Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Rowery nie bajki

Rowery, nie bajki. Odc. 64

Ostra sprawa, czyli ostre koła. Żeby jeździć na tym typie roweru, trzeba być mistrzem

W ostrym kole nie chodzi o to, żeby się zatrzymać, trzeba tak jechać, żeby się nie zatrzymywać – takie zdanie usłyszysz od każdego mistrza jazdy na ostrym kole.

Mistrza, bo żeby jeździć na tym typie roweru, trzeba być mistrzem. Klasyczny rower z ostrym kołem wygląda właściwie niewinnie. Niemal jak zwykły. Z tą tylko różnicą, że nie ma hamulców. Hamuje się za pomocą nacisku na pedały. Tyle że pedały również mają swój nacisk na nogi, bo w ostrym kole kręcą się cały czas. Pomyśl, jak szybko kręcą się, jadąc z górki. Łańcuch jest na sztywno połączony z zębatką.

Takie były początki roweru z łańcuchem, czyli takiego, jaki znamy do dziś. Tyle że w międzyczasie wymyślono wolnobieg (kiedy jedziesz z wolnobiegiem, pedały automatycznie się nie kręcą), hamulec i choćby przerzutki. Wszystko to już bardzo, bardzo dawno temu. Ale prawilna jazda na ostrym kole nakazuje nie zawracać sobie głowy tymi wszystkimi bzdurami. Liczą się prostota, szybkość, umiejętności, no i adrenalina.

Szybkość i prostota spowodowały, że ostre koło było cały czas w użyciu w kolarstwie torowym. W Japonii po drugiej wojnie światowej powstała nawet prężna dyscyplina wyścigów na ostrym kole, zwana Keirin. O czym w tym odcinku opowiada Yasu Matsunaga z firmy Dandy Horse, Warszawiak z japońskimi korzeniami.

Keirin powstał, bo w zniszczonej po wojnie Japonii nie było warunków do wyścigów konnych. A tylko na wyścigach można było obstawiać wyniki. W 1948 r. konie zastąpiono ludźmi na rowerach. Dalej można było uprawiać hazard i emocjonować się wyścigami. A te są barwne, bo w Kairinie nie tylko się ścigają, ale również przepychają, zrzucają z torów i robią wszystko, co się da, żeby wygrać.

Jak to się stało, że rowery z japońskiego Keirinu wylądowały w Nowym Jorku i stały się podstawowym narzędziem pracy tamtejszych kurierów – to zagadka, której rozwiązanie już pewnie mało kto pamięta. Ale na początku lat 80. w Wielkim Jabłku było niemal 7 tys. kurierów rowerowych. I jeśli chciałeś być jednym z nich, to musiałeś opanować jazdę na ostrym kole, bo taki był sznyt w tym zawodzie.

Do tego tatuaże, barwne stroje. Trudno się dziwić, że kurierzy przyciągali wzrok. Niejeden chciał być tacy jak oni. Z Nowego Jorku kurierska moda na ostre koło rozlała się na cały świat. W Polsce apogeum tej mody zaczęło się na początku wieku i skończyło mniej więcej w 2015 r. wraz ze śmiercią większości firm kurierskich wożących dokumenty. Po co wozić coś, co można wysłać mailem. Później jeszcze niejeden kurier doszedł do wniosku: po co jeździć na czymś, co jest trudne i niebezpieczne.

I tak umarło ostre koło. Ale zdaje się, że powoli zaczyna się odradzać.

mat. pr.

Oglądaj także:

Reklama
Reklama