości do 1,5 km od nas, szansa, że my też będziemy szczęśliwi, wzrasta o 25 proc., a gdy w takiej odległości mamy brata lub siostrę – o 14 proc.

Większość z nas ciągnie do ludzi optymistycznie nastawionych do życia, bo dzięki nim stajemy się szczęśliwsi, co dało się udowodnić naukowo. Gdy więc po operacji brzucha rozmawiasz z kimś i nie możesz przestać się śmiać, postaraj się, aby chciał zostać twoim przyjacielem na całe życie.

***

Epidemie emocji

Emocjami, np. śmiechem nie do powstrzymania, można „zarazić się” również od obcych ludzi. Zjawisko takie może przybrać nawet masową skalę, jak w 1962 r. w szkole misyjnej dla dziewcząt w Tanzanii, gdzie „epidemia” objęła tysiąc osób – wtedy mówi się o psychozie tłumu. Przypomina ona „psychiczne tornado, które zgarnia do środka skądinąd zdrowych ludzi. Czasami pojedyncza reakcja emocjonalna może – niczym jeden przestraszony bawół w stadzie – wywołać u innych osób to samo uczucie, pobudzając ich do zrywu emocjonalnego.

Jednym z pierwszych opisanych przypadków takiej epidemii był „taneczny szał” w 1374 r. w Akwizgranie (obecne Aachen w Niemczech). Kolejne przypadki choreomanii zdarzały się później również w Anglii, Francji, Holandii i Włoszech. Działo się to po epidemii czarnej śmierci (dżumy), która w ciągu czterech lat (1347–51) zabiła ok. 45–50 proc. ludności w Europie (w północnej Francji, Hiszpanii i Włoszech nawet 70 proc.). Na ulicach i w kościołach ludzie spontanicznie chwytali się za ręce, tworzyli w ten sposób kręgi i tańczyli. Bez przerwy, bez opamiętania. Panował wśród nich przy tym nastrój dojmującego przygnębienia i rozpaczy. Upadali i znów wstawali. Niektórzy umierali wręcz z wycieńczenia.

Przyczyną psychozy tłumu zawsze jest (zbiorowy) lęk lub niepokój. Może się on objawiać na dwa sposoby – czysto lękowy lub motoryczny. W Akwizgranie i w Tanzanii wystąpiła ta druga. Pierwsza może objawiać się bólem brzucha i głowy, omdleniami, utratą tchu, mdłościami czy zawrotami głowy. W 1998 r. tego typu zaburzenie wystąpiło wśród uczniów szkoły średniej w McMinnville w stanie Tennessee. Zaczęło się od nauczycielki, która na lekcji nagle źle się poczuła i mówiła, że w powietrzu czuje zapach benzyny. Tego dnia jeszcze stu uczniów (spośród ogólnej liczby 1825) trafiło do szpitala, skarżąc się na problemy z oddychaniem, ból i zawroty głowy oraz nudności. Gruntowna inspekcja placówki dokonana przez specjalistyczne służby, m.in. Epidemic Intelligence Service, który specjalizuje się w badaniu zatruć wąglikiem i ebolą, nic nie wykazała. Wszystko wskazuje na to, że choroba uczniów została wywołana po prostu przez udzielenie się im silnych emocji nauczycielki.

***

Tekst ukazał się w nowym Poradniku Psychologicznym „Ja My Oni” – „Skąd brać nadzieję, radość, spokój” – dostępnym od 13 lutego 2019 r. w kioskach i w internetowym sklepie POLITYKI.

Reklama
Reklama