Głównym towarem eksportowym Stanów Zjednoczonych Ameryki były zawsze marzenia, fikcje i mity. Kraj wolności, w którym można przejść od pucybuta do milionera, fascynował wszystkich. Zwłaszcza ze względu na dolary i ich siłę nabywczą; szerokie szosy pełne samochodów, ten przepych wylewający się z ekranów telewizorów. Chociaż Adam Ważyk pisał w wierszu z 1950 r., że „my wam przerwiemy sen Coca-Cola, my, co pijemy wodę nadziei”, to właśnie ten słodki napój kojarzył się z wolnością. Obrazek obyczajowy – zakładowa sylwestrowa potańcówka kończy się na tyle wcześnie, żeby wszyscy zdążyli na telewizyjne kino nocne: amerykański film. Gdy w latach 90. runęła tama postawiona przez żelazną kurtynę, amerykanizacja Polski ruszyła na całego.
Ameryka przybywała do Polski na pirackich kasetach VHS, w latach 90. dołączyły do nich telewizje satelitarne i kablowe. Wypożyczalnie kaset oferowały amerykańskie hity – zarówno kinowe, jak i klasy B, kino akcji pozbawione większej ambicji. Były to czasy przyśpieszonego nadrabiania zaległości, połączonego z konsumpcją najnowszych zjawisk. Wraz z dostępem do MTV dostawało się dostęp do globalnej, zdominowanej przez Amerykę popkultury – znacznie różniącej się od tej kształtowanej przez gusta prezenterów polskiego radia. Polska transformacja nałożyła się na czas amerykańskich przemian – pop lat 80. został wyparty przez grunge i takie zespoły jak Nirvana; coraz większą popularność zdobywały też hip-hop i R’n’B. Polacy zaczęli się interesować koszykówką w wydaniu NBA; inne amerykańskie sporty jak baseball czy futbol aż tak się nie przyjęły, z przyczyn zarówno kulturowych, jak i logistycznych.
Wszystkie te trendy wpływały na polskich odbiorców i twórców, dla których USA było punktem odniesienia.