Rasowo niepełnowartościowi
Najpierw ok. 400 tys. osób zostało poddanych przymusowej sterylizacji, a następnie, przy daleko idącej aprobacie społeczeństwa niemieckiego, zamordowano blisko 70 tys. osób pod pozorem humanitarnej eutanazji.
Zamek Sonnenstein, jeden z sześciu zakładów śmierci, pocztówka z pocz. XX w.
Piotr Męcik/Forum

Zamek Sonnenstein, jeden z sześciu zakładów śmierci, pocztówka z pocz. XX w.

Autobusy przewożące ofiary do ośrodka eutanazyjnego w Hadamarze, 1941 r.
Ullstein Bild/BEW

Autobusy przewożące ofiary do ośrodka eutanazyjnego w Hadamarze, 1941 r.

Philipp Bouhler, organizator eutanazji.
Atelier Bieber/Nather/BPK

Philipp Bouhler, organizator eutanazji.

Tekst został opublikowany w POLITYCE w lutym 2014 roku.

Socjodarwinizm. „Silniejszy musi panować i nie stapiać się ze słabszymi, żeby w ten sposób poświęcać własną wielkość. Tylko urodzony słabeusz może to odczuwać jako okrutne, ale dlatego też jest on tylko (…) ograniczonym człowiekiem; bo gdyby prawo nie działało, (…) wszelki potencjalny rozwój ku doskonałości wszystkich istnień organicznych byłby niemożliwy”. W 1925 r., kiedy „Mein Kampf” zostało wydane po raz pierwszy, nikt nie brał na poważnie autora książki ani tego, co się w niej znajduje. Jednak niespełna dekadę później całe rzesze, a wśród nich m.in. prawnicy oraz lekarze, gotowe były wypełniać nawet najbardziej absurdalne pomysły swojego führera.

Sformułowania na temat wyższości rasy germańskiej czy też potrzeby jej oczyszczenia z „elementów rasowo niepełnowartościowych” nie były niczym nowym na gruncie niemieckim. Pod koniec XIX w. pojawiło się grono psychiatrów, którzy odwołując się do tzw. darwinizmu socjalnego, zaczęli głosić konieczność sterylizacji oraz eutanazji. Miały one wspomóc naturalną selekcję wśród homo sapiens przy powstawaniu rasy doskonałych ludzi.

Wśród socjodarwinistów propagujących tzw. sztuczny dobór (wspomagający dobór naturalny) radykalnymi poglądami wyróżniali się psychiatrzy Karl Binding i Alfred Hoche. Ich wspólny traktat „Zgoda na unicestwienie istnień niewartych życia” z 1920 r. stał się właściwie inspiracją dla całego programu eutanazyjnego w Niemczech. Rekomendując eliminację istot „mniej wartościowych”, zwracali m.in. uwagę na to, że „przykre jest wyobrażenie, że całe pokolenia sanitariuszy starzeją się obok tych pustych powłok”.

Sterylizacja. Ustawa o ochronie przed dziedzicznie obciążonym potomstwem z 14 lipca 1933 r. była skierowana głównie przeciwko jednostkom ulegającym degeneracji w rozumieniu nazistów, tj. chorym umysłowo, alkoholikom, prostytutkom, dotkniętym chorobami wenerycznymi, gruźlikom, epileptykom. Wprowadzając przymusową sterylizację, stała się ona pierwszym aktem prawnym w hitlerowskich Niemczech o charakterze eugenicznym. Od tej pory państwo coraz śmielej ingerowało w życie małżeńskie oraz prokreację.

Historyk Richard Grunberger oszacował, że w latach 1933–39 „poddano przymusowej sterylizacji 375 tys. osób, w tym 200 tys. niedorozwiniętych, 73 tys. chorych na schizofrenię, 57 tys. epileptyków i 30 tys. alkoholików”. Z jednej strony zwracano uwagę na aspekt czystości rasowej, z drugiej ważne było podłoże ekonomiczne. Wyliczono m.in., że corocznie na szpitale dla umysłowo chorych przekazywane jest z budżetu państwa ok. 2 mld marek. Sterylizacja osób mogących w przyszłości przenieść na potomstwo swoje „niewartościowe” geny pochłonęła w latach trzydziestych „jedynie” 14 mln marek.

Orzecznictwo odnośnie do sterylizacji należało w gestii tzw. sądów sterylizacyjnych. W ich skład wchodził sędzia oraz dwóch lekarzy (niekoniecznie psychiatrów), którzy na podstawie różnego rodzaju testów, np. na inteligencję, określali, czy dana osoba nadaje się do wydania na świat rasowo pełnowartościowego potomka, czy też należy jej prokreację uniemożliwić.

Eutanazja. Sukcesywnie za pomocą rasowego ustawodawstwa dokonywał się podział na „ludzi panów” (Herrenmenschen) oraz „podludzi” (Untermenschen). Führer mógł w końcu przystąpić do eliminacji tych ostatnich, co miało się dokonać poprzez masową eutanazję. Swoje życzenie co do eksterminacji „pustych powłok ludzkich” wyraził w liście z sierpnia 1939 r. skierowanym do osobistego lekarza Karla Brandta oraz szefa kancelarii führera NSDAP Philippa Bouhlera. Pismo Hitlera nigdy nie doczekało się zapisu w postaci aktu legislacyjnego. Wiązało się to ściśle z ogólną tajnością przedsięwzięcia.

Od początku próbowano ukryć prawdziwe intencje, stosując zakamuflowany język. W liście Hitlera czytamy m.in.: „Powierza się [Bouhlerowi i Brandtowi] pod odpowiedzialnością zadanie takiego rozszerzenia uprawnień wyznaczonych z nazwiska lekarzy, by mogli oni osobom (…) nieuleczalnie chorym (…) zapewnić śmierć z litości”. Kancelaria nie wtajemniczyła w operację T4 (od ulicy Tiergarten 4 w Berlinie, gdzie ulokowano administrację eutanazyjną) żadnych innych ministerstw. Powołała własne organy, które miały wspomóc masową eutanazję. Jednym z nich była Centralna Izba Rozrachunkowa Zakładów Leczniczo-­Opiekuńczych, w której gestii leżało rekwirowanie budynków pod budowę zakładów śmierci, dostarczanie gazu i trucizn oraz zarządzanie przejętym po zamordowanych mieniem.

Bouhler jako główny koordynator akcji T4 nie miał trudnego zadania. Zdarzali się już wcześniej lekarze, szczególnie psychiatrzy, którzy zabijali swych pacjentów za pomocą trucizn lub głodzenia. Wystarczyło więc jedynie przekonać pozostałych jeszcze sceptyków co do słuszności „uszlachetnienia” rasy przez „wytępienie” jednostek „mniej wartościowych”.

W końcu nadszedł do kancelarii list ojca z Lipska, proszącego Hitlera o zgodę na eutanazję swojego zdeformowanego dziecka. Hitler nie mógł nie wykorzystać nadarzającej się okazji. Społeczeństwo samo domagało się śmierci dla „istot wegetujących”. W trybie natychmiastowym wysłał do szpitala w Lipsku swego pełnomocnika w osobie Brandta. Miał on zadbać o to, by zabieg odbył się bez żadnych przeszkód. Zeznając przed trybunałem w Norymberdze, Brandt mówił o tym: „Następnie polecono mi, bym powiedział, że gdyby lekarze ci z powodu tego posunięcia zostali wplątani w jakiekolwiek postępowanie sądowe, to na polecenie Hitlera zadba się o to, by zostało ono umorzone”.

Typowanie „chorych społecznie”. Najpierw do każdego szpitala i zakładu leczniczo-opiekuńczego dla chorych psychicznie wysłano pliki kwestionariuszy, które rzekomo miały usprawnić przeniesienie chorego z powodu zagrożeń wojennych w dogodniejsze miejsce. Na ich podstawie stwierdzano rodzaj choroby, poziom upośledzenia oraz zdatność do pracy. Przy ówczesnej polityce rasowej oraz wojennych procedurach bezpieczeństwa nie było to dla lekarzy niczym podejrzanym. Dlatego we wczesnej fazie operacji wypełnione kwestionariusze bez żadnych opóźnień wysyłano do jednej z komórek MSW, skąd nieodpieczętowane trafiały pod adres Tiergarten Strasse 4.

Cały proceder deportacji chorych przeznaczonych na „śmierć z litości” był mistyfikacją. Elementy tej okrutnej maskarady później wykorzystywano na Wschodzie przy przeprowadzaniu tzw. Akcji Reinhardt. Zaczynało się od tego, że pod wytypowany szpital lub zakład leczniczy podjeżdżał po pacjentów szary autokar poczty niemieckiej z zasłoniętymi oknami. Wraz z nim przybywała grupa esesmanów przebranych w lekarskie fartuchy. Okłamywano i zwodzono w ten sposób samych pacjentów, ale też personel medyczny szpitali, który początkowo nie miał pojęcia, dokąd jadą ich podopieczni.

Zakłady śmierci. Celem podróży osób wytypowanych do przenosin był w rzeczywistości jeden z sześciu zakładów śmierci, rozlokowanych w Niemczech oraz Austrii. Były to ośrodki w Brandenburgu, Bernburgu, Grafenck, Hadamarze, Sonnenstein oraz Hartheim. Najbardziej osławione stały się zakłady w Brandenburgu (koło Berlina) oraz w Hertheim (koło Linzu). W pierwszym z nich, by znaleźć sposób najbardziej wydajny, przeprowadzano w początkach 1940 r. liczne próby zabijania chorych. Zeznawał na ten temat podczas swojego procesu jeden z lekarzy uczestniczący w procederze: „Najpierw na grupie sześciu pacjentów przeprowadzono próbę wstrzyknięcia dwóch środków farmakologicznych. Pacjenci umierali bardzo powoli (…). Na innej grupie dziesięciu (…) przeprowadzono próbę zagazowania przy użyciu CO2”.

Hertheim natomiast zasłynęło z tego, że stało się szkołą dla przyszłych katów Akcji Reinhardt. Służbę pełnili tam m.in. Franz Stangl, późniejszy komendant obozów w Sobiborze i Treblince, oraz Christian Wirth, komendant Bełżca, a następnie inspektor obozów Sobibor, Bełżec i Treblinka.

Najpierw przeprowadzano prowizoryczne badanie pacjenta w celu wypatrzenia najciekawszych „okazów” dla różnego rodzaju specjalistów przeprowadzających eksperymenty medyczne. Zachowały się listy ze szpitali psychiatrycznych, z zamówieniami np. na mózgi ludzkie wraz z całą aparaturą niezbędną do jego przechowania.

Po badaniach prowadzono pacjentów wprost do komór gazowych. Z drewnianą podłogą, kafelkami na ścianie oraz imitacjami pryszniców przy suficie, do złudzenia przypominające łaźnie, w nikim nie wzbudzały lęku. Jednak, tak jak w późniejszych obozach koncentracyjnych, zamiast wody z natrysków wydobywał się trujący gaz. Na koniec specjalnie wyszkolona grupa palaczy wynosiła nagie trupy wprost do przybudowanych krematoriów.

Wzorem T4. Prawda o celu transportów szarych autobusów bardzo szybko ujrzała jednak światło dzienne. Zdarzało się, że ludzie z sąsiadujących z zakładami śmierci wiosek podczas wykopków lub po wiosennych wylewach rzek znajdowali ludzkie kości, których nie udało się spalić w krematoriach. Zawodziła nawet administracja akcji T4. Okazywało się m.in., że rodziny zamordowanych chorych z pobliskich domów w tej samej miejscowości otrzymywały mniej więcej w tym samym czasie identyczne listy informujące o śmierci bliskiej osoby. Nie dość, że wpisywano tę samą datę zgonu, to jeszcze nie wysilano się zbytnio nad wymyśleniem jego przyczyny. Jeden z lekarzy otrzymał nawet listowną naganę z kancelarii zaniepokojonej tym, że zbyt często jako powód śmierci podawał gruźlicę.

Akcja T4 była kontynuowana do sierpnia 1941 r., kiedy to Hitler oficjalnie ją zawiesił. Nieoficjalnie trwała nadal pod nieco zmienionymi nazwami. Najpierw rozpoczęto tzw. dziką eutanazję, tj. dalsze mordowanie osób upośledzonych, ale głównie przy użyciu trucizn lub poprzez głodzenie na śmierć. Prowadzano także na jeszcze większą skalę eutanazję wśród dzieci, prym wiodły zakłady w Austrii. Natomiast akcja uśmiercania więźniów obozów Mauthausen, Dachau oraz Ravensbrück, nosząca kryptonim 14f13, stanowiła wynik współpracy między obozami nieposiadającymi własnych komór gazowych i krematoriów oraz zakładami śmierci dla chorych.

Po wojnie tylko nieliczni lekarze i funkcjonariusze biorący udział w masowej eutanazji zostali ukarani. Wielu z nich nadal pracowało w niemieckiej służbie zdrowia.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną