Więcej grzechów nie pamiętam
Fragmenty książki Marcina Kołodziejczyka „Blaga”
Inwokacja do pieniędzy i pociągów
Byliśmy prostakami.
W roku dziewięćdziesiątym, wiosną, Wasyl zaznaje dobrego dotyku palcem bożym. Niby nic, gdy to się wydarza – Wasyl nagle ziluminowany, tępy rechot na sali. Dopiero dziesięciolecia, które nadchodzą, po trochu obnażają nam znaczenie tamtej chwili dla Polski.
Wasyl Trzechćwierciński mieszka u dziadków pod Wołominem. Coś tam jest nie tak z rodzicami – zdaje się, że wpierw go chcą, a później przemyśliwują sprawę na trzeźwo. Dziadek, szewc z zawodu, obdarowuje podrzutka mocnymi własnoręcznymi butami w typie armijnym. Babcia kupuje dżinsy firmy Pyramid. Amerykańska gałąź rodziny nadsyła bluzę z napisem „Niagara Falls”. I już, cały Wasyl.
Na komunię Wasyl dostaje złoty łańcuszek, który w dziewięćdziesiątym odsprzedaje chciwej babie z kantoru i skupu złota przy ulicy Wincentego. Następnego dnia zanosi do baby inny złoty łańcuszek, ukradziony babci – i mamy na piwo przy torach kolejowych. Siedząca za spawaną kratą w podziemiach hydroforni baba zakłada lipko, odczytuje próbę na złocie i dosłownie puszcza cienką strużkę śliny. „Carskie, synku”, mówi, wiedząc, że nic nie rozumiemy. Niestety, niedobrze się pije piwo z Wasylem, ze względu na uzusy językowe. Posiada słownictwo na poziomie pięćdziesięciu słów przy równoczesnym kolosalnym sierocym musie mówienia. Pięćdziesiąt, wliczając barbaryzmy, jakich zna pełno.
Podróżni z okien dalekobieżnych pociągów koloru khaki (występowały wówczas w jednym kolorze), stykający się z Wasylem jedynie przez krotochwilę potrzebną na roztrzask ciśniętej przez niego butelki, widzą modnie ubranego, przystojnego chłopaka o równym uzębieniu, uszczęśliwionego trafieniem w wagon. Bądź też – gdy Wasyl nie ma już szkła – jego pokazy bicia rumaka.