Adolf z Niemców
Adolf Hitler: geniusz czy szaleniec? Nie unieważniając tego pytania, zadawanego od półwiecza, odpowiedzi należy szukać w trójkącie: patologia wodza, patologia władzy, patologia narodu (społeczeństwa).
Klara, matka Adolfa Hitlera.
BEW

Klara, matka Adolfa Hitlera.

Alois, ojciec Hitlera.
BEW

Alois, ojciec Hitlera.

Mały Adolf.
The Granger Collection/BEW

Mały Adolf.

Dom rodzinny w Braunau am Inn w Austrii.
IMAGNO/Austrian Archives

Dom rodzinny w Braunau am Inn w Austrii.

Adolf Hitler w wieku 10 lat.
Rue des Archives

Adolf Hitler w wieku 10 lat.

Klasa szkolna Hitlera, prawdopodobnie w Fischalm.
Time & Life Pictures/Getty Images/FPM

Klasa szkolna Hitlera, prawdopodobnie w Fischalm.

Hitler (z prawej) podczas służby wojskowej w 16. Bawarskim Pułku Piechoty.
Time & Life Pictures/Getty Images/FPM

Hitler (z prawej) podczas służby wojskowej w 16. Bawarskim Pułku Piechoty.

Paszport Adolfa Hitlera wydany przez austriacki konsulat w Monachium.
INTERFOTO

Paszport Adolfa Hitlera wydany przez austriacki konsulat w Monachium.

Hitler w tłumie wiwatującym na Odeonplatz w Monachium w dniu wybuchu I wojny światowej.
Zuma Press/Forum

Hitler w tłumie wiwatującym na Odeonplatz w Monachium w dniu wybuchu I wojny światowej.

„Nasz Brat”. Hitler nie był ani szatanem, ani szaleńcem, choć i jedno, i drugie mu przypisywano. Był – jak mówił po upadku III Rzeszy w 1945 r. Tomasz Mann – „naszym bratem”, dzieckiem narodowych mitów, politycznej frustracji po przegranej w 1918 r. wojnie, gospodarczego kryzysu i niemieckiej odrębnej drogi w dziejach Europy. Jej kamieniami milowymi była idea uniwersalnego cesarstwa, reformacja Lutra, pruski militaryzm i odrzucenie „dekadenckiej” zachodniej demokracji przedstawicielskiej. Nowy był narodowy socjalizm, oparty na dogmacie rasy i historycznego posłannictwa.

Nazizm nie miał takich klasyków jak komunizm w osobach Marksa i Engelsa, i praktyków puszących się na filozofów – jak Lenin czy Stalin. Był – jak w swej najnowszej historii Niemiec „Długa droga na Zachód” pisze Heinrich August Winkler – totalitarną religią polityczną. Jej teologia była miksturą ukręconą z różnych składników myśli XIX w. Od narodowej mistyki, neopogaństwa, poprzez wulgarny darwinizm, odpryski socjalizmu, aż po eugenikę, rasizm i kult przemysłowej nowoczesności oraz dziejowego posłannictwa.

Hitler na kozetce. Już za życia Adolfa Hitlera (który urodził się 20 kwietnia 1889 r. w Braunau am Inn w Austrii) twierdzono, że jest histerykiem i psychopatą, a jego megalomania wynika z paranoicznej schizofrenii. Taką tezę postawił w tajnym raporcie sporządzonym w 1943 r. dla wywiadu amerykańskiego Walter C. Langer. Na podstawie rozmów z niemieckimi emigrantami przewidział, że Hitler będzie walczył do upadłego i popełni samobójstwo. Niemniej, trudno o dokładną diagnozę psychopatii, opierając się wyłącznie na przekazach z drugiej ręki i niedokładnych relacjach z dzieciństwa badanego. Z Hitlerem jest ten dodatkowy kłopot, że wciąż budzi medialne zaciekawienie podglądaczy gotowych łyknąć każdą bzdurę na jego temat. I jest pułapka: uznanie go za niepoczytalnego zdejmuje zeń część winy. A z kolei uznanie za demona uwalnia od niej uwiedzione jakoby przez dyktatora tłumy.

Spekulacje wokół psychiki jednego z największych zbrodniarzy koncentrują się na dwóch sprawach. Na analizie dzieciństwa i młodości: stosunku do matki i ojca, deklasacji, niespełnionych ambicji artystycznych, kresowego pochodzenia. Oraz czasowego oślepnięcia w 1918 r. po ataku gazowym na froncie i psychoterapii, jakiej ten gefrajter, odznaczony Krzyżem Żelaznym za odwagę, miał być poddany w lazarecie.

W centrum tych domniemań była matka Adolfa, po śmierci trójki starszych dzieci nadopiekuńcza i rozbudzająca w synu wygórowane oczekiwania, których nie był w stanie zaspokoić. Natomiast ojciec był tyranem, stąd w domu powstał prototyp reżimu totalitarnego (Alice Miller). Po czym późniejsze przeniesienie traumy rodzinnej na Niemcy przyszło mu o tyle łatwo, że większość Niemców miała podobne dzieciństwo.

Katalog schorzeń i dewiacji. Ale wszystko to tylko supozycje, bo nie ma zbyt wielu pewnych źródeł. A im więcej domniemań, tym bardziej niestworzone opowieści powstają np. o tym, jak to ślepota Hitlera nie była wynikiem urazu, lecz histerii, z której drogą hipnozy wyciągnął go wojskowy psychiatra; wmówił zrozpaczonemu klęską i brakiem jakichkolwiek perspektyw poczucie historycznego posłannictwa. Tę historię – opartą na powieści z 1939 r. – można odnaleźć w wydanej również po polsku książce Davida Lewisa „Człowiek, który wymyślił Hitlera”. Wątek w stylu Dana Browna – psychoterapeuta wypuszcza w świat psychicznego cyborga. Pomysł sensacyjny, oparty na epizodzie opisanym w „Mein Kampf”, że gdy w czasie rekonwalescencji Hitler dowiedział się o „nieszczęściu i szaleństwie rewolucji”, to ponownie stracił wzrok. I postanowił zostać politykiem.

Już w latach dwudziestych znany psychiatra Karl Wilmanns uznał to za dowód reakcji histerycznej, przez co w 1933 r. stracił pracę. Tyle że nie wiadomo dokładnie, co w tym lazarecie się stało. Akta Hitlera zaginęły. Mimo to autorzy antologii „Geniusz, szaleństwo i sława” twierdzą, że Hitler obok schorzeń somatycznych (parkinson, syfilis) cierpiał na cały katalog paranoidalnych dewiacji psychicznych, od manii wielkości i prześladowczej, poprzez halucynacje po zatruciu trupim jadem, po bakcylofobię (lęk przed zarazkami) i szaleństwo nawiedzenia.

Amerykański psychiatra polskiego pochodzenia Gustav Bychowski twierdził, że Hitlera, podobnie jak Cezara, Cromwella, Robespierre’a czy Stalina, cechowała psychopatyczna skłonność przenoszenia własnych fobii na inne osoby i grupy. Freudyści – jak Erich Fromm – szukali przyczyn destrukcyjnych dewiacji Hitlera w jego podświadomości i wczesnym dzieciństwie. Miał być niedojrzałym, wręcz autystycznym marzycielem, który nigdy nie wyszedł poza infantylny narcyzm; upokorzenia, na które był wystawiony w Linzu i Wiedniu jako prowincjusz i nieudacznik. Przesłaniał „nekrofilską” nienawiścią i żądzą niszczenia. Jego napędem był destrukcyjny charakter.

Takich spekulacji jest bez liku – ukryty homoseksualizm, lęk, że jeden z jego dziadków mógłby mieć żydowskie pochodzenie, porażki erotyczne w wieku dojrzewania i nienawiść do bardziej skutecznych konkurentów. Również z permanentnych zatwardzeń, na które cierpiał Hitler, i jego osobliwych praktyk seksualnych starano się znaleźć wytrych do jego psychiki. Z bardziej medialnymi niż naukowymi sukcesami.

Neuropsycholodzy próbowali nawet zajrzeć do mózgu Hitlera. Z drżenia jego lewej ręki, rzekomego braku lewego jądra i uciekania w czasie rozmowy wzrokiem na lewo wyciągnęli wniosek, że miał niedorozwiniętą lewą półkulę mózgu, co spowodowało skłonności irracjonalne, halucynacje akustyczne, hipochondrię i niekontrolowane ataki złości. Czy to jednak nie za wiele, gdy polityczną ideologię uzależnia się od wielkości lewej półkuli mózgu? Schizofrenia, autyzm mają neurofizjologiczne źródła, ale morderczy antysemityzm i żądza władzy nad światem?

Porzucone oświecenie. Nawet jeśli Hitler był psychopatą, to pozostaje pytanie, jak ktoś taki mógł zdobyć i przytrzymać przy sobie ogromną część niemieckiego społeczeństwa? Jedni na to odpowiadają, że kariera Hitlera wynikała nie tyle z jego osobowości, ile z dramatycznych nastrojów w ówczesnych Niemczech. Inni wskazują na hipnotyczną siłę schizofrenicznych przywódców sekt, jak Charles Manson. Twierdzą, że Hitler panował nad swoimi psychicznymi odchyleniami i wykorzystywał je na zimno, by sterować emocjami publiczności, bo rzeczywistymi psychopatami byli jego zwolennicy. Żadnej z tych tez nie da się dowieść z całkowitą pewnością.

Pewne jest natomiast to, że gdy po przejęciu władzy przez Hitlera 30 stycznia 1933 r. Goebbels mówił, iż nareszcie przekreślony został 1789 r., to o tyle miał rację, że nazizm odrzucał wszystko, co reprezentowało oświecenie: przekonanie, że ludzie dzięki dialogowi i wspólnej refleksji są w stanie dojść do prawdy; że na mocy umowy społecznej są gotowi wszystkim przyznać te same prawa i swobody obywatelskie; oraz że postęp jest nierozłącznie związany z rozsądkiem. Byli zdaniem Jana-Wernera Müllera, politologa z Princeton, mizologami, wrogami zdrowego rozsądku.

Sam Hitler uważał się za wybrańca Opatrzności, za zbawiciela Niemiec upokorzonych przez hańbę traktatu wersalskiego, z premedytacją niszczonych przez marksizm, liberalizm i parlamentaryzm, przez metafizyczne wręcz Zło ucieleśnione w rasie żydowskiej. „Jeśli nad narodami tego świata – pisał w 1924 r. w „Mein Kampf” – zwycięży Żyd, posługując się swym marksistowskim credo, wtedy jego zwycięstwo stanie się korowodem śmierci ludzkości, wtedy ta planeta, jak przed milionami lat, będzie bezludnie przemierzać niebiańskie przestrzenie. Wieczna natura mści nieubłaganie łamanie jej przykazań. Dzisiaj wierzę więc w sens działania w imię Wszechmocnego Stworzyciela. Powstrzymując Żyda, walczę w imię dzieła Pana”.

Ja, demiurg historii. Uważał się za demiurga historii. My, narodowi socjaliści, pisał, „wstrzymujemy odwieczny pochód Germanów na południe i na zachód Europy i kierujemy oczy na wschód”, nie interesują nas granice z 1914 r., albo Niemcy będą światowym mocarstwem, albo przestaną istnieć...

Mało kto wtedy tę jego biblię przeczytał. Ale on swe fantasmagorie traktował ze śmiertelną powagą. Po przejęciu władzy swe programowe przemówienie 10 marca 1933 r. o odrodzeniu narodu w niemieckiej rewolucji zakończył sakramentalnym „Amen”. Kilka dni wcześniej w mowie do generałów Reichswehry powiedział wprost, o co mu chodzi: wytępienie marksizmu, wycięcie raka demokracji i rygorystyczne rządy autorytarne. Rozbudowa sił zbrojnych dla „zdobycia przestrzeni życiowej na wschodzie i jego bezwzględna germanizacja”.

Sny o potędze własnego narodu, o rozszerzeniu granic i pognębieniu „dziedzicznych wrogów” niczego jeszcze nie przesądzają. Również dziś w każdym kraju nie brak frustratów, którzy fastrygują sobie własne teologie polityczne. Mianowanie Adolfa Hitlera kanclerzem 30 stycznia 1933 r. jeszcze nie przesądzało o tym, że w ciągu zaledwie 12 następnych lat III Rzesza rzuci wyzwanie całemu światu, po czym zniszczy Niemcy i Europę. Nie ma takiego demiurga, który sam jeden decyduje o losach świata.

Również Hitler nim nie był, choć chciał wojny, wywołał ją i prowadził od triumfalnego początku do żałosnego końca w berlińskim bunkrze. Prowadził ją tak, jak chciał czy – po Moskwie i Stalingradzie – jak był w stanie. I właściwie mało kto mu w tym przeszkodził. Nie zatrzymały go w latach trzydziestych mocarstwa zachodnie. Nie obaliła w czasie klęsk wewnętrzna opozycja. Nie odmówiło poparcia niemieckie społeczeństwo – najpierw, dajmy na to, w imię jakichś tam ogólnoludzkich wartości, a potem, powiedzmy, zwykłego instynktu samozachowawczego.

Druga tajemnica niemiecka. Dlatego fenomen III Rzeszy kryje w sobie dwie tajemnice. Jedna to osobowość Hitlera. Druga: jak to się stało, że jeden z najbardziej kulturalnych, wykształconych i twórczych narodów europejskich dotrzymał Hitlerowi wierności w jego ludobójczych podbojach i w prowadzącej do samozagłady pogardzie do własnego narodu, gdy okazało się, że ten nie był w stanie sprostać fantasmagoriom wodza?

Także niemiecki charakter narodowy nicowano po wojnie na wszystkie strony. Sam Hitler nie ma znaczenia, pisano, jest kwintesencją niemieckich dziejów, germańskiej brutalności, ciągłej ucieczki Niemców od wolności osobistej ku autorytarnej władzy książąt, królów pruskich i cesarzy, kompleksów narodu spóźnionego, który nie ma oparcia w sobie i dlatego porywa się z motyką na słońce...

III Rzesza to był Führerstaat, totalitarne państwo wodzowskie, zależne od woli jednego człowieka. W ciągu zaledwie sześciu miesięcy zostały zlikwidowane wszystkie demokratyczne instytucje. Nie istniał klasyczny podział władz ani żadna, choćby nominalna, instancja kolektywnego władania. Prezydent Hindenburg, dopóki żył, był figurantem. Rząd zbierał się coraz rzadziej. Reichstag – od przypadku do przypadku, by oklaskiwać mowę wodza. W faszystowskich Włoszech wciąż był król i była Rada Faszystowska (która po lądowaniu aliantów w 1943 r. obaliła Mussoliniego). W Niemczech nic podobnego nie funkcjonowało. Był co prawda zastępca Hitlera, jako szefa partii, ale partia była zbieraniną poputczyków. Miała swych gauleiterów, parteitagi, masowe festyny siły. Ale – czemu dziwił się Mołotow w czasie swej wizyty w Berlinie w listopadzie 1940 r. – nie miała żadnego Politbiura, żadnych plenów KC.

Führer był najwyższą instancją, choć oczywiście nie we wszystko miał wgląd. Jego paladyni prowadzili między sobą wojny podjazdowe, a zarówno paramilitarne organizacje nazistowskie, jak i podporządkowane im instytucje państwowe też miały własną dynamikę. Terror w pierwszych miesiącach 1933 r. był krwawy, ale jednak ograniczony. Nazistowska wspólnota narodowa (Volksgemeinschaft) była dyktaturą, ale w dobrych latach III Rzeszy (1934–38) nie opierała się na permanentnym terrorze wobec własnego społeczeństwa. Żadnego porównania z permanentnymi czystkami w ZSRR w tym samym czasie.

III Rzesza była oparta na micie nieomylnego führera, którego w pierwszych latach utożsamiano z poprawą sytuacji gospodarczej, przezwyciężeniem marksistowskiej walki klas pozorami wspólnoty narodowej – jej symbolami były Volkswagen i wycieczki do Norwegii statkami organizacji Siła przez Radość, zastępującej związki zawodowe. A przede wszystkim w Hitlerze widziano przywódcę, który przywrócił Niemcom poważanie za granicą i w latach 1936–38 bezkrwawymi podbojami obalił traktat wersalski.

Wierni po grób. Czy III Rzesza była skazana na zagładę już w dniu, w którym położono jej podwaliny? Przyglądając się jej z perspektywy czasu, łatwo mówić, że tak, a nie inaczej, stać się musiało. Hitler chciał wojny i ją wywołał. A Niemcy? W 1939 r. z pewnością jej nie chcieli w takim stopniu jak latem 1914 r. i byli przygnębieni, gdy 3 września Anglia i Francja jednak ją im w obronie Polski wypowiedziały. Ale gdy w 1940 r. padł Paryż, byli upojeni. Gdyby wtedy Hitler zmarł np. na zawał, to – jak w swych „Notatkach o Hitlerze” pisał Sebastian Haffner – wszedłby do historii jako jeden z największych władców Niemiec. Choć pozostawiłby po sobie chaos i w Europie, i w Niemczech. Bowiem jego następcy nie mieli charyzmy i nie wiedzieliby, co robić.

Fenomenem hitleryzmu – pisze Ian Kershaw w „Walce do ostatniej kropli krwi”, drobiazgowej analizie agonii III Rzeszy – było nie tyle poparcie dla führera w czasie sukcesów, ale walka do ostatka, niemal do samozniszczenia, dochowanie wierności Hitlerowi do jego samobójstwa w berlińskim bunkrze. Brytyjski historyk odrzuca wszystkie proste wyjaśnienia, że wojnę przedłużyli alianci, upierając się przy bezwarunkowej kapitulacji, że Niemcy walczyli, bo bali się zemsty aliantów, że byli sterroryzowani przez reżim. Wszystkie te elementy odgrywały pewną rolę. Niemniej, „miały drugorzędne znaczenie wobec struktury charyzmatycznych rządów führera w ich schyłkowej fazie. Paradoksalnie były to już »charyzmatyczne rządy bez charyzmy«. Urok, jaki Hitler rzucał na ludzkie masy, dawno się rozwiał, ale struktura i mentalna osnowa jego rządów przetrwała do jego śmierci. Nazistowskie elity, niespójne i podzielone, nie miały ani zbiorowej woli, ani też mechanizmu władzy, dzięki którym mogłyby zapobiec doprowadzeniu przez Hitlera Niemiec do całkowitego zniszczenia”.

Niemcy, ofiary Hitlera. Po wojnie wielu Niemców uważało się za ofiary Hitlera: dali mu się uwieść, a on ich wyprowadził na manowce. Utwierdzali ich w tym przekonaniu zarówno komunistyczni działacze, jak Alexander Abusch, jak i liberalni ekonomiści, jak Wilhelm Röpke, który w swej powszechnie czytanej „Kwestii niemieckiej” korzeni Adolfa dopatrywał się w Lutrze, Fryderyku II, Bismarcku i w ogóle w złym duchu Prus: „Dzisiaj każdy powinien sobie jasno zdawać z tego sprawę, że Niemcy byli pierwszymi ofiarami inwazji barbarzyńców, która zalała ich od dołu do góry, że byli pierwszymi, którzy zostali obezwładnieni terrorem i hipnozą mas, a wszystko, co w późniejszym czasie musiały znosić kraje okupowane, zostało najpierw wyrządzone samym Niemcom, wliczając w to najgorszy z możliwych losów – los ludzi, którzy zostali zmuszeni lub uwiedzeni, i stali się narzędziem dalszych podbojów i ucisku”.

Tego użalania się nad sobą chętnie słuchano. I do dziś słychać jego echo. Kto był ofiarą zniewolenia, ten w maju 1945 r. powinien się czuć wyzwolony, ale tylko nieliczni Niemcy uważali klęskę III Rzeszy za swe wyzwolenie, większość za Untergang – upadek. Dopiero w 1985 r. prezydent Republiki Federalnej, były oficer elitarnego poczdamskiego 9. Pułku Piechoty, Richard von Weizsäcker, który 3 września 1939 r. w Borach Tucholskich stracił swego brata, przyznał, że kapitulacja nazistowskich Niemiec była dla Niemców także wyzwoleniem...

Kwestia winy. Przedtem jednak Niemcy musieli rozstrzygnąć kwestię swojej winy: kryminalnej, politycznej, moralnej i metafizycznej, za zbrodnie, które w czasie III Rzeszy popełnili, umożliwili, biernie tolerowali lub którym nie byli w stanie zapobiec. Gdy w październiku 1945 r. Rada Kościoła Ewangelickiego w tzw. stuttgarckim wyznaniu winy mówiła o krzywdzie wyrządzonej „przez nas” innym narodom, to wielu Niemców uznało to za niedopuszczalne przymilanie się zwycięzcom. Proces norymberski uprzytomnił fakty ludobójstwa, ale był powszechnie uznany za „sprawiedliwość zwycięzców”. Niechęć wywołał esej Karla Jaspersa „Kwestia winy”, w którym znany filozof pisał wprost, że wszyscy Niemcy w różnym stopniu są współwinni, choć nie jedynie oni, bo zagranica także pomogła Hitlerowi. Z mniejszymi oporami przyjęto szkic 80-letniego historyka Friedricha Meineckego „Niemiecka katastrofa”, który źródeł hitleryzmu dopatrywał się w pruskim militaryzmie i przyznawał, że „dzieło Bismarcka zostało zniszczone przez nasze własne winy”.

Dalej i głębiej w niemieckiej samokrytyce sięgał Tomasz Mann w mowie wygłoszonej pod koniec maja 1945 r. w bibliotece amerykańskiego Kongresu. Od średniowiecza – tłumaczył Mann Amerykanom fenomen Niemiec i Niemców – Niemcy w najwybitniejszych przejawach swej kultury zmagają się z szatanem w sobie. „W naszym największym poemacie bohaterem jest człowiek na granicy pomiędzy średniowieczem a humanizmem, człowiek Boży, który z zuchwałego pędu do poznania magii oddaje się diabłu. (…) A diabeł – diabeł Lutra, diabeł Fausta – wydaje mi się bardzo niemiecką figurą, natomiast pakt z nim, cyrograf, który w zamian za ofiarę zbawienia życia umożliwia zdobycie na pewien czas wszystkich skarbów i władzy tego świata, uważam za coś specyficznie bliskiego niemieckiej istocie”. (Wyjaśnijmy to rozumowanie: Luter utrwalił chrześcijaństwo, jego reformacja – tak jak ruch wyzwoleńczy przeciwko Napoleonowi w 1813 r. – była nacjonalistycznym, a nie uniwersalnym ruchem wolnościowym. Niemieckie rozumienie wolności – tłumaczył Tomasz Mann – to hardy egoizm wobec świata zewnętrznego, Europy, sąsiadów i „szokująca doza zniewolenia, niedorozwoju, tępego uniżenia”). Podobny psychogram wystawił Niemcom psychoanalityk społeczny Erich Fromm w „Ucieczce od wolności”.

Kim ostatecznie był Hitler? Amerykański psycholog John D. Mayer w 1993 r. porównał osobowości Adolfa Hitlera, Józefa Stalina i Saddama Husajna i stworzył specjalną kategorię psychiatryczną: Dangerous Leader Disorder (syndrom niebezpiecznego przywódcy). Składają się nań trzy cechy:

• obojętność (np. wobec morderstwa na przeciwnikach politycznych, członkach rodziny, współobywatelach lub całych narodach);

• nietolerancja (rozbudowanie cenzury, tajnej policji i tolerowanie tortur);

• uwznioślenie swojej osoby (jako wodza, który jednoczy kraj, przecenia własną potęgę militarną i prezentując siebie jako wykonawcę narodowej religii, ogłasza wielki plan).

To bardziej racjonalny sposób na zlokalizowanie autystycznego psychopaty w polityce niż zaglądanie w lewą półkulę mózgu.

Niewykluczone jednak, że Hitler był po prostu cynicznym manipulatorem i fanatykiem. Miał swe urazy, ulegał żywiołowej nienawiści, ale był normalny i odpowiedzialny za swe czyny. Tak widzą go tacy jego biografowie, jak Alan Bullock, Joachim C. Fest czy Ian Kershaw. Poza tym Hitler na tyle był aktorem, który na zimno inscenizował swój wizerunek, że trudno rozdzielić, co nawet i było skłonnością psychopatyczną, a co jedynie kalkulacją.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną