Jak odbywało się przesiedlenie ludności polskiej

Deportacja zwana repatriacją
Migrację Polaków z Kresów po drugiej wojnie światowej, potocznie określaną mianem repatriacji, należałoby nazwać raczej przesiedleniem (często przymusowym), a czasami wręcz wypędzeniem.
Marek Sobczak/Polityka

Wagon z wysiedleńcami z Rudki k. Lwowa, maj 1946 r.
John Vachon/Archiwum Ann Vachon

Wagon z wysiedleńcami z Rudki k. Lwowa, maj 1946 r.

Tabliczki adresowe zabrane z Kresów Wschodnich w przesiedleńczą podróż na zachód
Zbiory Tomasza Kuby Kozłowskiego/Archiwum prywatne

Tabliczki adresowe zabrane z Kresów Wschodnich w przesiedleńczą podróż na zachód

Tabliczki adresowe zabrane z Kresów Wschodnich w przesiedleńczą podróż na zachód
Zbiory Tomasza Kuby Kozłowskiego/Archiwum prywatne

Tabliczki adresowe zabrane z Kresów Wschodnich w przesiedleńczą podróż na zachód

Klemens Hawryluk, więzień obozu w Stalinogorsku, fotografia zrobiona w punkcie repatriacyjnym w Białej Podlaskiej, styczeń 1946 r.
Ośrodek Karta w Warszawie

Klemens Hawryluk, więzień obozu w Stalinogorsku, fotografia zrobiona w punkcie repatriacyjnym w Białej Podlaskiej, styczeń 1946 r.

Pracownica Czerwonego Krzyża udziela pomocy przesiedleńcowi w punkcie etapowym, luty 1946 r.
John Vachon/Archiwum Ann Vachon

Pracownica Czerwonego Krzyża udziela pomocy przesiedleńcowi w punkcie etapowym, luty 1946 r.

Wysiedleńcy z Rudki, luty 1946 r.
John Vachon/Archiwum Ann Vachon

Wysiedleńcy z Rudki, luty 1946 r.

Władysława Janciszyk z nowo narodzonym dzieckiem w noclegowni prowadzonej przez UNRRA w okolicach Katowic, marzec 1946 r.
John Vachon/Archiwum Ann Vachon

Władysława Janciszyk z nowo narodzonym dzieckiem w noclegowni prowadzonej przez UNRRA w okolicach Katowic, marzec 1946 r.

Polityka

Odwszawianie przesiedleńców środkiem DDT z zasobów UNRRA w Katowicach, luty 1946 r.
John Vachon/Archiwum Ann Vachon

Odwszawianie przesiedleńców środkiem DDT z zasobów UNRRA w Katowicach, luty 1946 r.

Rzeczy zabrane z Kresów Wschodnich w przesiedleńczą podróż na zachód
Zbiory Tomasza Kuby Kozłowskiego/Archiwum prywatne

Rzeczy zabrane z Kresów Wschodnich w przesiedleńczą podróż na zachód

Rzeczy zabrane z Kresów Wschodnich w przesiedleńczą podróż na zachód
Zbiory Tomasza Kuby Kozłowskiego/Archiwum prywatne

Rzeczy zabrane z Kresów Wschodnich w przesiedleńczą podróż na zachód

Rzeczy zabrane z Kresów Wschodnich w przesiedleńczą podróż na zachód
Zbiory Tomasza Kuby Kozłowskiego/Archiwum prywatne

Rzeczy zabrane z Kresów Wschodnich w przesiedleńczą podróż na zachód

[Artykuł pochodzi z najnowszego wydania Pomocnika Historycznego Z Kresów na Kresy. Pełne wydanie pomocnika można kupić w sklepie POLITYKI]

Motyw homogenizacji etnicznej. Tzw. pierwsza sowiecka okupacja Kresów (wrzesień 1939 – czerwiec/lipiec 1941 r.) trwała na tyle krótko, że trudno jednoznacznie stwierdzić, jakie były ostateczne plany Stalina wobec ich mieszkańców, zwłaszcza Polaków. Czy ograniczyłby się do usunięcia niebezpiecznych elit (co w dużej mierze zrobił), czy też – gdyby nie doszło do wojny niemiecko-sowieckiej i reżim komunistyczny ustabilizowałby się na Kresach – kolejnym krokiem byłaby ich homogenizacja narodowościowa, połączona z masowymi przesiedleniami Polaków i zapewne Żydów? Jest to jednak tylko historia alternatywna. Kierunek realny nadała jej agresja niemiecka na ZSRR 22 czerwca 1941 r., która radykalnie zmieniła sytuację dawnych wschodnich rejonów Polski. W ciągu dwóch lat społeczność żydowska Kresów została praktycznie unicestwiona. Wkroczenie Niemców doprowadziło także do uaktywnienia się nacjonalistów ukraińskich, liczących na stworzenie własnego państwa. Wpłynęło to na podjęcie przez kierownictwo OUN decyzji o usunięciu polskiej ludności ze wszystkich spornych terytoriów i w rezultacie do krwawych czystek etnicznych na Wołyniu i w Galicji Wschodniej.

Wydarzenia lat 1941–44 miały bezsprzecznie wpływ na decyzje Stalina wobec Kresów. Czystki etniczne udowadniały, że koegzystencja narodowościowa jest niemożliwa i jedynym wyjściem jest homogenizacja etniczna. Było to już znacznie łatwiejsze z powodów zarówno ilościowych, jak politycznych. Z ok. 4 mln Polaków mieszkających w 1939 r. na wschód od Bugu z chwilą wkroczenia Armii Czerwonej w 1944 r. pozostała zaledwie połowa, a z ponad 1 mln Żydów – zapewne jedynie kilkadziesiąt tysięcy.

Rachunki polityczne. Z drugiej strony fakt przystąpienia ZSRR do wojny po stronie zachodnich aliantów i przejęcie przez niego aż do połowy 1944 r. ciężaru działań w Europie spowodował, że zachodnie demokracje wyrozumiale traktowały polityczne i terytorialne posunięcia Rosjan. Pieredyszka gwarantowana przez Armię Czerwoną warta była wysokiej ceny: odstąpienia Stalinowi połowy Europy – w tym polskich Kresów. Nie wchodził też w rachubę opór Polaków. Protestujący emigracyjny rząd w Londynie, z którym Moskwa zerwała kontakty już w kwietniu 1943 r., był skutecznie neutralizowany przez zachodnich aliantów, głównie Brytyjczyków. Polscy komuniści, szykujący się w ZSRR do objęcia władzy w kraju, z jednej strony zgadzali się z roszczeniami terytorialnymi Moskwy (układ graniczny został podpisany 27 lipca 1944 r.), z drugiej dążyli do jak najdalej idącej homogenizacji etnicznej powojennej Polski. Nie można natomiast zaprzeczyć, że komuniści ci, często sami mający tragiczne doświadczenia z pobytu w ZSRR, chcieli uratować jak najwięcej z polskiej substancji ludzkiej, zarówno z Kresów, jak z głębi Rosji.

Trudno natomiast stwierdzić, jaką rolę odgrywał już w lecie 1944 r. argument użycia przesiedlonych z Kresów Polaków do akcji osiedleńczej na ziemiach niemieckich, mających stanowić rekompensatę za utracone terytoria na wschodzie. Ten czynnik zaczął znaczyć od wiosny 1945 r., kiedy polska administracja na tzw. Ziemiach Odzyskanych stała się faktem. Jak się zdaje, w 1944 r. ważniejsze było również zyskanie argumentu – przez tzw. wzajemną wymianę ludności – do usunięcia z Polski mniejszości ukraińskiej, białoruskiej i litewskiej.

Wymiana ludności

Umowy o wzajemnej ewakuacji ludności. Zależało na tym również władzom poszczególnych granicznych republik sowieckich, na które Moskwa scedowała organizację przesiedleń. (Dlatego trudno jest tu mówić o repatriacji, która jest rodzajem reemigracji, powrotu do ojczystego kraju osób, które wskutek różnych wydarzeń znalazły się poza jego granicami).

Nie ulega jednak wątpliwości, że zasady, na których miała się ta operacja odbywać, opracowano w stolicy ZSRR. Wskazuje na to chociażby fakt, że umowy o wzajemnej ewakuacji ludności, które Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego podpisał z władzami trzech republik sowieckich (ukraińską i białoruską 9 września 1944 r. oraz litewską 22 września 1944 r.), były praktycznie identyczne (zbiorczo nazwano je układami republikańskimi). Przewidywały „dobrowolne przesiedlenie” ludności polskiej i żydowskiej z Kresów oraz ukraińskiej, białoruskiej i litewskiej z Polski lubelskiej. Nie określono jednak dokładnie, czy kryterium przesiedlenia ma być posiadanie przed 17 września 1939 r. obywatelstwa polskiego, czy też deklarowanie przed tą datą narodowości polskiej. Przy skomplikowanej sytuacji etnicznej na dawnych wschodnich terenach II Rzeczpospolitej musiało się to stać zarzewiem poważnych konfliktów.

Niemało miejsca poświęcono w umowach kwestiom organizacyjnym – zapewniono przesiedleńcom możliwość wyboru miejsca osiedlenia, odszkodowanie za mienie pozostawione (ziemia, nieruchomości) w formie gospodarstwa wiejskiego lub nieruchomości miejskiej. Można było zabrać do 2 ton bagażu na rodzinę: odzież, obuwie, żywność, sprzęty domowe, inwentarz gospodarczy, zwierzęta hodowlane. Przedstawiciele wolnych zawodów (lekarze, artyści, naukowcy) mogli wziąć przedmioty niezbędne do wykonywania swego zawodu. Wyjeżdżających zwolniono ze wszystkich zobowiązań podatkowych, kontyngentów etc. Do koordynacji działań polskich 7 października 1944 r. został powołany Państwowy Urząd Repatriacyjny (PUR), mający organizować przesiedlenia zarówno ludności polskiej, jak obcej. W przypadku Polaków miał zająć się również ich osiedleniem na nowym miejscu.

Umowy były optymistyczne również pod względem terminów. Przewidywały rejestrację przesiedleńców od 1 października do 31 grudnia 1944 r., a samo przesiedlenie od 1 grudnia 1944 r. do 1 kwietnia 1945 r. Było to nierealne i porozumienia musiały być parokrotnie przedłużane. Ostatecznie też główny etap przesiedleń, nazywanych eufemistycznie repatriacją, zakończył się w czerwcu 1946 r. Porozumienia zawarte we wrześniu 1944 r. obejmowały tylko Polaków przebywających w danym momencie na terenach zachodnich republik ZSRR, a nie np. na Syberii czy w Kazachstanie. Umowę przewidującą ich repatriację (w tym przypadku określenie jest prawidłowe) podpisano dopiero 6 lipca 1945 r. Dotyczyła ona jedynie obywateli polskich sprzed 1 września 1939 r., nie obejmując licznej Polonii mieszkającej w ZSRR przed wojną.

Wysiedleńcze domino. Większość wielkich migracji przymusowych XX w. była z sobą ściśle powiązana. Nie inaczej było z zaczętymi jesienią 1944 r. migracjami przez nową granicę na Bugu. Należy przede wszystkim pamiętać, że nie był to transfer jednostronny, wyłącznie ze wschodu na zachód. Również Warszawa – jak wspomnieliśmy – nie życzyła sobie mniejszości narodowych, konsekwentnie realizując projekt państwa jednonarodowego. Według ówczesnych obliczeń jesienią 1944 r. było w Polsce ponad 546 tys. osób podlegających kryteriom ewakuacji za granicę wschodnią. Największy odsetek stanowili Ukraińcy, do których usunięcia z terenów na zachód od Bugu polskie władze przykładały olbrzymią wagę, nie cofając się przed brutalnym przymusem (zdarzały się aresztowania i wysiedlenia całych wsi). Ogółem według oficjalnych danych do początku sierpnia 1946 r. wysiedlono z Polski ok. 520 tys. Ukraińców, Białorusinów i Litwinów.

Nacisk władz polskich na ich wyjazd był uzasadniony nie tylko homogenizacją etniczną kraju, ale również koniecznością znalezienia ziemi i domów dla Polaków wysiedlanych z Kresów. Na przełomie lat 1944–45 ziemie niemieckie były jeszcze tylko mglistą obietnicą, tymczasem już jesienią 1944 r. zaczęli napływać z Ukrainy Polacy (ok. 120 tys.), w większości uciekinierzy przed terrorem ze strony nacjonalistów ukraińskich. Przesiedlenie z Kresów nabrało tempa wiosną, a zwłaszcza latem i jesienią 1945 r., kiedy umożliwiło to otwarcie dla akcji osiedleńczej dawnych terytoriów niemieckich (co z kolei stymulowało wysiedlanie Niemców). W 1945 r. przesiedlono prawie 743 tys., a w 1946 – 640 tys. osób (w tym prawie 222 tys. z głębi ZSRR).

W ciągu kolejnych dwóch lat z dawnych Kresów „repatriowano” jedynie 2911 osób, a z głębi ZSRR – 15 275. W sumie w latach 1944–48 przesiedlono oficjalnie 1 517 983 osób. Do tej liczby należy doliczyć zapewne ok. 200 tys. dzikich przesiedleńców – zagrożonych aresztowaniem i zsyłką żołnierzy Armii Krajowej, Polaków z Wileńszczyzny niemogących doczekać się na urzędowe przesiedlenie czy uciekających przed terrorem nacjonalistów ukraińskich mieszkańców Galicji Wschodniej.

Warunki wysiedleń

Pożegnanie małych ojczyzn. Decyzja opuszczenia – oficjalnie lub nie – małej ojczyzny była funkcją wielu czynników, wśród których własna deklaracja i poczucie świadomości narodowej stanowiły elementy ważne, ale często niedecydujące. Kresowiacy mieli odejść z ziem zamieszkanych przez nich od wielu stuleci, z którymi związani byli mocnymi więzami uczuciowymi i historycznymi. I chociaż Polacy na Kresach mieli za sobą doświadczenia okupacji sowieckiej lat 1939–41, to – przynajmniej w początkowym okresie przesiedleń – nie brakowało decyzji o pozostaniu. Były one z jednej strony motywowane nadzieją na korzystne wyniki konferencji pokojowej, z drugiej zaś – szczególnie wśród inteligencji – chęcią zapobieżenia rusyfikacji i zachowania charakteru narodowego Kresów. Jednak w walce sumienia i ideałów z rozsądkiem i zimną kalkulacją zwyciężała zazwyczaj opcja opuszczenia Kresów.

Propaganda przesiedleń. Niemałą rolę w podjęciu takiej decyzji odgrywała propaganda uprawiana przez władze w Warszawie wśród polskiego społeczeństwa na Kresach. „Panującym nastrojem mimo wszystko wśród tych setek tysięcy Polaków jest to – donoszono w końcu 1945 r. z Białorusi – że nie zważając na nic, nawet gdyby przyszło wszystko porzucić, pieszo udadzą się oni do Kraju (...) owiani nadzieją, że Rząd Jedności Narodowej zatroszczy się o ich dalsze losy w Polsce”. Jak też raportował w kwietniu 1946 r. włoski poseł w Warszawie Eugenio Reale „Polacy zamieszkali na Ukrainie Zachodniej dochodzą stopniowo do przekonania, że obowiązkiem ich jest wrócić do kraju, by wziąć czynny udział w odbudowie Polski”.

Strach i przymus. Polskie instytucje miały ważny, ale jednak tylko częściowy udział w przekonywaniu Polaków do przesiedlenia za Bug. Podstawowym bodźcem do wyjazdu (oprócz poczucia więzi narodowych i chęci życia w Polsce – choć nie na ziemi ojców) były bowiem strach i przymus: od terroru bezpośredniego, aresztowań, po przymusową ukrainizację czy lituanizację oraz dyskryminację zawodową lub oświatową Polaków. W decyzji o wyjeździe pomagała też świadomość, że znacznie lepiej udać się na niepewny los na zachód, niż na pewny na wschód (równolegle z rejestracją do wyjazdu trwała przymusowa wysyłka w głąb ZSRR, m.in. do kopalni Donbasu). Wydaje się też, że Polacy z dawnych ziem wschodnich stosunkowo szybko – już w 1945 r. – przyjęli do wiadomości ostateczność i nieodwracalność zmian.

Władze poszczególnych republik podchodziły do kwestii kryteriów narodowościowych (a tym samym do wysiedlenia) zgodnie z własnymi, często czysto pragmatycznymi, celami. Np. na Ukrainie wręcz wywierały nacisk na Polaków, skłaniając ich do wyjazdu, zwłaszcza z miast. Z drugiej strony najwięcej przeszkód (przede wszystkim ludności wiejskiej) stawiały władze litewskie. Zjawiskiem powszechnym bowiem było odmienne traktowanie mieszkańców miast i wsi. O ile władzom zależało na jak najszybszym usunięciu bardziej świadomych mieszkańców miast, zwłaszcza Wilna i Lwowa, mających zarówno dla Polaków, jak Litwinów i Ukraińców znaczenie symboliczne, to w przypadku mieszkańców rejonów wiejskich przesiedlenia często przedłużano, nieraz wręcz sabotowano, obawiając się spadku produkcji rolnej. „Był okres – donosił z Białorusi w listopadzie 1945 r. polski urzędnik – kiedy nie zezwalano chłopowi zarejestrować się zanim nie zasieje, a po zasiewach, po 1-ym maja już nie rejestrowano, a dla zarejestrowanych nie było wagonów i znów trzeba było czekać. Ludność miejska i wszyscy poszukiwacze lekkiego zarobkowania mieli więcej możliwości otrzymania transportu i wyjazdu”.

Bilans wysiedleń. Mieszkańcy miast byli bliżej informacji, punktów rejestracyjnych, polskich instytucji przesiedleńczych, środków transportu (co np. eliminowało długie oczekiwanie). Stanowili też grupę znacznie bardziej mobilną niż chłopi, którzy musieli zabrać z sobą sprzęty gospodarskie, inwentarz etc. W rezultacie na Wileńszczyźnie, gdzie zarejestrowało się do wyjazdu ok. 380 tys. osób, wyjechało około połowy. Jednak o ile z Wilna – 80 proc. zarejestrowanych, to z obszaru dawnego województwa wileńskiego – tylko 31,3 proc. Ogółem z Ukrainy wyjechało ponad 90 proc. osób zarejestrowanych do przesiedlenia, z Litwy – jak wspomniano – ok. 50 proc., a z Białorusi ok. 55 proc. W rezultacie, zarówno na Kresach, jak w głębi ZSRR pozostało co najmniej kilkaset tysięcy Polaków (dane są tutaj niezwykle rozbieżne – od 600 tys. do 1,6 mln), z których części (250 tys.) udało się przesiedlić do Polski w ramach tzw. drugiej repatriacji w latach 1955–59.

Warunki przesiedleń

Podróż. Czynnikami, które w istotny sposób powstrzymywały przed zarejestrowaniem się do przesiedlenia, były przede wszystkim, jak informował na początku września 1945 r. Stanisław Grabski, „niepewność losu oczekującego repatriantów w Polsce oraz fatalne warunki transportu”. Rzeczywiście, w obu tych przypadkach doświadczenia „dobrowolnie” przesiedlających się Polaków były nadzwyczaj podobne do losu przymusowo wysiedlanych Niemców. Nie było co prawda na Kresach obozów zbiorczych i etapowych, przez które często przechodzili Niemcy w Polsce czy Czechosłowacji. Była natomiast ta sama zasada: najpierw człowiek, potem pociąg. Przesiedleńcy musieli nieraz po kilka tygodni czekać na stacjach kolejowych na odejście pociągu, często bez możliwości ugotowania jedzenia, schronienia się przed deszczem czy zimnem, ciągle narażeni na rabunki. System taki – podobnie jak sama rejestracja – otwierał szerokie pole dla korupcji. Łapówki należało zapłacić za samo wejście do pociągu, jego ruszenie ze stacji początkowej, potem zaś z każdego przystanku, zwłaszcza z wielodniowego nieraz postoju na granicy.

Przyczyną nieludzkich miejscami warunków przesiedlenia były również działania i zaniechania ludzkie – od nieumiejętnego organizowania transportów po wschodniej i zachodniej stronie granicy po przemoc i rabunek w czasie przejazdów i postojów. Nic też dziwnego, że podróże, trwające nieraz wiele tygodni, z zasady w odkrytych wagonach-węglarkach, zbierały – szczególnie w miesiącach jesienno-zimowych – tragiczne żniwo. Zwłaszcza że przesiedleń nie wstrzymano podczas mroźnej zimy 1945/46. W najzimniejszych miesiącach – od października 1945 r. do marca 1946 r. przesiedlono prawie 350 tys. osób. Na trudności transportowe miały również olbrzymi wpływ zniszczenia taboru i linii kolejowych oraz priorytety wojenne.

Warunki klimatyczne połączone z bezwładem organizacyjnym prowadziły do stosunkowo wysokich strat. Nie należały do rzadkości takie transporty jak ten, który wyruszył 19 listopada 1945 r. z Buczacza w Galicji Wschodniej, by 10 grudnia – po 21 dniach! – dotrzeć do odległego o ok. 250 km Rzeszowa (961 osób – w tym 143 dzieci, 55 wagonów – w tym 14 krytych). Tylko podczas postoju na granicy zamarzły cztery osoby. Do dziś nie znamy nawet szacunkowych rozmiarów strat podczas przesiedlenia Polaków z Kresów i z głębi ZSRR.

Równoleżnikowe osiedlenie. Większość wysiedleńców z Kresów osiedliła się na tzw. Ziemiach Odzyskanych: według danych PUR – 121 846 z Wileńszczyzny, 247 936 z Białorusi i 612 405 z Wołynia i Galicji Wschodniej. Transfer przebiegał zazwyczaj równoleżnikowo – z Ukrainy w kierunku Górnego i Dolnego Śląska, z Litwy i Białorusi do dawnych Prus Wschodnich i na Pomorze. 26,1 proc. Polaków z Wileńszczyzny osiedliło się w województwie gdańskim, 25,9 proc. w olsztyńskim, a tylko ok. 15 proc. we wrocławskim. Natomiast 37,9 proc. przesiedleńców z Ukrainy osiadło w województwie śląskim, a 35,4 proc. – we wrocławskim.

Dotarcie do celu wcale nie musiało oznaczać zakończenia kłopotów. Przesiedleńców nieraz wyładowywano na jakiejś stacji lub po prostu w polu, gdzie znowu czekali – nieraz wiele tygodni – na przydział mieszkania lub gospodarstwa. Wzdłuż torów kolejowych błyskawicznie powstawały miasteczka szałasów zbudowanych z desek, worków, tektury, kawałków papy. W obozowiskach panowały zazwyczaj antysanitarne warunki, prowadzące do rozprzestrzeniania się chorób.

Warunki osiedleń

Na nowej ziemi. Polskiemu przesiedleńcowi wolno było zgodnie z umowami zabrać z sobą dwie tony bagażu na rodzinę (w latach 1944–48 przywieziono m.in. 71 213 koni, 139 272 sztuk bydła, 34 991 świń, 50 586 owiec i 168 960 narzędzi rolniczych). Rzeczywisty obraz był jednak znacznie mniej różowy. Wiele zależało bowiem nie od ustaleń międzypaństwowych, co od decyzji lokalnych władz, miejscowych układów i warunków. Władze poszczególnych republik lub rejonów w dowolny sposób interpretowały postanowienia umów. Tak np. Litwini traktowali wszelkie sprzęty domowe (np. materace) jako meble, zakazując ich wywozu. Próby wywiezienia mebli kończyły się nieraz ich rekwizycją.

Majątek pozostawiony na Kresach miał zostać zrekompensowany na miejscu nowego osiedlenia. Jednak, jak to zazwyczaj bywa, teoria rozmijała się z praktyką. Dla części przesiedleńców nowy – często znacznie lepszy – dom, gospodarstwo czy mieszkanie łagodziły ból opuszczenia ojcowizny. Inni stracili nie tylko dawną małą ojczyznę, ale i całe mienie, uzyskując w zamian znacznie mniej (lub zgoła nic). Nieraz zdarzało się, że Kresowianin z właściciela stawał się tylko użytkownikiem, a uregulowanie praw własności do otrzymanych nieruchomości nie zostało zakończone do dzisiaj.

Przede wszystkim jednak wspólnym doświadczeniem każdego (przymusowego) przesiedleńca jest obawa dotycząca nowego miejsca, w którym przyjdzie mu żyć. Przesiedleńcom z Kresów też nieobca była świadomość, że mogą być traktowani jako element obcy i konkurencja dla miejscowej ludności.

W Polsce centralnej. Dlatego wyjazd i osiedlenie na terenach dawnej Polski, w granicach sprzed września 1939 r., był dla wielu Kresowian mniejszym złem. Tu byli znacznie bliżej swoich małych ojczyzn, tu nieraz mieli rodzinę, otoczenie było bardziej swojskie niż na dalekim i nieznanym Dolnym Śląsku czy Pomorzu. Jednak ich osiedlenie w Polsce centralnej kolidowało z planami władz, zarówno państwowych, jak terytorialnych. Pierwszym zależało na jak najszybszym – nawet kosztem chaosu i strat – zasiedleniu ziem poniemieckich, co miało pierwszorzędne znaczenie polityczne i gospodarcze. Władze próbowały więc odgórnie ograniczyć (lub wręcz zakazać) osiedlanie się Kresowian w Polsce centralnej. Nie chciano również pozostawiać w rejonach wzdłuż nowej granicy wschodniej elementu niepewnego, w naturalny sposób negatywnie nastawionego do ZSRR.

Natomiast elitom terytorialnym, zwłaszcza przejmującym władzę komunistom, repatrianci nie tylko zakłócali spokój polityczny, ale również w pewnym stopniu burzyli dopiero budowany system klientalny. Przesiedleńcy bowiem teoretycznie byli pierwsi w kolejce do gospodarstw lub nieruchomości poniemieckich lub poukraińskich, na przejęcie których liczyli jednak również miejscowi. Zazwyczaj też ci ostatni wychodzili z rywalizacji zwycięsko, np. przejęli prawie 80 proc. gospodarstw poniemieckich na tzw. ziemiach dawnych. W połowie 1945 r. donoszono z Sochaczewa: „Władze miejscowe ustosunkowały się do osiedlania niechętnie. (...) Podczas gdy repatriant nie ma gdzie się osiedlić, człowiek miejscowy opiekuje się trzema i więcej gospodarstwami. Wszelkie usiłowania PUR, aby uregulować tę sprawę, utrudnia Pełnomocnik Reformy Rolnej”.

Podobnie brzmiące raporty nadsyłano m.in. z Sierpca: „Osadzenie repatrianta napotyka na duże trudności. (...) PPR zabrania osadzać repatriantów na terenie powiatu, grożąc, że osiedlonych usunie się. Wszystkie gospodarstwa poniemieckie są obsadzone przez powierników, jakoby zasłużonych dla Państwa. Usunięcie takiego powiernika jest niemożliwe. Sekretarz PPR podał, że będzie honorował tylko polecenia od stronnictw politycznych, innych nie”. W atmosferze podsycanej hasłami „Wielkopolska dla Wielkopolan” czy „Pomorze dla Pomorzan” dochodziło nawet do zabójstw przesiedleńców ze wschodu. Mimo to procesy integracyjne przebiegły najszybciej właśnie w Polsce dawnej, gdzie przesiedleńcy ze wschodu byli stosunkowo nieliczni i rozproszeni.

Na ziemiach poniemieckich. Na ziemiach zachodnich sytuacja przedstawiała się odmiennie. Ziemi i domów było tam wprawdzie dużo, ale niemało też konfliktów powodowanych koegzystencją różnych grup: Niemców, autochtonów, przesiedleńców z Kresów i Polski centralnej, Ukraińców wysiedlonych podczas Akcji Wisła, repatriantów z Francji, Niemiec, Rumunii, Jugosławii czy uczestników wojny domowej w Grecji. Różniły się te grupy pod względem kulturowym, historycznym, poziomu cywilizacyjnego (wyróżniali się np. reemigranci z Francji), wyznania (oprócz katolików prawosławni lub greckokatoliccy Ukraińcy i Polacy, Żydzi, ewangelicy na Mazurach). Przesiedleńcy z Polski centralnej dominowali zarówno pod względem liczebnym (już w końcu 1945 r. na obszarach poniemieckich mieszkało ich ponad 1630 tys. wobec 400 tys. z Kresów), jak politycznym czy zdolności adaptacyjnych.

Jeżeli też większość przesiedleńców z Kresów pochodziło ze wsi, to lepiej zurbanizowane ziemie zachodnie potrzebowały fachowej ludności miejskiej. Lokalne władze usiłowały więc prowadzić samodzielną politykę wobec przesiedleńców. Znamienny jest przykład Wałbrzycha, gdzie już w końcu 1945 r. postanowiono wstrzymać napływ na teren miasta i powiatu transportów z ZSRR.

Często przenoszono nad Odrę lub jeziora mazurskie dawne uprzedzenia, animozje i stereotypy znad Wisły czy Dniestru; Polacy wrogo podchodzili do Ukraińców i Żydów, których ok. 120 tys. osiadło na Dolnym Śląsku i Pomorzu Zachodnim. Wszystkie zaś grupy napływowe były zgodne w niechęci (czasem nienawiści) do Niemców i autochtonów. Powody były zarówno natury historycznej, jak pragmatycznej (przejmowanie majątku etc.). Animozje prowadziły także do zamykania się poszczególnych grup (dotyczyło to zwłaszcza ludności rodzimej i Ukraińców).

Ministerialny okólnik. Konflikt między przesiedleńcami ze wschodu i Polski dawnej był na tyle głęboki, że zmusił władze centralne do interwencji. Ministerstwo Ziem Odzyskanych wydało w sierpniu 1946 r. specjalny okólnik, zwracający uwagę, że „w dziele odbudowy państwowości polskiej nader doniosłą rolę odgrywają procesy stapiania się w jedną całość poszczególnych grup ludności, objętych ruchami migracyjnymi, będącymi następstwem wojny. Wśród grup tych na szczególną uwagę zasługują repatrianci. (...) Ludzie ci przez swój powrót do Kraju dowiedli patriotyzmu i aktywnego ustosunkowania się do nowej rzeczywistości Polski Demokratycznej – jeśli się zważy, że dla osiągnięcia takiej decyzji zwalczyć trzeba było silne opory, wynikające z konieczności pozostawienia znacznej części mienia, z przywiązania do miejsca zamieszkania i otoczenia, z obaw przed niepewną przyszłością. (...) Z tych też powodów należy się repatriantom, stanowiącym element słabszy ekonomicznie, oderwany od swych warsztatów pracy – wszelka możliwa pomoc i opieka ze strony władz państwowych. (…) W przeciwnym bowiem wypadku może wytworzyć się wśród repatriantów atmosfera zawodu, goryczy i przygnębienia, osłabiająca zbiorowy wysiłek budowy lepszego jutra”.

Migracyjny tygiel. Nie brakowało jednocześnie czynników sprzyjających integracji. Większość Niemców wysiedlono, duża część społeczności żydowskiej wyemigrowała po pogromach w Krakowie (sierpień 1945 r.) i Kielcach (lipiec 1946 r.), ustawą z 8 stycznia 1951 r. uregulowano kwestie obywatelstwa. Ważne role integracyjne grały szkoła, zatrudnienie, Kościół, działalność w organizacjach społecznych i politycznych. Powstające na tej podstawie nowe więzi międzyludzkie stopniowo prowadziły do wygasania antagonizmów i łagodzenia kontrastów. Najszybciej działo się to w miastach, zwłaszcza dużych, bardziej podatnych na przemiany modernizacyjne. Należy również pamiętać, że wśród przesiedleńców był duży odsetek ludzi młodych, dynamicznych, myślących raczej o przyszłości niż rozpamiętujących przeszłość. Zwłaszcza że opuszczone Kresy – najbiedniejszy region biednej II Rzeczpospolitej, targany waśniami etnicznymi – bynajmniej nie były szczęśliwą Arkadią. Ziemie Odzyskane dawały zaś niemałe możliwości awansu, zarówno kulturowego, jak ekonomicznego. Nic też dziwnego, że przyrost naturalny był na ziemiach poniemieckich, zwłaszcza poza tradycyjnymi obszarami autochtonicznymi (Śląsk Opolski, Mazury), znacznie wyższy niż w reszcie Polski w granicach z 1939 r.

Integracja tego migracyjnego tygla trwa do dzisiaj, przynosząc niezwykle ciekawe wyniki społeczne, kulturowe, ale także polityczne i gospodarcze. Żywe są w tej części Polski tradycje kresowe, a jednocześnie to stąd pochodzą posłowie niemieccy do Sejmu, a Szczecin jest znaczącym ośrodkiem kultury ukraińskiej.

[Artykuł pochodzi z najnowszego wydania Pomocnika Historycznego Z Kresów na Kresy. Pełne wydanie pomocnika można kupić w sklepie POLITYKI]

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną