Dekada zapomnianych marzeń
Między końcem historii a zderzeniem cywilizacji
Trzy wizje. Lata 90. XX w. na świecie rozpoczęły się od wielkiej nadziei, potem spłynęły krwią. Z perspektywy czasu stały się ostatnią oazą spokoju i zostawiły nas w rozgardiaszu, z którego już się chyba nie wygrzebiemy.
Gdy rozpoczynała się zimna wojna, sprawa była prosta: na Zachodzie szybko przeważyła zaproponowana przez amerykańskiego dyplomatę i sowietologa George’a Kennana doktryna powstrzymywania (1947 r.). Zakładała ona, że druga strona – czyli sowiety – jest ze swej natury agresywna i ekspansywna, dlatego trzeba ją powstrzymywać. Bywało z tym różnie, ale się udało. Przyszedł jednak 1989 r. i sprawy się skomplikowały.
Pierwszy był Francis Fukuyama z „Końcem historii”. Ten amerykański politolog związany z Departamentem Stanu argumentował po heglowsku, że światowy porządek od zawsze był wypadkową starcia różnorodnych systemów politycznych. I że po 1989 r. doszło do ostatecznego triumfu systemu zwanego demokratycznym kapitalizmem. Nie trzeba było długo czekać na reakcję. Już rok później inny amerykański politolog John Mearsheimer, dziś kapłan geopolitycznego realizmu, zapowiedział, że wkrótce świat zatęskni za stabilnością zimnej wojny. Przekonywał, że nie będzie żadnego pokoju, że powrót do geopolitycznej wielobiegunowości – szczególnie w Europie – wywoła chaos, niekontrolowaną proliferację broni atomowej i zgubną rywalizację między państwami narodowymi znaną z pierwszej połowy XX w.
Wkrótce obaj panowie spotkali się z kontrą tego trzeciego. W 1992 r. Samuel Huntington (znów amerykański politolog; jakże Ameryka wymyśliła nam świat!) zaprezentował tezę o zbliżającym się zderzeniu cywilizacji. Jego zdaniem nową politykę międzynarodową nie będą kształtować ani ścierające się ideologie, ani równowaga sił, ale kulturowe i religijne różnice tworzące odrębne cywilizacje, które będą ze sobą wojować.