Tygodnik Polityka

Wyszło, nie wyszło

Prof. Antoni Dudek o blaskach i cieniach III RP

Prof. Antoni Dudek Prof. Antoni Dudek Piotr Kamionka / Reporter
Rozmowa z prof. Antonim Dudkiem, historykiem, o blaskach i cieniach III RP.
„Kaczyński walczy z postkomunistycznymi układami, chce zniszczyć Polskę, której od dawna nie ma. To jest walka z cieniem” – uważa prof. Dudek.Jakub Kamiński/PAP „Kaczyński walczy z postkomunistycznymi układami, chce zniszczyć Polskę, której od dawna nie ma. To jest walka z cieniem” – uważa prof. Dudek.
Tadeusz Mazowiecki, Witold Trzeciakowski i Leszek Balcerowicz w 1989 r.Leszek Łożyński/Reporter Tadeusz Mazowiecki, Witold Trzeciakowski i Leszek Balcerowicz w 1989 r.

Artykuł w wersji audio

Rafał Kalukin: – Rozmowę o III RP należałoby zacząć od ustalenia, czy obecna Polska pod rządami PiS nadal mieści się w logice ustrojowej ukształtowanej po 1989 r.
Antoni Dudek: – Będzie można to ocenić dopiero z pewnej perspektywy czasowej. Moim zdaniem – po wyborach parlamentarnych w 2019 r. Istotne będzie to, jak zostaną przeprowadzone. Oraz, rzecz jasna, jaki będzie ich rezultat. Jestem jednak tradycjonalistą i uważam, że dopóki obowiązuje obecna konstytucja, powinniśmy mówić o III RP. Choć i zgadzam się, że od roku w powietrzu wiszą zmiany, jakich w dziejach tego państwa jeszcze nie było. Na razie sfinalizowana jednak została tylko zmiana dotycząca Trybunału Konstytucyjnego.

Mało?
Za mało, aby mówić o autorytaryzmie. Odbyły się przecież demokratyczne wybory prezydenckie i parlamentarne, których nikt nie kwestionuje. Po prostu po raz pierwszy znaleźliśmy się w takiej sytuacji, że jeden obóz polityczny, w dodatku z bardzo radykalnym programem, sprawuje pełnię władzy i do tego obficie z niej korzysta. Wcześniejsze koalicyjne rządy nie miały takiej możliwości. W kwestii numerka przed Rzeczpospolitą mamy więc znak zapytania.

Czy akt uchwalenia nowej konstytucji to jedyny symbol przejścia do nowej rzeczywistości ustrojowej?
Wolałbym, żeby tak było. Podoba mi się system francuski, w którym to konstytucje znaczyły kolejne republiki. Choć oczywiście mogę też sobie wyobrazić zmianę bez takiego aktu. Przecież po 1989 r. odeszliśmy od PRL, choć konstytucja stalinowska po pewnych modyfikacjach obowiązywała jeszcze do 1997 r. Można więc mówić o nowym państwie bez nowej konstytucji. Ale na to dziś jeszcze za wcześnie, a opowiadanie dziś o dyktaturze prowadzi do dewaluacji takich stwierdzeń. Gdy pojawi się realne zagrożenie, mało kto uwierzy. Inflacja słów jest zjawiskiem niebezpiecznym.

Ale za to wynika z doświadczenia XX-wiecznych totalitaryzmów. Niewinne z początku procesy tworzą fakty dokonane i gdy wyłania się dyktatura, jest już za późno na reakcję.
To jest oczywiście problem. Ale fałszywe alarmy również osłabiają reakcję w decydującym momencie. Dla mnie będą nim kolejne wybory.

Pan twierdzi, że człowiekiem, który odcisnął najgłębsze piętno na III RP, jest jej zdeklarowany wróg Jarosław Kaczyński. Nie najlepiej to świadczy o kondycji Trzeciej.
Cóż, demokracja liberalna nie była nigdy w Polsce głęboko zakorzeniona i teraz to się w pełni uwidacznia. Odpowiadają za to ludzie, którzy tworzyli kształt państwa po 1989 r. Zaniedbali bowiem edukację obywatelską i kilka innych spraw, które umożliwiły PiS przejęcie pełni władzy.

