Era Nowe Horyzonty
Po raz kolejny zdecydowaliśmy się wesprzeć festiwal Era Nowe Horyzonty, który w tym roku odbędzie się po raz ósmy (Wrocław, 17-27 lipca). Festiwali filmowych jest w Polsce wiele (i wciąż przybywa nowych), ale Nowe Horyzonty to wydarzenie naprawdę wyjątkowe.

Horyzonty z „Polityką"

Decyduje o tym przede wszystkim oryginalna formuła przeglądu: filmy zagraniczne i krajowe, zarówno fabularne, jak i dokumentalne, oprócz tego znaczące wydarzenia muzyczne, ponadto otwarte debaty o sztuce, nie tylko filmowej, i ciekawe życie towarzyskie.

Najważniejsze są oczywiście filmy, starannie wyselekcjonowane, stanowiące próbkę tego, co we współczesnej kinematografii światowej najciekawsze. Takich tytułów, jakie zaprezentowane zostaną we Wrocławiu, nie zobaczycie w multipleksie za rogiem, przynajmniej nie w największych salach. Nowe Horyzonty to festiwal, który przywraca wiarę w kino.

Wiedzą o tym doskonale kinomani, którzy od dawna towarzyszą wakacyjnym przygodom z filmem zapoczątkowanym wiele lat temu przez Romana Gutka (przed Wrocławiem był Kazimierz, potem Sanok i Cieszyn). Ale zachęcamy również Czytelników, którzy nie mieli jeszcze okazji uczestniczyć w tej atrakcyjnej i wyjątkowej imprezie. Naprawdę trudno o lepszy pomysł na 11 wakacyjnych dni! Aby czasu do namysłu było więcej, już dziś przedstawiamy najważniejsze wydarzenia festiwalu.

Do zobaczenia we Wrocławiu.
 

Zdzisław Pietrasik
 


Nowe Filmy Polskie

W cyklu prezentującym najnowsze osiągnięcia rodzimej kinematografii w tym roku wezmą udział również filmy znane wcześniej z ekranów i wyświetlane już na innych festiwalach. W ten sposób zostanie poszerzona dotychczasowa formuła polegająca na promocji wyłącznie premierowych tytułów. Ma to swoje dobre strony, konkurs fabuł ocenia bowiem międzynarodowe jury, które niejednokrotnie narzekało na zbyt skromny wybór.
 

Dotychczasowymi zwycięzcami konkursu były półamatorskie, niszowe etiudy: „Przebacz" Marka Stacharskiego i „Wstyd" Piotra Matwiejczyka (ex aequo w 2006 r.) oraz „Raj za daleko" Radosława Markiewicza (2007), co wywołało kontrowersje. Dzięki zmianom może tym razem uda się ich uniknąć. Laureat otrzyma Wrocławską Nagrodę Filmową ufundowaną przez prezydenta Wrocławia w wysokości 100 tys. zł (60 tys. dla reżysera, 40 tys. dla producenta). Cenne wyróżnienie przypadnie również debiutantom. Marszałek województwa dolnośląskiego, partner festiwalu, ufundował specjalną nagrodę (40 tys. zł) dla najlepszego reżyserskiego debiutu, która będzie przyznawana regularnie co roku.

W tym roku w konkursie Nowe Filmy Polskie znalazły się m.in.: nowy film Piotra Łazarkiewicza „0_1_0", znane tylko z pokazów festiwalowych „Wino truskawkowe" Darka Jabłońskiego oraz „Benek" Roberta Glińskiego.
 

Międzynarodowy konkurs Nowe Horyzonty

16 filmów zakwalifikowanych do najważniejszej sekcji festiwalowej to elita filmowej awangardy. Można mieć pewność, że żaden z prezentowanych w konkursie tytułów (z wyjątkiem zwycięzcy) nie znajdzie się w najbardziej nawet wyrafinowanym repertuarze kina studyjnego. Są to dzieła unikatowe, nowatorskie, czasami nieprzyjemne i trudne do zaakceptowania, dające jednak osobliwą satysfakcję poznawczą.

Można nazwać konkurs przeglądem kina ekstremalnego. Pokazywane są w nim wyłącznie dzieła idące pod prąd, często zupełnie jeszcze nieznanych twórców, które drażnią, niepokoją, prowokują do myślenia, bulwersują, czego dowodem chociażby czterogodzinny film „Potosi: czas podróży" Rona Havilio (Grand Prix sprzed roku),  pamiętnik dokumentalny z wędrówki odbytej dwukrotnie do starego centrum kultury inkaskiej. Filmy konkursowe przeczą przyzwyczajeniom, nie przestrzegają zasad komercyjnego kina, zaskakują dziwną, eksperymentalną formą, wywołując szok, a niekiedy zdumienie, jak przykładowo składający się z samych tylko statycznych obrazów dzikiej przyrody „13 jezior" Jamesa Benninga, wyświetlany na festiwalu trzy lata temu. Czasami wydają się wręcz artystyczną ekstrawagancją na granicy śmieszności, jak „Joanna" Kornela Mundruczo, operowa wersja historii o Joannie d'Arc, rozegrana w podziemiach budapeszteńskiego szpitala, także doskonale znana bywalcom wcześniejszych edycji.
 

W tym roku również nie powinno zabraknąć ostrych, bezkompromisowych utworów, naruszających estetyczne, religijne i obyczajowe tabu. Szykuje się kilka niespodzianek, m.in. z Haiti, Tajwanu, Tajlandii i Kolumbii. Z pewnością jednym z takich niekonwencjonalnych dzieł, mocno zapadającym w pamięć, będzie „Jezus Chrystus Zbawiciel" Niemca Petera Geyera. Film stanowi zapis historycznego, zakończonego zerwaniem, przedstawienia Klausa Kinskiego z 20 listopada 1971 r. w Berlinie. Stojąc sam na scenie naprzeciw blisko pięciotysięcznej, nieufnej widowni, aktor wcielił się we współczesnego mesjasza, krytykującego burżuazyjny, mieszczański porządek. Korzystając obficie z cytatów z „Nowego Testamentu", utożsamił się w pełni ze swoją rolą, co zabrzmiało jak uzurpacja. Fragment Kazania na Górze przeobraził się w jego interpretacji w dziki, pełen nienawiści tekst przeciwko publiczności, która nie akceptowała jego pozbawionej dystansu gry. Wbrew pozorom nie jest to jeszcze jeden dokument pastwiący się nad gorączką czasów kontrkultury, złośliwie pytający, co zostało z utopijnych haseł młodzieży walczącej o lepszy świat, tylko przenikliwe, bolesne studium aktorstwa na granicy herezji, stawiające pytania na temat świętości, wybrania, sensu sztuki i roli fałszywych proroków w zlaicyzowanym świecie.
 

Janusz Wróblewski
 



Pilnie skrywany sekret

Współczesna kinematografia nowozelandzka zdobyła sobie znaczące miejsce na międzynarodowym rynku filmowym. Od początku lat 90. XX w. Nowa Zelandia produkowała cieszące się zarówno sukcesem komercyjnym, jak  i wysoką oceną krytyki filmy, takie jak kultowy horror „Martwica mózgu" (1992), dramaty „Tylko instynkt" (1994) czy „Niebiańskie stworzenia" (1994), familijne „Jeździec wielorybów" (2002) czy „Prawdziwa historia" (2005) oraz komedia „Sione's Wedding" (2006). Nowozelandzki przemysł filmowy odegrał kluczową rolę w produkcji obsypanego licznymi nagrodami „Fortepianu" (1993), trylogii „Władcy Pierścieni" (2001-2003) oraz „King Konga" (2005).

Nie oznacza to jednak, że śladów działalności nowozelandzkiego przemysłu filmowego można szukać dopiero od lat 90. W 1914 r. George Tarr wyreżyserował pierwszy nowozelandzki film fabularny „Hinemoa". Żadna kopia tego obrazu nie przetrwała jednak do dnia dzisiejszego.

W rzeczywistości za początek współczesnej kinematografii nowozelandzkiej należy uznać połowę lat 70., gdy zaczęły się pojawiać pierwsze oznaki filmowego renesansu i film „Sleeping Dogs" (1977). W kolejnej dekadzie rozmaite filmy nowozelandzkie zyskały rozgłos za granicą. Zaliczyć do nich można anarchistyczny film drogi „Goodbye Pork Pie" (1980), „Smash Palace" (1981), „Utu" (1983, nowozelandzki western, którego akcja osadzona jest w XIX w., w czasie wojen maoryskich) oraz „Dojrzewanie" (1984) - pierwsza nowozelandzka produkcja filmowa prezentowana podczas konkursowego pokazu na festiwalu w Cannes.
 

Panorama kina nowozelandzkiego prezentowana podczas 8. Festiwalu Era Nowe Horyzonty we Wrocławiu będzie największym tego typu przeglądem na świecie. Zaprezentowane zostaną 34 pełnometrażowe filmy fabularne oraz 46 krótkometrażowych, a festiwal odwiedzi wiele twórców, takich jak Vincent Ward, Gaylene Preston, Leon Narbey, Donogh Rees, David Blyth, Peter Wells, Oscar Kightley i Robert Sarkies.

Na  festiwalu,  z odrestaurowanej kopii z fortepianową muzyką wykonywaną na żywo, pokazany zostanie zdumiewający dramat „The Te Kooti Trail" (1927), osadzony w czasach wojen maoryskich w latach 70. XIX w. Niemy film wyreżyserował Rudall Hayward, pionier i ojciec chrzestny kinematografii nowozelandzkiej (Film z muzyką na żywo w wykonaniu Christophera Hainswortha, pianisty i wirtuoza organów - Opera Wrocławska, 22 lipca 2008 r.).

Za ojca biologicznego nowozelandzkiego kina uznać trzeba Johna O'Shea. Jego „Runaway" (1964), inspirowany twórczością Michelangelo Antonioniego, będzie pokazywany na festiwalu z odrestaurowanej kopii.

Uczestnikom festiwalu  nie wolno również pominąć dramatu „Tylko instynkt" opowiadającego historię miejskiej społeczności maoryskiej, sur-realistycznych thrillerów „Crush" (1992) i „Perfect Strangers" (2003), znakomitego, przejmującego „Out of Blue" Roberta Sarkiesa, opartego na motywach najkrwawszej w dziejach Nowej Zelandii strzelaniny, reprezentującego nurt kiwi gothic „In my Father's Den" (2004) oraz komicznych wybryków Samoańczyków osiadłych w Auckland, w komedii „Sione's Wedding", która w Nowej Zelandii pobiła rekordy oglądalności.
 

Vincent Ward - retrospektywa

W powszechnej opinii to Peter Jackson uznawany jest za pierwszoplanowego reżysera nowozelandzkiego, jednak tytuł ten w rzeczywistości należy się Vincentowi Wardowi. To prawdziwy twórca - jego filmy, często inspirowane malarstwem renesansowym, odcisnęły piętno na współczesnej kinematografii nowozelandzkiej.
 

Pełnometrażowy debiut Warda to film „Dojrzewanie" (1984). Poprzedził go doceniony przez krytykę średniometrażowy „State of Siege" (1978) oraz dokumentalny „In Spring One Plants Alone" (1980). Misterna twórczość Warda napotykała na swojej drodze wiele trudności, na skutek czego w ciągu 24 lat od powstania „Dojrzewania" reżyser stworzył zaledwie pięć pełnometrażowych filmów: „Nawigator: odyseja średniowieczna" (1988), „Mapa ludzkiego serca" (1992), „Między piekłem a niebem" (1998), „The River Queen" (2005) oraz „Rain of the Children" (2008).

Filmy Warda charakteryzuje autorski styl, pełen powracających tematów i wątków, które można dostrzec już w pełnometrażowym debiucie. Reżyser często zajmuje się problemami tożsamości czy poszukiwania przynależności na tle obcego terytorium i, używając symboliki podróży, portretuje ludzi, którzy w takich okolicznościach szukają akceptacji. W outsiderach odnajduje najciekawsze filmowe media - widzi w nich uosobienie zamętu oraz braku społecznej równowagi. Ward wypracował własny styl, jednakże jako reżyser iście nowozelandzki czerpie twórcze siły z naturalnej scenerii, która stanowi inspirację dla tak wielu twórców z tego kraju.
 
 
Dr Ian Conrich, dyrektor Ośrodka Studiów Nowozelandzkich, Birkbeck, Uniwersytet w Londynie
 



Retomada

Tegoroczny festiwal w Cannes otwierała znakomita ekranizacja powieści José Saramago „Miasto ślepców" w reżyserii Brazylijczyka Fernando Mereillesa, który wcześniej zrealizował m.in. „Wiernego ogrodnika" i pamiętne „Miasto Boga" (o dzieciach-gangsterach grasujących w fawelach). W konkursie znalazła się również druga brazylijska produkcja - dramat psychologiczny Waltera Sallesa i Danieli Thomas „Linha de Passe" o czwórce braci starających się wyrwać z dzielnicy nędzy Sa~o Paulo. Aż dwa brazylijskie tytuły pokazane jednego roku na najbardziej prestiżowym festiwalu świata świadczą nie tylko o wielkiej formie ich twórców. Może nawet bardziej o renesansie całej brazylijskiej kinematografii, która od kilku sezonów zadziwia żywotnością i wysypem talentów.

Dowodem, że istotnie mamy do czynienia z niesłychanym rozwojem sztuki filmowej w Ameryce Południowej, jest też Złoty Niedźwiedź na Berlinale 2008, przyznany „Tropa de elite" José Padilhi - policyjnemu kryminałowi o doborowej jednostce walczącej z mafią w Rio de Janeiro w przeddzień wizyty papieża Jana Pawła II. To zaledwie drugi film młodego Brazylijczyka, w którym przedstawił dramat wrażliwego na krzywdę człowieka studiującego prawo, z drugiej strony posługującego się skrajną przemocą w imię osiągnięcia celu - spokoju i równowagi w mieście. Każdy z wymienionych filmów jest inny, opowiedziany w innej konwencji, dotyka różnych sfer życia, ale pulsuje w nich taka energia, że ogląda się je z ogromnym napięciem i rosnącym zaciekawieniem.

Odrodzenie brazylijskiego kina nastąpiło w połowie lat 90. ubiegłego wieku. Po cinema novo i nurcie zwanym tropikalizmem („Macunaima") dopiero takie filmy jak „Carlota Joaquina - Princesa do Brazil" Carli Camurati czy głośny i wielokrotnie nagradzany „Dworzec nadziei" Waltera Sallesa przyniosły oczekiwane ożywienie. Zwłaszcza film Camurati z 1995 r. wart jest zapamiętania. Wpływy z jego rozpowszechniania pobiły w Brazylii wszelkie rekordy, czemu się zresztą trudno dziwić, jest to bowiem opowiedziana z dużą dozą ironii geneza powstania tego kraju. Akcja cofa się do  1808 r., do czasu wojen napoleońskich i podboju Portugali przez francuską armię. Chroniąc się przed niechybną śmiercią, rodzina królewska uciekła wtedy z Lizbony do Rio de Janeiro, gdzie przebywała przez 13 lat. Film tłumaczy m.in., dlaczego wkrótce po ogłoszeniu niepodległości Brazylia stała się monarchią, a także wiele innych historycznych zawiłości. „Carlota Joaquina - Princesa do Brazil" jak i doskonale znany z polskich ekranów „Dworzec nadziei" stały się sztandarowymi przykładami retomady - nowego kina brazylijskiego.
 

We Wrocławiu zostanie zaprezentowana spora grupa niepokazywanych dotąd u nas tytułów, które nadały ton późniejszej fali znakomitych utworów, nakręconych m.in. przez Guela Arraesa („Testament psa") czy Rafaela Conde („Samba Cancao"). Jednym z nich jest też czarno-biały thriller „Terra estrangeira" Waltera Sallesa i Danieli Thomas, smutna opowieść o dwóch młodych mieszkańcach Sa~o Paulo, którzy decydują się na emigrację do Portugalii. Akcja rozgrywa się w 1990 r., tuż po wyborach prezydenckich, kiedy nowo zaprzysiężony przywódca kraju Fernando Collor, zadecydował, że zamrozi wszystkie aktywa bankowe (w tym konta osobiste), rujnując w ten sposób dorobek życia milionów obywateli. Kontekst polityczny stanowi jedynie pretekst do snucia na poły kryminalnej historii przemytu diamentów szmuglowanych w zabytkowych skrzypcach do Europy.

Retomadę trudno nazwać artystycznym manifestem, wzorem nowej fali francuskiej. To po prostu bardzo różnorodne, atrakcyjne kino, opisujące w oryginalny i nowoczesny sposób bolączki Ameryki Łacińskiej (biedę, terroryzm, multikulturalizm, wieloetniczność, rozrost metropolii, kontrasty społeczne itd.), w których mogą się przejrzeć wszyscy.
 

Janusz Wróblewski
 



Klub Festiwalowy

Oferta muzyczna towarzysząca tegorocznemu Festiwalowi Era Nowe Horyzonty przypomina trochę obrazek w kalejdoskopie - wielobarwny, ale układający się w regularny wzór. We wrocławskim Arsenale od 17 do 27 lipca wystąpią bowiem wykonawcy reprezentujący rozmaite nurty muzyczne (od elektronicznego folku po hip hop) i różne kraje (od Japonii po Norwegię), a jednak cała ta różnorodność ma swój wspólny mianownik: muzyka, którą będzie można usłyszeć w klubie festiwalowym, lokuje się poza tryumfującym u nas na co dzień mainstreamem kultury popularnej.

Jedną z najważniejszych gwiazd jest tu z pewnością brytyjski duet Coldcut Journeys By VJ, czyli Matt Black i Jonathan More, założyciele słynnej wytwórni płytowej Ninja Tune. Black i More współpracują ze sobą od połowy lat 80., są mistrzami komputerowej metody cut and paste (wytnij i wklej), a także pionierami VJ-ingu, czyli tworzenia obrazów graficznych zsynchronizowanych z dźwiękiem. Do podobnej stylistyki nawiązuje inny duet - wrocławski Skalpel,  nagrodzony w 2005 r. Paszportem „Polityki" i wydający swoje płyty w Ninja Tune, tym razem w projekcie . Koniecznie polecić trzeba występ islandzkiego wokalisty Mugisona, zwanego „mistrzem gitary akustycznej i laptopa". Mugison wykorzystuje w swoich nagraniach nie tylko dźwięki gitary inkrustowane elektroniką, ale eksperymentuje również z pozamuzyczną fonosferą.
 

Na przeciwległym biegunie estetycznym w stosunku do wyżej wymienionych mieszczą się projekty znanego ze współpracy z Mike'em Pattonem norweskiego zespołu Kaada. Niektórzy nazywają tę muzykę indie-popem, inni mówią o wpływach metalowego rocka. Z rocka lider grupy John Kaada wziął niewątpliwie energię i zamiłowanie do „brudnych" dźwięków, ale trzeba przyznać, że to, co gra, zawsze wykracza poza schematycznie rozumiany idiom rocka i zaskakuje nawiązaniami do bardzo różnych inspiracji.

Przełamywanie schematów, przekraczanie granic gatunkowych jest na dobrą sprawę atrybutem wszystkich artystów reprezentowanych w programie klubu festiwalowego.

Amerykański Food for Animals w zasadzie gra hip hop, choć jest to hip hop osobliwy, bo pożeniony z tak zwaną inteligentną muzyką taneczną (IDM). Z kolei nowozelandzka grupa Pitch Black miesza dub z elektronicznym ambientem, a niemiecka Column One, niegdyś po uszy zanurzona w techno, w ostatnich latach coraz wyraźniej zmierza ku psychodelii. Nawet maoryskie źródła muzyki Moany i jej zespołu The Tribe zderzają się z muzycznymi wpływami z innych stron świata.

Jak widać, repertuar klubu muzycznego Nowych Horyzontów sam w sobie stanowi ciekawy projekt artystyczny, znakomicie dostosowany do gustów publiczności całego festiwalu. Wiadomo przecież, że ta publiczność - co wynika z dotychczasowych doświadczeń, w znakomitej większości młoda, a zarazem otwarta na każdy przejaw ambitnej nowej sztuki - nie zadowala się byle czym i także w muzyce poszukuje o wiele więcej niż tylko prostej rozrywki.
 

Mirosław Pęczak


Więcej informacji o festiwalu na stronie internetowej Era Nowe Horyzonty
 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną