Każdy sobie rzepkę skrobie
Każdy sobie rzepkę skrobie. Architektura w czasie przemian ustrojowych
Architektura okazała się bardzo wdzięcznym beneficjentem przemian ustrojowych. W latach 90. w polskich miastach (rzadziej w miasteczkach i na wsiach) działo się sporo, choć owe zmiany – z perspektywy czasu – często okazały się niezbyt szczęśliwe.
Wśród projektantów zapanował wówczas duch niemal rewolucyjny. Wszyscy mieli dość obowiązujących przez poprzednie dekady norm i standardów modernistycznego projektowania. Polegało ono na składaniu możliwie najmniej skomplikowanych klocków w obiekty służące wszystkiemu: zamieszkaniu, pracy, szkolnictwu, służbie zdrowia itd. Teraz triumfy zaczął święcić styl będący całkowitym zaprzeczeniem socjalistycznej wizji budownictwa: postmodernizm. Kolorowy, udziwniony, niekiedy wręcz zawadiacki i prowokujący, kochający ornament, swobodnie czerpiący ze wszystkiego, co wymyślono wcześniej.
Ten postmodernizm miał kilka odsłon. Ta pierwsza, z punktu widzenia historii architektury najważniejsza, to obiekty wybitne. By je zobaczyć, na pewno warto wybrać się szlakiem realizacji Stanisława Niemczyka (tzw. postmodernizm archaizujący, m.in. kościoły Jezusa Chrystusa Odkupiciela w Czechowicach-Dziedzicach czy Miłosierdzia Bożego w Krakowie). Ogromne wrażenie robi siedziba seminarium duchownego ojców zmartwychwstańców w Krakowie zaprojektowana przez Dariusza Kozłowskiego. Na tej liście są też klasycyzujące, okazałe, stołeczne realizacje Marka Budzyńskiego: nowe gmachy biblioteki UW oraz Sądu Najwyższego.
Osobną i osobliwą kartę zapisał Wrocław. A to dzięki Wojciechowi Jarząbkowi, który przez całą dekadę intensywnie promował postmodernizm w charakterystycznej formule fantazyjnych kolorowych elewacji, z flagową realizacją – domem handlowym Solpol. Ale modernizm kwitł w całej Polsce. Na przedmieściach i w mniejszych miasteczkach pączkował zazwyczaj handlowymi pawilonami lub niedużymi biurowcami, mającymi być odpowiedzią na pudełkowate pawilony czasów PRL.