Dlaczego akurat Kaczyński?
To paradoks, bo jego rządy w skali ćwierćwiecza trwały przecież krótko. Wyjąwszy jednak okres marginalizacji (czyli lata 1993–2001), był politykiem, który poprzez krytykę III RP określał główne kierunki dyskursu politycznego. Jak to w uproszczeniu stwierdził kiedyś Robert Krasowski, wybory przeważnie odbywały się za Kaczyńskim albo przeciwko niemu.

W latach 90. istotne też były spory o Balcerowicza i aborcję, w których Kaczyński jeszcze nie był tak jednoznaczny jak dziś.
Ale ważniejsza była jego diagnoza, poprzez którą od początku narzucał swoją linię podziału. Według niej nigdy nie było większej różnicy pomiędzy kolejnymi rządami Unii Demokratycznej, SLD i Platformy Obywatelskiej. Kaczyński zawsze kreował na swojego przeciwnika szeroki obóz liberalny, rzekomo różniący się tylko subtelnościami albo personaliami.

Potrafił jednak w 1992 r. ostro naciskać na premiera Jana Olszewskiego, aby poszerzył prawicową koalicję o Unię Demokratyczną.
To prawda. Nie można jednak mylić taktyki ze strategią. Taktyka nieraz popychała Kaczyńskiego do różnych zaskakujących posunięć, z których najdziwniejsza była jak dotąd koalicja z Samoobroną. Ale jego strategiczna diagnoza do dziś pozostaje niezmienna. Z tego powodu uważam go zresztą za polityka anachronicznego. Na początku lat 90. podzielałem jego diagnozę, która dziś straciła już aktualność. Bo Kaczyński nadal walczy przede wszystkim z postkomunistycznymi układami, choć zostały po nich marne resztki. Chce zniszczyć Polskę, której od dawna nie ma. To jest walka z cieniem.

I walcząc z cieniem, zdobył pełnię władzy?
Historia zna takie przypadki. Ale władzę zdobył dzięki postawieniu na Dudę i Szydło oraz rozbudowane obietnice socjalne.

Kaczyński wkroczył na scenę w 1989 r. jako polityk bez własnego środowiska, doktryny państwowej, wyraźnej orientacji ideowej. Przez kolejne lata zabierał na pokład przygodnych pasażerów. Jak to się stało, że z odpadów powstała tak zwarta formacja?
Wcale nie taka zwarta. PiS jest wciąż konglomeratem bardzo różnych idei. Choć od chwili przejęcia władzy partia rzeczywiście stopniowo ewoluuje w stronę sukcesora Narodowej Demokracji. To odpowiada myśleniu może nie tyle samego Kaczyńskiego, ile większości działaczy i elektoratu PiS. Doskonale widać to na przykładzie sprawy ukraińskiej. Kiedyś Lech Kaczyński był głównym ukrainofilem, a Jarosław po prostu się temu nie przeciwstawiał. Teraz zauważając niechęć sporej części swoich wyborców do Ukrainy, stopniowo odwraca dotychczasową politykę. Wciąż nie tak radykalnie, jak by sobie tego życzyły środowiska kresowe i klasyczni endecy, lecz zmiana jest wyraźna.

Ewolucja PiS zachodzi też na innych obszarach. Nieprzypadkowo tak bardzo potrzebny jest dziś Kaczyńskiemu wicepremier Mateusz Morawiecki ze swoim projektem gospodarczym. Po latach poszukiwań doktryny ekonomicznej wewnątrz PiS wyraźnie wygrywa etatyzm.

Naczelnik chce mieć swojego Eugeniusza Kwiatkowskiego?
Coś w tym jest. Pytanie, kto zbuduje program ideologiczny? Z jednej strony jest w PiS obecny radykalnie nacjonalistyczny (choć wewnętrznie niespójny) kurs Antoniego Macierewicza, z drugiej zaś – słabiej dziś zaznaczony, lecz wciąż istotny – umiarkowany nurt konserwatywny. Wiele pytań pozostaje wciąż bez odpowiedzi. Na przykład – co zrobić z solidarnościowym mitem? Lech Wałęsa oczywiście ma zostać zmarginalizowany, ale pozostaje przecież kwestia 1989 r. Silna jest w PiS narracja, że Okrągły Stół był zdradą, ale już z ust samego Kaczyńskiego pan tego przecież wprost nie usłyszy.

Trudno by mu było jako uczestnikowi tych rozmów.
Przede wszystkim chodzi o obecność Lecha Kaczyńskiego w Magdalence. A co z zaostrzeniem ustawy antyaborcyjnej? Co z polityką zagraniczną, jeśli okaże się, że Donald Trump naprawdę będzie prowadzić prorosyjską politykę? Przyjdzie wtedy radykalnie przeorientować projekt oparty na tzw. międzymorzu i sojuszu z USA. Wbrew pozorom projekt PiS cierpi jednak na brak konkretów w bardzo wielu sprawach. Jedynym konkretem jest sam Kaczyński. Platforma po odejściu Donalda Tuska miała ogromne problemy, lecz mimo wszystko przetrwała. Mam wrażenie, że w analogicznej sytuacji PiS miałby znacznie mniejsze szanse na przeżycie.

Ale mieliśmy rozmawiać nie tylko o Kaczyńskim, prawda?

Jego żywotność jest fascynująca. Zwłaszcza w państwie, które tworzyło się spontanicznie i nieraz chaotycznie. III RP nigdy nie była klarownym projektem.
Faktycznie, takiego projektu nie było. Najjaskrawszym przykładem jest dla mnie coś, co nazywam klątwą 1990 r. Po wybuchu wojny na górze i rozpadzie Komitetu Obywatelskiego zapadła decyzja, aby rozstrzygnąć spór na drodze przyspieszonych wyborów prezydenckich. W ciągu paru tygodni bez żadnej refleksji postanowiono wówczas wbudować w ustrój parlamentarno-gabinetowy wybieranego w powszechnych wyborach prezydenta. I tak już zostało.

Sprawozdający w Sejmie ten projekt Maciej Bednarkiewicz mówił, że zmiana jest tak historyczna, iż nie ma sensu szerzej się nad nią rozwodzić.
Ano właśnie. A trzeba powiedzieć jasno, że historia III RP – pomijając może kadencję Bronisława Komorowskiego i na razie Andrzeja Dudy – była historią konfliktów prezydentów z premierami. Czasem gwałtownych, jak w przypadku tzw. szorstkiej przyjaźni Aleksandra Kwaśniewskiego z Leszkiem Millerem, albo wręcz kompromitujących państwo – co z kolei obciąża Tuska i Lecha Kaczyńskiego. Pomijam już Wałęsę, który zwalczał niemal wszystkie rządy z równą pasją. A wszystko przez to, że zbudowaliśmy system niespójny. Uważam, że należało dążyć albo do ustroju prezydenckiego, albo parlamentarno-gabinetowego. Niestety, wybraliśmy najgorsze rozwiązanie pośrednie. Aż boję się pomyśleć, co się stanie po 2020 r., jeśli przy obecnym natężeniu konfliktu znów dojdzie do podziału głównych ośrodków władzy pomiędzy wrogie sobie obozy.

W 1992 r. Zbigniew Brzeziński stwierdził, że zafundowaliśmy sobie „najgorszą ordynację wyborczą przyjętą przez jakikolwiek demokratyczny kraj”.
Całkowicie się z tym zgadzam. Przed pierwszymi w pełni wolnymi wyborami do parlamentu spierano się o drugorzędne kwestie w nowej ordynacji, a sprawę fundamentalną – czyli brak progów wyborczych – puszczono bez większej dyskusji. W Sejmie I kadencji złożonym z 24 ugrupowań nie było szans na uchwalenie nowej konstytucji. Chaos pogłębiała destrukcyjna polityka Wałęsy, który dopiero po zamieszkaniu w Belwederze dowiedział się, że to nie prezydent rządzi Polską, ale premier. O ile oczywiście ma za sobą stabilną większość parlamentarną, z czym był problem. W efekcie w 1991 r. projekt przebudowy państwa zaczął grzęznąć, a gdy po przedterminowych wyborach z 1993 r. uformowała się wreszcie w miarę stabilna, większościowa koalicja SLD-PSL, to była zainteresowana już tylko hamowaniem pod hasłem zmęczenia reformami. A chodziło przecież tylko o to, aby w strukturach państwa przetrwali ludzie starego systemu. Ciągłość projektu III RP została wtedy zerwana.

Nie można jej było później odtworzyć?
Było na to za późno. Kolejne ekipy, zamiast kontynuować dzieło poprzedników, zaczynały od burzenia dotychczasowych instytucji i tworzenia ich na nowo. Dzieje służby cywilnej i służb specjalnych to najbardziej spektakularne przykłady niezdolności do budowania sprawnego państwa. Aparat państwowy stał się zakładnikiem kolejnych politycznych grup wygrywających wybory. Od pewnego czasu głównym zajęciem polityków jest zresztą nie tyle reformowanie państwa, ile cofanie reform poprzedników. Rząd PO cofnął reformę emerytalną gabinetu Jerzego Buzka, a PiS robi teraz to samo z edukacyjną i zdrowotną w wydaniu SLD.

A jak pan ocenia konstytucję z 1997 r.? Czy sprawność, z jaką PiS ją omija, nie jest dowodem jej słabości?
Największą jej zaletą było wprowadzenie konstruktywnego wotum nieufności, co ustabilizowało władzę wykonawczą. Niestety, w wielu szczegółach, że wspomnę mętne uregulowanie sprawy kierownictwa polityką zagraniczną czy właśnie uregulowań dotyczących TK, konstytucja okazała się zawodna. Nie trzeba być specjalnie przenikliwym, by zauważyć, że artykuł mówiący o niezawisłości sędziów TK i ich podległości wyłącznie konstytucji może się zderzyć z artykułem głoszącym, że organizację i tryb działania Trybunału określi ustawa – czyli w praktyce sejmowa większość. I tak mieliśmy szczęście, że do ujawnienia tej wady doszło dopiero po kilkunastu latach obowiązywania konstytucji. Podobnie jest z artykułem przewidującym, że TK rozstrzyga spory kompetencyjne pomiędzy organami państwa. A co z sytuacją, gdy stroną w takim sporze jest sam trybunał? Takich niespójności jest znacznie więcej.

Jednak jeszcze parę lat temu nikomu by nie przyszło do głowy tak brutalne łamanie konstytucyjnych reguł.
W latach 90. mieliśmy mniej zdemoralizowaną klasę polityczną. Ona wciąż była zdolna do poświęceń dla dobra państwa, a nie tylko własnej formacji. Potem demoralizacja rosła i dziś mamy to, co mamy: państwo jest traktowane jak terytorium zdobyczne, które należy opanować poprzez zasiedlenie własnymi ludźmi. Wpadliśmy w ten mechanizm tak głęboko, sytuacja jest tak zła, iż może się dalej tylko zaostrzać. Tak powstało państwo źle funkcjonujące, które napędziło argumentów Kaczyńskiemu.

Wielu spraw sam nie potrafię zresztą pojąć, bo wymykają się wszelkiej logice. Nieraz pytałem ludzi z PO, po co rząd Tuska zamykał lokalne posterunki policji? Nikt nie potrafił mi tego przekonująco wyjaśnić.

A to takie ważne?
Z perspektywy wielkiego miasta niekoniecznie. Ale zwycięstwo PiS to przecież zwycięstwo małych miasteczek i wsi przeciwko metropoliom. A to właśnie zamykanie lokalnych posterunków oraz oddziałów poczty było dla małych społeczności sygnałem, że państwo się wycofuje. Ludzie zaczęli się bać i między innymi dlatego zagłosowali na PiS. Obecny rząd teraz te posterunki z powrotem otwiera z wielką pompą. I ma rację, bo nawet jeśli to się ekonomicznie nie opłaca, to stanowi ważny symbol obecności państwa.

Skąd ten deficyt instynktu państwowego wśród solidarnościowych elit? W II RP byłoby to nie do pomyślenia.
Gdy rodziła się II RP, w niemal każdym obszarze byli ludzie, którzy pracowali wcześniej w strukturach państw zaborczych – prawnicy, lekarze, nauczyciele, sędziowie, parlamentarzyści. Oni świetnie sprawdzili się w budowie niepodległego państwa. Inaczej było tylko w wojsku. Niemal od początku dawni legioniści i członkowie POW zaczęli odsuwać oficerów z doświadczeniem w armii carskiej, niemieckiej bądź austriackiej. Wielu znakomitych ludzi nie zostało wykorzystanych.

Można tu znaleźć analogię do III RP. Bycie w opozycji przeciwko dyktaturze wymagało specyficznych cech psychicznych. Proszę spojrzeć na takich ludzi jak Stefan Niesiołowski, Antoni Macierewicz, Leszek Moczulski, Jarosław Kaczyński czy Adam Michnik. Co ich łączy? Każdy z nich ma ogromny problem z przyswojeniem cudzych racji. Tak ich uformowało bycie w opozycji, lecz budowanie państwa wymagało już przecież zupełnie odmiennych dyspozycji. Oni średnio się do tego nadawali, a zarazem nikt inny nie mógł ich w tym zadaniu wyręczyć.

Ale przez kolejne ćwierćwiecze elita ulegała przecież wymianie.
Problem w tym, że następców nie wychowano. Pokolenie dorastające już w III RP nie ma świadomości państwowej, przez którą rozumiem przywiązanie do znaczenia własnego państwa jako wartości nadrzędnej. Najczęściej odrzuca politykę i sferę publiczną, uciekając w prywatność. A jeśli nawet ktoś chce uczestniczyć w życiu publicznym, to przeważnie po to, aby wydusić jak najwięcej dla siebie. Brakuje nam więc ludzi niepartyjnie patrzących na państwo i potrafiących szukać konsensu. Nieliczni, którzy wciąż próbują to robić, są bezlitośnie zwalczani przez partyjne zakony. Mam też wrażenie, że z każdą kolejną dekadą coraz mniej się ze sobą zgadzamy. Na szczęście wciąż jeszcze są obszary, których ta reguła nie obejmuje: obecność w NATO czy polityka względem Rosji.

Z tym się wiąże problem niskiej frekwencji wyborczej. Szczególnie zresztą niskiej wśród młodych wyborców. Jeszcze w latach 90. wydawało mi się, że w miarę postępu obywatelskiej edukacji frekwencja będzie rosła, a tymczasem stało się inaczej. Moim zdaniem zawiniła szkoła. Na lekcjach WOS może i uczono zasad demokracji, ale już samorządy szkolne okazywały się zbyt często fikcją. Nikt nie pomyślał, aby od tego poziomu uczyć obywatelskości w praktyce. Teraz zbieramy tego owoce, co wykorzystują populiści i demagodzy.

Co jeszcze nam nie wyszło?
Trzecia władza. Nie jestem entuzjastą planowanej teraz reformy sądownictwa, ale nie spodziewam się, że wyprowadzi ona na ulice wielkie tłumy protestujących. Sądy niestety zasłużyły sobie na to, jak są oceniane. To wyjątkowo niesprawna struktura. Poczucie, że w Polsce obywatel nie ma prawa do szybkiego i sprawiedliwego procesu, jest uzasadnione.

Akurat w ostatniej dekadzie to się konsekwentnie poprawia.
Głównie w sądach administracyjnych, inne nadal są fatalnie zorganizowane. Ale najboleśniejszy jest niski poziom autorytetu wymiaru sprawiedliwości. Sędziowie powinni być grupą cieszącą się najwyższym autorytetem społecznym, a nie są.

Politycy tym bardziej nie są, a roszczą sobie prawo do kontrolowania sądów.
Tylko że oni mają demokratyczny mandat. A jeśli trzecia władza nadal chce się wybierać sama, to musi świecić przykładem bardziej niż jakakolwiek inna grupa zawodowa. W krajach o wysokiej kulturze prawnej stanowisko sędziego jest ukoronowaniem kariery prawniczej. U nas wystarczy spytać dowolnego wziętego mecenasa z kancelarii albo radcę na etacie w jakiejś bogatej firmie, czy mają takie ambicje. Większość parsknie śmiechem. PiS doskonale zdaje sobie z tego sprawę, szykując teraz swoje zmiany.

Mam też zastrzeżenia co do konstrukcji samorządu. Gmina była wielkim sukcesem, ale pozostałe szczeble powstały za późno, a do tego okazały się nieprzemyślane. Oceniając z perspektywy czasu, uważam za błąd walkę rządu Buzka o 16 województw. Sensowniejsza byłaby budowa związków opartych na starych województwach. Mielibyśmy dzisiaj 7–8 makroregionów, co lepiej by się komponowało z realiami unijnymi. Zamiast tego namnożono bez sensu powiatów.

A co się udało?
To, że z chaosu początku lat 90. szybko wyłoniły się strategiczne kierunki, które przyjęły niemal całe elity. Orientacja na Zachód od początku nie budziła kontrowersji. Wejście do NATO zaakceptował nawet obóz postkomunistyczny. Oprócz wejścia do Unii Europejskiej to największe osiągnięcia III RP.

Nie było geopolitycznej alternatywy.
To prawda. Co wcale nie oznacza, że nie groziły nam okresowe zakłócenia i opory. Takie jak w Słowacji pod rządami Mečiara. Wszystko mogło trwać dłużej i na trudniejszych warunkach.

Nie mogę też nie docenić wielkiej roli Leszka Balcerowicza w budowaniu ładu ekonomicznego. On niesłusznie symbolizuje dziś wszystko, co najgorsze. Istniała na przełomie 1989/90 r. pokusa realizacji łagodniejszej wersji reformy rynkowej, ale nie możemy zapominać, że przyjęcie wariantu radykalnego przyczyniło się do tego, że jesteśmy dziś jedynym w Europie krajem, który od 1993 r. – czyli od niemal ćwierćwiecza – odnotowuje nieprzerwany, coroczny wzrost gospodarczy. Błędy też oczywiście się zdarzały, ale wskazałbym tu raczej Program Powszechnej Prywatyzacji autorstwa Janusza Lewandowskiego.

Balcerowicz też wziął się z przypadku, jako kandydat ostatniego wskazania. Ci przymierzani przez Tadeusza Mazowieckiego w pierwszej kolejności byli o wiele ostrożniejsi.
Mimo wszystko program Balcerowicza miał akceptację niemal całego obozu solidarnościowego, może poza Ryszardem Bugajem czy Karolem Modzelewskim. Zresztą, gdyby nawet ktoś taki jak Bugaj został wtedy ministrem finansów, rzeczywistość i tak wymusiłaby terapię rynkową. Może nie tak konsekwentną, ale zmierzającą w tę samą stronę. Był więc element przypadku, jeśli chodzi o ludzi, lecz sam kierunek realizowany był konsekwentnie i z powodzeniem.

Wspomniany już Krasowski twierdzi, że wysiłek polskich elit był kwestią wtórną, bo i tak decydowały wielkie procesy globalizacyjne.
To za ostra teza. Model transformacji był wspólny dla całego regionu, ale przechodzić można było lepiej lub gorzej. Polakom poszło całkiem nieźle. Choć gdybym miał się z kimś zamienić, to… po długim namyśle wskazałbym ewentualnie Czechy. Lecz one mimo wszystko startowały z wyższego pułapu.

To jaką pan wystawi ocenę III RP?
Na to jeszcze za wcześnie. Możemy mówić co najwyżej o rokowaniach. Nie podzielam opinii prezydenta Komorowskiego, że mamy za sobą nowy złoty wiek. Ale z pewnością to okres raczej lepszy niż gorszy. Pewnie zdenerwuję moich przyjaciół z prawicy, ale dotychczasowy bilans III RP oceniam wyżej od dorobku II RP.

Pod jakimi względami?
Pod wieloma. Nie ginie nam co roku kilkudziesięciu obywateli z powodu konfliktów politycznych, a przywódcy opozycji nie siedzą w twierdzy wojskowej. Nie jesteśmy też tak dramatycznie rozwarstwionym ekonomicznie społeczeństwem. I co chyba najważniejsze: choć nie wydajemy – jak przed wojną – prawie jednej trzeciej budżetu na wojsko, to możemy czuć się bezpieczniejsi. Inna rzecz, że w tej sprawie egzamin ciągle przed nami.

rozmawiał Rafał Kalukin

***

Prof. dr hab. Antoni Dudek (ur. 1966 r.). Politolog zajmujący się historią polityczną PRL i III RP. Wieloletni pracownik i ostatni przewodniczący Rady Instytutu Pamięci Narodowej. Członek Rady Naukowej Instytutu Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk. Autor m.in.: „Państwo i Kościół w Polsce 1945–1970” (1995), „Reglamentowana rewolucja. Rozkład dyktatury komunistycznej w Polsce 1988–1990” (2004), „Historia polityczna Polski 1989–2013” (2013).

Polityka 8.2017 (3099) z dnia 21.02.2017; 60 lat POLITYKI; s. 53
Oryginalny tytuł tekstu: "Wyszło, nie wyszło"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Homofobusy jeżdżą po polskich miastach. Szokują i wykluczają

Homofobusy rozpowszechniają nieprawdziwe informacje na temat osób LGBT. To akcja Fundacji Pro-Prawo do Życia, która wbrew nazwie odmawia osobom nieheteroseksualnym prawa do wolnego od dyskryminacji życia w Polsce.

Agata Szczerbiak
17.07.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną