Kobieca twarz powstania
Dla mężczyzn powstanie to głównie walka. Dla kobiet to troska o bliskich, zdobycie jedzenia dla dzieci, ukrycie się przed bombami lub zwierzęcą przemocą okupantów i mętów. A także rola sanitariuszek i łączniczek w szeregach AK.
Sanitariuszki z noszami na Jaworzyńskiej
Wydawnictwo ZNAK

Sanitariuszki z noszami na Jaworzyńskiej

Janina Różecka, w powstaniu sanitariuszka na Żoliborzu
Wydawnictwo ZNAK

Janina Różecka, w powstaniu sanitariuszka na Żoliborzu

Teresa Łatyńska, w powstaniu sanitariuszka na Starówce
Wydawnictwo ZNAK

Teresa Łatyńska, w powstaniu sanitariuszka na Starówce

Halina Jędrzejewska, w powstaniu sanitariuszka na Ochocie
Wydawnictwo ZNAK

Halina Jędrzejewska, w powstaniu sanitariuszka na Ochocie

Zofia Radecka, w powstaniu łączniczka na Sadybie
Wydawnictwo ZNAK

Zofia Radecka, w powstaniu łączniczka na Sadybie

Zakochani Zofia Radecka i Kazimierz Sierakowski na kilka miesięcy przed wybuchem powstania, w którym Kazik zginął.
Wydawnictwo ZNAK

Zakochani Zofia Radecka i Kazimierz Sierakowski na kilka miesięcy przed wybuchem powstania, w którym Kazik zginął.

Jacek, syn Ireny Herbichowej, w momencie wybuchu powstania miał 3 miesiące, fotografia z 1945 r.
Wydawnictwo ZNAK

Jacek, syn Ireny Herbichowej, w momencie wybuchu powstania miał 3 miesiące, fotografia z 1945 r.

Jadwiga Łukasik powstanie przetrwała na Woli jako 8-letnie dziecko; na fotografii – w chwili wybuchu wojny miała 3 lata.
Wydawnictwo ZNAK

Jadwiga Łukasik powstanie przetrwała na Woli jako 8-letnie dziecko; na fotografii – w chwili wybuchu wojny miała 3 lata.

Halina Wiśniewska z synem urodzonym 1 sierpnia 1944 r., fotografia z 1945 r.
Wydawnictwo ZNAK

Halina Wiśniewska z synem urodzonym 1 sierpnia 1944 r., fotografia z 1945 r.

Plakat powstańczy
AN

Plakat powstańczy

Amputacja na Żoliborzu. Sanitariuszki AK przed wybuchem bitwy przechodziły tylko teoretyczne przeszkolenie. Jak udzielać pomocy rannym, jak ratować ludzkie życie uczyły się na rysunkach i podręcznikach anatomii. Zupełnie nie były przygotowane na to, co miały zobaczyć. A więc straszliwe rany od szrapneli, urwane kończyny, krew i wypływające wnętrzności.

„Miałam do dyspozycji gońca, chłopca o pseudonimie Fred – wspomina Janina Rożecka, sanitariuszka z powstańczego szpitala na Żoliborzu. – Wyglądał na 11, może 12 lat. Mały chłopaczek, typowy zawadiaka z Marymontu. Przynosił mi a to pomidora, a to jabłko, a to gruszkę zerwaną z jakiegoś sadu czy ogródka.

Dora, jak się skończy wojna, a ja dorosnę, to się z tobą ożenię – powtarzał przy każdej okazji. A ja śmiałam się i oczywiście mu przytakiwałam. Niestety, moim pierwszym rannym był właśnie ten chłopiec. Gdy dowiedziałam się, że go trafili, natychmiast do niego pobiegłam. Po drodze zatrzymał mnie lekarz: Tu nie ma czego zbierać – powiedział. Wszystko ma na wierzchu, krew leje się z niego wiadrami. Cud, że w ogóle jest jeszcze przytomny.

Fred pojękiwał cichutko, i pytał się mnie, czy będzie żyć. A ja siedziałam przy nim, trzymałam go za rękę, i zapewniałam go, że tak. Że przecież musi dorosnąć i się ze mną ożenić. Mieliśmy przecież naszą umowę. Byłam cała we krwi. Tak się z niego lało, że krew przesączała się przez materac na podłogę. Głaskałam go po główce. Łzy płynęły mi ciurkiem, ale on już tego nie widział”.

Wkrótce takie przeżycia stały się dla niej codziennością. Szpital zapełniał się rannymi, pracowała bez przerwy dzień i noc. Bez znieczulenia trzeba było przeprowadzać operacje. Pewnego dnia przyniesiono do szpitala chłopaka, który był ranny w nogę. Okazało się, że trzeba ją amputować. Lekarz kazał Janinie tę nogę trzymać. Najpierw przerzynał skórę, potem mięśnie, a na końcu kość. Ona zaś stała zdrętwiała, cały czas trzymając kończynę. Nawet wtedy, gdy została odcięta od ciała.

„Byłam chyba w szoku – wspomina. – Wtedy lekarz, który znany był z niedelikatności i wymyślania dziewczynom od największych idiotek, kopnął mnie i powiedział, żebym się z tą nogą wynosiła. Wybiegłam więc z sali operacyjnej i spotkanego na korytarzu innego doktora zaczęłam błagać, żeby zabrał nogę.

Jestem lekarzem, a ty sanitariuszką, ja nie zajmuję się takimi błahymi sprawami – odpowiedział. Wtedy ja, już całkowicie załamana, po prostu rzuciłam tę odciętą kończynę na ziemię. Dopiero następnego dnia wróciłam po nią, zaniosłam do ogrodu i zakopałam. Potem jeszcze długo nie mogłam dojść do siebie”.

Dziewczynka w bramie. Teresa Potulicka-Łatyńska była sanitariuszką na Starówce, a więc w dzielnicy, na terenie której odbyły się najbardziej zacięte walki. Była świadkiem słynnej eksplozji niemieckiego pojazdu na ul. Kilińskiego, 13 sierpnia. „Głucha detonacja, oślepiający błysk i fala uderzeniowa, która zatrzęsła ziemią – opowiada. – Jakieś martwe ciało wleciało z impetem na nasz balkon. To był sam korpus – bez głowy, rąk i nóg – który odbił się od ściany budynku i potężnie uderzył mnie w plecy. Przewróciłam się, byłam cała we krwi i kawałkach wnętrzności.

Fala uderzeniowa rozpruła mi spódnicę, całe ubranie wisiało na mnie w strzępach. Byłam w szoku, dzwoniło mi w uszach. Zbiegłam na dół, a stamtąd na podwórze. A tam… pandemonium. Tak chyba musi wyglądać piekło.

Pył powoli opadał, a ulicami chodzili w kółko oszołomieni, ranni ludzie. Chodniki były usłane trupami i wijącymi się rannymi. Nieludzkie wycia, błaganie o pomoc, zapach prochu zmieszany ze słodkim swądem spalonego ciała. Spojrzałam pod nogi, przeraźliwie zdeformowane ludzkie ciało, a właściwie jego resztki, pełzały po podwórzu. Zaczęłam się krztusić, miałam odruch wymiotny. Jakiś leżący na ziemi chłopak wyjął scyzoryk i wył do jednej z moich koleżanek: Dobij mnie!

Zawróciłam i popędziłam na górę po moją torbę sanitarną. Dopiero w tej chwili uświadomiłam sobie, że zostałam ranna, na szczęście bardzo lekko. Nie miałam jednak czasu, żeby myśleć o sobie. Trzeba było przenieść rannych do szpitala. Ale jak to zrobić? Rannych były setki. Cała ulica była pokryta lepką mazią, w której grzęzły nasze podeszwy. To było połączenie ludzkiej krwi, z kurzem i pyłem. Trudno było w tym iść.

Spojrzałam w górę i zmartwiałam. Na oknach, rynnach i balkonach wisiały fragmenty ludzkich ciał. Nogi, ręce, korpusy, kiszki. W tłumie chodziły kobiety i przeraźliwymi, obłąkanymi głosami nawoływały dzieci. Nikt im jednak nie odpowiadał... ”.

Niemal codziennie ktoś umierał na jej rękach. A ona była całkowicie bezradna. Brakowało środków opatrunkowych, lekarstw, zastrzyków. Powstańcze szpitale nie nadążały z operowaniem rannych. Nie było zresztą profesjonalnego medycznego sprzętu. Lekarze i sanitariuszki po prostu padali z nóg. A rannych przybywało z każdą godziną.

Zdecydowanie najgorsze było jednak cierpienie dzieci, którego była świadkiem: „Pamiętam jak zostałam zawołana do rannych w bramie na Nowomiejskiej. Zobaczyłam tam klęczącą kobietę z obłędem w oczach. Na jej kolanach leżała córeczka – bez obu rąk i bez obu nóg. A co najgorsze – była przytomna. Wołała: Mamusiu, jak to strasznie boli, a potem: Mamusiu, ja umieram. Tak strasznie płakała. A matka błagała mnie, żeby dać jej morfinę. Nie pozwalała zakładać opatrunków, żeby nie sprawiać jej dodatkowego bólu. Nie pamiętam nawet, czy zdążyłam zrobić jej ten zastrzyk”.

Mordy i gwałty. Los cywilek nie był lżejszy. Szczególnie na Woli i Ochocie, gdzie w pierwszych dniach bitwy Niemcy dopuścili się masowej eksterminacji warszawiaków. „Wypędzili nas na ulicę Górczewską i tam zaczęli szukać miejsca na egzekucję – relacjonuje Jadwiga Łukasik, wówczas ośmioletnie dziecko. – Stała tam jakaś kuźnia, jakiś zakład. Na podwórzu leżała młoda kobieta z niemowlęciem przytulonym do piersi. Miała blond włosy do ramion, z modnym wówczas lokiem nad czołem. Oboje, ona i dziecko, się palili. Zaczęłam krzyczeć do mamy: Mamo! Trzeba ratować tę panią, oni jeszcze żyją! Nie wiem dziś, czy oni naprawdę byli jeszcze żywi, czy to ich martwe ciała pod wpływem ognia tak się dziwnie zachowywały. Jakby się kurczyły i rozkurczały.

Tymczasem ustawiono nas pod murem. Niemcy wycelowali w nas lufy. Rozległ się straszliwy lament. Ludzie błagali o życie, inni się modlili. Właśnie wtedy powiedziałam do mamy: Ja nie chcę umierać.

Chcesz czy nie chcesz, to nie od nas zależy – odparła.

Wokół nas rozbrzmiewała pieśń: »Słuchaj Jezu jak cię błaga lud«. To nie był śpiew, to było naprawdę błaganie. Do tej pory, jak słyszę tę pieśń, to nie potrafię powstrzymać się od płaczu.

Mama jeszcze zdążyła mi szepnąć: Jakby cię kula nie trafiła, to leż, nie wstawaj. Nie wychodź spod trupów. Czekaj, aż się ściemni i aż nie będziesz słyszała wokoło głosów. Wtedy uciekaj”.

W ostatniej chwili przed śmiercią uratował je jakiś Niemiec, który przyniósł rozkaz o wstrzymaniu rozstrzeliwań kobiet i dzieci. Był 6 sierpnia. Takiego szczęścia nie mieli ludzie, których Niemcy dopadli w poprzednich dniach.

Wiele warszawianek padło również ofiarą przemocy seksualnej. Gwałcili szczególnie służący Niemcom w rozmaitych formacjach pomocniczych wschodni Europejczycy. Gwałtom tym, popełnianym często po pijanemu, towarzyszyły niebywałe wręcz bestialstwa.

„Przechodząc przez plac Narutowicza, mama zobaczyła dziewczynę, która leżała bez ruchu w bramie – mówi Irena Herbich. – Miała śliczne długie blond warkocze, które były całe unurzane we krwi. Gdy mama udzieliła jej pierwszej pomocy, opowiedziała, że została w bestialski sposób zgwałcona, a następnie postrzelona w szyję przez Kałmuka. Cudem udało jej się wyczołgać z płonącej piwnicy. Mama, niewiele myśląc, zrobiła coś szalonego. Zatrzymała przejeżdżający akurat niemiecki samochód i kazała ją natychmiast wieźć do szpitala. Niemcy widocznie zgłupieli i zaskoczeni tupetem i zdecydowaniem mamy grzecznie spełnili jej prośbę.

Całkiem niedawno odszukała mnie krewna tej dziewczyny. Okazało się, że po tym, co przeszła, nie potrafiła już się pozbierać i wrócić do normalnego życia. Została złamana. Wstąpiła do klasztoru sióstr niepokalanek w Szymanowie. Żyje w nim do dzisiaj”.

Tragiczna miłość. Przytłaczająca większość kobiet, które walczyły w Powstaniu Warszawskim, była nastolatkami. Przeżywały swoje pierwsze miłosne fascynacje. Wiele z nich poznało wówczas swoich przyszłych mężów, jeszcze więcej przeżywało dramat utraty ukochanego.

Taki los spotkał łączniczkę Zofię Radecką, ps. Zosia. Kazimierz Sierakowski, ps. Włodek, był miłością jej życia. Znali się jeszcze z konspiracji, nie widzieli poza sobą świata. Marzyli o tym, że gdy wreszcie skończy się ta przeklęta wojna, wezmą ślub, będą mieli dzieci, stworzą razem dom.

„Wreszcie nadszedł upragniony czas mobilizacji. Idziemy do powstania! – opowiada Zofia Radecka. – Jeszcze wieczorem 31 lipca zadzwoniłam do Kazika. Umówiliśmy się w kawiarni na Brackiej. Kawiarnia jest zresztą w tym budynku do dzisiaj, choć nazywa się oczywiście inaczej. Przetrwało okno, w którym wtedy siedzieliśmy. W tym samym miejscu stoi stolik.

Był 1 sierpnia 1944 r., za kilka godzin miało się zacząć powstanie. Widzieliśmy się zaledwie przez kilka chwil, zdecydowanie za krótko. Pogładził mnie po ręce, pogłaskał po głowie. Patrzył na mnie z jakimś głębokim smutkiem. Pocieszałam go, że przecież zaraz spotkamy się na defiladzie zwycięstwa.

To było nasze ostatnie spotkanie w życiu”.

Kazimierz Sierakowski poległ 27 sierpnia przy klasztorze nazaretanek na Czerniakowie. W tym samym czasie Zosia – nawet o tym nie wiedząc – znajdowała się ze swoim oddziałem dwie ulice dalej. Najprawdopodobniej próbował się do niej przebijać.

Po wojnie chodziła na ekshumacje w miejsce, gdzie poległ. Szukała go wśród wydobytych z ziemi, rozkładających się, okaleczonych ciał. Nie wiedziała, że jego ciało spłonęło do ostatniej kości. I choć wyszła za mąż i urodziła dziecko, do dziś nie ma dnia, by nie myślała o Włodku. „Życie jakoś wyszło. Ułożyło się – mówi. – Ale ja jeszcze długo na każdy dzwonek biegłam z drżeniem serca do drzwi. A nuż…”.

Kobiety opowiadają o swoich pierwszych pocałunkach i pierwszych komplementach, które usłyszały w przerwie między bombardowaniami. Jedna z nich złamała zasady konspiracji i zdradziła swoje prawdziwe imię ukochanemu, inna w obozie jenieckim żałowała, iż dała kosza pewnemu młodemu oficerowi.

To były młode dziewczyny, które chciały żyć, kochać. Kapelani AK podczas powstania udzielili 257 ślubów. Dziewczyny przystępowały do nich w białych kitlach sanitariuszek, a chłopcy w zdobycznych panterkach. Znane są przypadki, że oboje państwo młodzi ginęli w bitwie.

Ubrania i higiena. Z domów wyszły w letnich sukienkach, w sandałkach, nawet bez zmiany bielizny. Były przekonane, że szybko będzie po wszystkim. Bitwa jednak trwała kolejne dni i tygodnie. Musiały w gruzach wypalonych budynków i porzuconych mieszkaniach szukać jakichś w miarę pasujących rzeczy. Pomagali im w tym koledzy. Halina Jędrzejewska, ps. Sławka, zapamiętała sytuację, gdy jeden z żołnierzy oddziału podbiegł do niej i krzyknął na całe gardło: „Sławka, przyniosłem ci coś na cyce”. Była zażenowana, ale ten stanik rzeczywiście jej się bardzo przydał.

Kolejnym problemem była higiena osobista. Z powodu olbrzymiego stresu wielu kobietom zatrzymał się cykl menstruacyjny i odpadł przynajmniej ten problem. Chciały jednak dobrze wyglądać, zachować czystość. „Koledzy raz stwierdzili, że zrobią nam przyjemność, i przygotowali dla nas kąpiel – wspomina Sławka. – Przynieśli olbrzymi kocioł, w którym miała być ugotowana kasza. Przed obiadem miałyśmy jednak podgrzać sobie w tym kotle wodę i się umyć. Skwapliwie z tego skorzystałyśmy, nie tylko udało nam się porządnie wyszorować, ale umyłyśmy nawet włosy, co w powstaniu było niebywałym wręcz luksusem. Czułyśmy się wspaniale!

Nagle jednak w nasz budynek uderzył niemiecki pocisk. Kaliber musiał być spory, bo w mgnieniu sekundy zwaliła się cała ściana. W górę wzbiła się olbrzymia chmura pyłu, kurzu i drobnych odłamków muru. Gdy to wszystko opadło, przedstawiałyśmy sobą żałosny widok. Stałyśmy nad tym garem po prostu szare. Od stóp do głów pokrywał nas pył. Całe szczęście żadnej z nas nic poważnego się nie stało, ale cały nasz wysiłek poszedł na marne”.

Z dzieckiem na ręku. Najbardziej heroiczną walkę stoczyły młode matki, które w trakcie powstania znalazły się ze swoimi niemowlętami w piwnicach. Walka ta często była przegrana, w czasie powstania największą śmiertelność zanotowano właśnie wśród noworodków. Podstawowym problemem było to, że z powodu gigantycznego stresu i braku normalnych posiłków kobiety traciły pokarm. Niektóre, aby ratować dzieci, zdrapywały wapno z piwnicznych ścian, rozcieńczały je wodą i dawały niemowlętom. Inne karmiły je cukrem lub mąką. Inne jeszcze nie miały nawet tego…

Halina Wiśniewska urodziła syna Stasia 1 sierpnia 1944 r., trzy godziny przed godziną W. Jej mąż poszedł walczyć, a ona została sama z dzieckiem, w połogu, wyczerpana po porodzie, ledwo się ruszała. „W pewnym momencie obok zawalił się dom i ludzie stamtąd uciekli do naszej piwnicy – wspomina. – Jak wpadli, to myślałam, że nas stratują. Krzyk, ścisk, płacz, tumult, przekleństwa i złorzeczenia. To był jakiś szał. Trzymałam dziecko, ale nikogo to nie obchodziło. Przerażeni ludzie pchali się na mnie i w końcu docisnęli mnie do ściany. Po prostu nas zgnietli!

Spojrzałam na Stasia i włosy stanęły mi dęba na głowie. Był bezwładny, miał otwarte usta, nie oddychał. Patrzyłam na to ze zdumieniem, nie wierząc. Całe szczęście obok była Julia, która zareagowała błyskawicznie. Chwyciła dziecko i kilkoma susami znalazła się na podwórku. Wybiegłam za nią. Trzęsła nim, zatykała mu nos, szczypała go w policzki, w końcu zaczęła bić go po twarzy. Nagle zachłysnął się powietrzem i otworzył oczy.

Do dzisiaj nie wiem, jakim cudem mój synek to wszystko przeżył. Niedożywiony, ledwo żywy, w smrodzie i brudzie. Skórę miał dosłownie przezroczystą.

Ja cały czas byłam w złym stanie. Dziś nazywa się to chyba depresją poporodową. Byłam zobojętniała, otępiała. Nic mnie nie obchodziło, czy mam świeżą bieliznę czy nie. Czy coś jem czy nie. Myślałam tylko o jednym – o Stasiu. Najbardziej bałam się, że spadnie bomba, on zginie, a ja zostanę tylko ranna. Albo odwrotnie. Wolałam już żebyśmy zginęli oboje...”.

W powstańczej Warszawie swoje dziecko uratowała także Irena Herbich, babcia niżej podpisanej. Z trzymiesięcznym synkiem na ręku przeżyła pacyfikację Ochoty, koszmar Zieleniaka i obóz w Pruszkowie. „Moje dzieci i wnuki regularnie mnie odwiedzają – opowiada. – Często siadają przy stole i skarżą mi się na swoje kłopoty. A to coś nie wyszło w pracy, a to nie udało się czegoś załatwić w urzędzie, a to nie wypalił jakiś wyjazd. Patrzę wtedy na nich zdumiona. I mówię: Czy twoje miasto jest bombardowane? Czy twojemu mężowi grozi śmierć od nieprzyjacielskiej kuli? Czy twoje dzieci głodują? Jeżeli nie, to nie masz powodu do narzekania. Wszystko inne jest bowiem błahostką”.

Wszystkie wypowiedzi bohaterek artykułu zostały zebrane przez autorkę do jej książki „Dziewczyny z Powstania” (Wydawnictwo ZNAK Horyzont)

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną