Dziki Zachód. Lata 90. to był też dziki Zachód. To były strzelaniny na ulicach, podkładane bomby czy krwawa egzekucja w klubie Gamma na Woli, w której zginęło pięciu członków gangu wołomińskiego. To było dobicie przez zabójcę w przebraniu księdza przestępcy Kikira na sali pooperacyjnej w szpitalu wojskowym przy ul. Szaserów w Warszawie. To były haracze, porwania ludzi dla okupu, przemyty, wojny gangów, ale też rosnące wpływy i bliskie relacje z politykami i urzędnikami. To uniewinnienie gangstera Słowika przez prezydenta Lecha Wałęsę. To wreszcie – do dziś niewyjaśnione – zabójstwo byłego komendanta głównego policji gen. Marka Papały, zastrzelonego w samochodzie pod własnym domem w 1998 r.
To czas, gdy do społecznej świadomości trafiły przestępcze pseudonimy (bandyckie ksywy), jak Pershing z grupą pruszkowską, Wańką, Malizną czy Słowikiem. Jak Dziad, szef konkurencyjnego Wołomina, i jego brat Wariat. Jak Korek z grupą mokotowską, Krakowiak ze Śląska czy Oczko ze Szczecina. A także Masa, najsłynniejszy potem w Polsce świadek koronny, o którym powstały książki i film.
Lata 90. przyniosły zorganizowaną przestępczość, która zbudowała sobie własne równoległe państwo na całe dziesięciolecie. Wcześniej tego określenia nawet w polskim prawie nie było. Była co najwyżej przestępczość zawodowa, a i to wyłącznie w kontekście spekulacji reglamentowanym towarem czy aferowego zagarnięcia mienia społecznego, i to też głównie w przedsiębiorstwach państwowych.
Wcześniej Pershing z podwarszawskiego Ołtarzewa był tylko jednym z buków na wyścigach konnych na Służewcu i pożyczał graczom pieniądze na wysoki procent. A Dziad, urodzony na warszawskim Targówku, sprzedawał węgiel i handlował pyzami na bazarze Różyckiego.