Koniec świata amatorów
Jak polski sport stał się zawodowy i wyczynowy
Dyktat amatorstwa. Przez dziesiątki lat istnienia Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego (założonego w 1894 r.) zawodowcy stanowili grupę wyklętą, mogącą rywalizować wyłącznie we własnym gronie. Profesjonaliści nie byli dopuszczani do udziału w igrzyskach. Hołubieni natomiast byli amatorzy; pilnowano tylko, by nie brali bezpośrednio pieniędzy za uprawianie sportu. Zawodników przyłapanych na tym procederze surowo karano. Doświadczył tego w okresie międzywojennym wybitny fiński długodystansowiec Paavo Nurmi. Dyskwalifikacja złamała też wówczas karierę łotewsko-polskiemu biegaczowi Stanisławowi Petkiewiczowi. Ale przecież ci wszyscy amatorzy musieli z czegoś żyć, za coś kupować mieszkania i inne dobra. Dlatego pośrednio mogli pieniądze brać. Szerzyło się więc zakłamanie mające wyraz w fikcyjnych etatach czy manipulowaniu przy zwrocie kosztów podróży. Te pokrętne działania były akurat dozwolone.
Powstanie tzw. bloku wschodniego po drugiej wojnie światowej tylko utrwaliło ten chory układ. W krajach socjalistycznych zawodowstwo było zakazane, natomiast tzw. amatorstwo urosło do niebywałej potęgi. Polscy piłkarze na Śląsku, stuprocentowi amatorzy, mieli etaty górników dołowych, choć swoją kopalnię oglądali tylko z okna samochodu, jadąc na mecz lub trening. W innych regionach kraju sportowców zatrudniało wojsko, milicja i wszelkie inne możliwe branże. Taki amator biorący pieniądze od państwa mógł bez żadnych przeszkód startować w igrzyskach olimpijskich. Tymczasem zawodowiec z Zachodu musiał się trzymać z daleka od pięciu kółek.
Sytuacja oczywiście nie była czarno-biała, w krajach kapitalistycznych też funkcjonowała liczna rzesza sportowców utrzymywanych – bezpośrednio lub w sposób zakamuflowany – przez państwo. Najbardziej popularne kamuflaże to wojsko lub uczelnie.