Każdy z nas przynajmniej raz w życiu na jakimś koncercie poczuł, jak ciało zaczyna bezwiednie reagować na muzykę, poruszając się w rytm dźwięków. W świecie mitu ta magia działała sto razy mocniej; poruszała drzewa, kamienie i dzikie zwierzęta. Taką siłę, wedle Greków, miała gra Orfeusza, pierwszego z mitycznych muzyków i syna samej muzy.
Został muzykiem, zanim pojawiło się w języku słowo „muzyka”, termin bowiem jest poświadczony dopiero w epoce klasycznej. Ale i sam Orfeusz, mimo sławy, jaką zyskał w naszej kulturze, nie był chyba z Grekami od zawsze. Nie ma go u Homera i Hezjoda ani u najdawniejszych autorów przekazujących mity. We wczesnej opowieści o wyprawie Argonautów towarzyszy mu jeszcze drugi muzyk. Już jednak w końcu VI w. poeta Ibykos powiadał, że imię Orfeusza jest sławne. Liryk Symonides z Keos (VI/V w. p.n.e.) tak sławił jego umiejętności: „Niezliczone nad jego głową/ Szybowały w powietrzu ptaki,/ A ryby prężyły swe ciała/ W skokach nad wody błękitem/ W takt pieśni przecudownej”.
Te umiejętności muzyczne były znakiem rozpoznawczym bohatera. Z podziwem i ekscytacją opowiadano o wędrujących drzewach, uśmierzaniu instynktów dzikich zwierząt czy ożywianiu martwej natury. Moc to musiała być wielka i wręcz magiczna, bo nawet w przypadku muz nigdy nie padały takie sformułowania. Cóż jednak z tej mocy – można powiedzieć – skoro muzyk nie uratował swej ukochanej od śmierci? Ale po kolei.
Przyszła gwiazda muzyczna narodziła się w macedońskiej Pierii – wskazywano nawet konkretne miejsce, wieś Pimpleję u stóp Olimpu. Matką była jedna z muz – najczęściej jest wymieniana Kaliope, rzadziej Polyhymnia czy Klio. Z ojcem, choć wszystkie podręczniki i internet mówią, że to Ojagros, jest problem. We wczesnych źródłach równie często padało imię Apollona, co nie dziwi, w końcu to przewodnik muz i pan liry.