Narody wybrane
Amerykańska opowieść o Izraelu: mieszanka religijnych motywacji, politycznej kalkulacji i trumpowski zwrot
Z bożej woli. 11 minut – tyle zajęło Harry’emu Trumanowi uznanie Państwa Izrael. 33. prezydent USA, jako pierwsza głowa państwa na świecie, zrobił to jeszcze 14 maja 1948 r., czyli w dniu, w którym Dawid Ben Gurion ogłosił powstanie państwa żydowskiego. Truman uznał je własnoręcznie – dosłownie i w przenośni. Sam odręcznie napisał stosowny akt. I zrobił to bez wiedzy Departamentu Stanu, którego szef George Marshall był temu przeciwny – obawiał się o reakcje państw arabskich, które mogłyby w odwecie ograniczyć eksport ropy naftowej do USA.
Amerykańska prasa w pierwszym odruchu skrytykowała Trumana. Zarzucano mu, że ryzykuje ekonomiczne bezpieczeństwo kraju, chcąc zaskarbić sobie głosy Amerykanów żydowskiego pochodzenia przed listopadowymi wyborami prezydenckimi – przegrywał wówczas w sondażach. Ale A.J. Baime, biograf Trumana, jest innego zdania – jego bohater uznał Izrael, nie kierując się geopolityką, tylko religijnym przeświadczeniem. Jako głęboko wierzący, starotestamentowy chrześcijanin podporządkował politykę bożej woli, zgodnie z którą Izrael musiał się odrodzić.
Przypadek Trumana zawiera wszystkie składowe amerykańskiej opowieści o Izraelu, w której religijne motywacje i mit o dwóch wybranych narodach mieszają się z wyborczą kalkulacją i antykolonialnym odruchem, który jednak słabł wraz ze zbliżaniem się 1948 r. Najpierw idea Izraela jawiła się niemal jak lustro amerykańskich losów – przykład oporu wobec kolonizatorów, odpowiednio: brytyjskich i muzułmańskich. Ale wraz z przybierającym na sile w pierwszej połowie XX w. żydowskim osadnictwem w Palestynie pojawiło się też kontrlustro, jak pisał kulturoznawca Edward Said – antykolonializm skłaniał kolejnych Amerykanów do wzięcia strony Arabów/Palestyńczyków.