Tygodnik Polityka

Prasa pod presją

Prof. Tadeusz Kowalski o przyszłości mediów w Polsce

Prof. Tadeusz Kowalski Prof. Tadeusz Kowalski Piotr Małecki / Polityka
Rozmowa z prof. Tadeuszem Kowalskim, medioznawcą, o najnowszej historii, stanie i perspektywach rynku mediów w Polsce.
19 i 20 sierpnia 1981 r. Solidarność ogłosiła „Dniami bez prasy”, wstrzymując druk i kolportaż dzienników w całym kraju, w proteście wobec propagandy w środkach masowego przekazu.Stefan Kraszewski/PAP 19 i 20 sierpnia 1981 r. Solidarność ogłosiła „Dniami bez prasy”, wstrzymując druk i kolportaż dzienników w całym kraju, w proteście wobec propagandy w środkach masowego przekazu.

Jerzy Baczyński: – Od ćwierć wieku obserwuje pan i analizuje polskie media. W tym czasie zmieniło się tu niemal wszystko. Gdyby tak popatrzeć z góry, to jak dziś wygląda nasz rynek medialny? Dogoniliśmy Zachód? Transformacja się powiodła?
Tadeusz Kowalski: – Jeśli wziąć pod uwagę udział sektora mediów w gospodarce – u nas to 1,6 proc. PKB – sytuujemy się gdzieś między Włochami a Hiszpanią. Jesteśmy na poziomie dobrej średniej europejskiej, może nawet powyżej. Ale jest różnica skali. Pięć największych koncernów niemieckich generuje przychody w granicach 60 mld dol.; gdybyśmy dodali pięć największych grup medialnych w Polsce, to może byśmy z trudem uzyskali 2–2,5 mld dol.

Jest jakaś specyfika naszego rynku?
Tak, mamy np. jeden z najbardziej rozbudowanych w Europie sektorów publicznego radia i telewizji. Druga odmienność – w wielu krajach w ogóle nie istnieją ogólnokrajowe prywatne rozgłośnie radiowe, a w Polsce są i mają się dobrze. Bo jeżeli chodzi o pewne gatunki prasy czy formy dziennikarskie, to w każdym kraju one są trochę inne, dlatego że są różne tradycje, odmienne przyzwyczajenia. Ale pod względem liczby tytułów, rozgłośni, kanałów telewizyjnych, nie mamy się czego wstydzić, a już liczba stacji telewizyjnych lokuje nas w europejskiej czołówce. Także jeśli chodzi o intensywność korzystania z mediów, absolutnie nie odstajemy od poziomu europejskiego, może nawet w stosunku do niektórych krajów, zwłaszcza południa Europy, jesteśmy powyżej. Na ilość, nie jest źle.

Zwłaszcza jeśli porównać z początkiem lat 90. Młodzi nie uwierzą, że były tylko dwa państwowe kanały TV, parę rozgłośni radiowych, chyba tylko kilka ledwo kolorowych gazet.
Jeśli mamy wejść w nurt wspomnieniowo-kombatancki, to trzeba też dodać nędzę poligrafii, brak papieru gazetowego.

Pamiętam surowe limity przydziału papieru w POLITYCE.
Ale też ten papier był złej jakości. Ja z kolei pamiętam, że kiedy tygodnik „Wprost”, jako jeden z pierwszych podjął próbę poligraficznego liftingu, to wyglądało zupełnie śmiesznie. W środku był papier V klasy, okładka troszeczkę lakierowana i to miał być polski „Times”. Również ekonomicznie media tkwiły w absurdach ówczesnej gospodarki. W PRL ten sektor w znacznym stopniu funkcjonował dzięki dotacjom państwowym. Ceny papieru były brane z księżyca, one nie miały związku z ekonomią. Był specjalny kurs dolara, po którym kupowano papier. W radiu i telewizji, finansowanych z dotacji budżetowych, była niefrasobliwość w wydawaniu pieniędzy. Przejście do warunków rynkowych wywołało szok. Przed mediami stanęło pytanie takie, jak przed całą gospodarką: jak zbudować kapitalizm, pluralistyczny system rynkowy, bez kapitału, bez technologii, bez doświadczenia.

Była jeszcze prasa podziemna. To pomogło transformacji. Jaki miała zasięg, znaczenie?
Wydaje się, że znaczenie przede wszystkim świadomościowe. Pokazywała, że jest coś takiego, jak niezależny obieg opinii. Bo cenzurę formalnie zlikwidowano dopiero w 1990 r. Zasięg jest trudny do określenia. Są różne szacunki, ale tak naprawdę sam wiem, z własnej praktyki, że jak się dostawało samizdata, to człowiek powielał, jak się udało dotrzeć do ksero, mimo kontroli tego kserografu, i rozpowszechniało się wśród znajomych. Jakość poligraficzna tych wydawnictw była bardzo niska, nie było odpowiedniej korekty, całej pracy redakcyjnej. Część tej prasy miała przede wszystkim charakter perswazyjny. Poza tym był nurt, który upowszechniał kulturę; były przedruki czy wydania wybitnych dzieł literackich. Z tej prasy trafiło potem do nowych mediów wielu dziennikarzy, ale same tytuły nie przetrwały.

Nie odbyliśmy w Polsce porządnej dyskusji o przebiegu transformacji, która się dokonała na początku lat 90. To wciąż jest bardziej przedmiot sporu politycznego niż historycznego. Ale czy byłby pan w stanie odtworzyć, jaki był pomysł nowej władzy, rządu Tadeusza Mazowieckiego i następnych, na zmianę rynku medialnego?
Tak, i da się go odtworzyć. Jeżeli chodzi o prasę, początkiem znaczących przekształceń była ustawa z marca 1990 r. o likwidacji państwowo-partyjnego koncernu RSW Prasa-Książka-Ruch, do którego należały prawie wszystkie gazety. Ogólnie zamysł był taki, żeby wypuścić gazety i redakcje na wolny rynek, na ogół w formie małych spółdzielni, i pójść w kierunku rozwoju sektora prywatnego. Ten pomysł zresztą był też powielony przy ustawie radiowo-telewizyjnej, bo państwo, poprzez procedury koncesyjne, postanowiło stworzyć prywatne sektory radiowy i telewizyjny.

Na początku bez koncesji, bo np. Radio ZET i RMF, o ile pamiętam, to były jakieś dziwne konstrukcje prawne.
One miały pozwolenie ministra łączności. To było pozwolenie czasowe, potem usankcjonowane. Natomiast właśnie Radio ZET i jego założyciel Andrzej Woyciechowski już wtedy zmienili, przynajmniej w mediach elektronicznych, relacje dziennikarzy i świata polityki. Raptem polityk nie był u siebie jak w mediach państwowych. I musiał odpowiadać na pytania, które mu się, być może, nie podobały. Szok. Wielka polityczna, kulturowa zmiana. Zresztą RMF i Radio ZET to były inne rozgłośnie niż dzisiaj. Teraz one są bardziej muzyczne, rozrywkowe, ale wtedy były w znacznym stopniu informacyjne, publicystyczne. Nadawano sporo reportaży, korespondencje zagraniczne, mieli ambicje, aby tworzyć radio poświęcone zagadnieniom społecznym, a nie tylko będące playlistą.

W prasie też dokonała się bardzo radykalna zmiana własnościowa. Tutaj trzeba powiedzieć, że ona się wiąże z napływem kapitału zagranicznego. Bez tego by się nie dało. Od razu dodam, z pełnym szacunkiem, że jedyny udany wyjątek to POLITYKA. Praktycznie wszelkie inne usamodzielniane redakcje nie dawały rady przetrwać w nowych warunkach i albo upadały, albo były przejmowane, zazwyczaj przez kapitał zagraniczny. Najpierw pojawili się francuski Hersant i norweska Orkla, potem brytyjski Mecom, niemieckie Passauer, Bauer, Springer. To byli wydawcy, którzy inwestowali w organizację, w reklamę, w rozwój, w marketing. Zniknęły maszyny do pisania, pojawiły się komputery.

Ale obecna władza zwraca uwagę, że udział kapitału obcego w mediach, zwłaszcza w wydawnictwach prasowych, jest za duży.
To było nieuchronne. Mieliśmy różne próby przejmowania tytułów przez biznes krajowy, także przez środowiska polityczne, jednak z braku umiejętności i wiedzy kończyło się zazwyczaj katastrofą ekonomiczną.

Parę takich historycznie ważnych tytułów w ten sposób umarło przedwcześnie.
No niestety, choćby „Kultura”, ale jej historia to osobny temat. Zawieszenie w stanie wojennym, rozbicie zespołu, pseudoreaktywacja i ostateczny upadek w nowych realiach rynkowych.

„Życie Warszawy”, w którym pracowałem, potężny dziennik o specjalnym, liberalnym statusie w czasach PRL, nie przetrwał. Właściwie wszystkie centralne dzienniki padły, łącznie z peerelowskim tabloidem „Expressem Wieczornym”, który trafił w ręce PC Jarosława Kaczyńskiego. Upadła także ówczesna prasa młodzieżowa – „Razem”, „Radar”, „Sztandar Młodych” „Itd.”… Nawet fajnie się nazywały.
Były próby reanimacji, jednak praktycznie nic nie przetrwało. Trzeba powiedzieć, że wydawcy zachodni bardzo szybko zorientowali się, gdzie jest ogromny deficyt na rynku. W prasie kobiecej i młodzieżowej, gdzie były 600-proc. wzrosty nakładów.

Pamiętam fenomen „Poradnika Domowego”.
To było polskie Wydawnictwo Prószyński: 2 mln nakładu. Fenomen. Chyba jedyny tytuł, który sprzedawał reklamy do części nakładu. Reklamodawców nie było stać na to, żeby zapłacić za 2 mln egzemplarzy ich reklamy, więc oni sprzedawali na porcje. Ale okazało się, że tego przedsięwzięcia nie udało się podtrzymać, być może dlatego, że Wydawnictwo Prószyński było bardziej zainteresowane książkami. Efektem była sprzedaż segmentu czasopism Agorze. No i był też fenomenalny sukces samej Agory, czyli „Gazety Wyborczej”.

Który jednak nie został powtórzony w segmencie tygodników przez „Tygodnik Solidarność”. „TS” wracał na rynek z nakładem większym niż POLITYKA, z całą legendą Wielkiej Solidarności i pierwszego redaktora Tadeusza Mazowieckiego. Dlaczego losy „Gazety” i „Tygodnika” potoczyły się tak odmiennie?
To jest ciekawe pytanie. Związek Solidarność nigdy już nie był 10-milionowy, kiedy wszystko zaczęło być normalne. Zresztą bardzo szybko „Tygodnik Solidarność” wpadł w konflikt z „Gazetą Wyborczą”, te dwa środowiska w jakimś sensie stanęły przeciw sobie. „Gazeta” była pierwszym niekomunistycznym dziennikiem w naszej części Europy, i to był jej wielki bonus, ale też dobrze prowadzono ją jako przedsiębiorstwo, bo każdą rzecz przecież można zmarnować. „Tygodnik Solidarność” swoją szansę rynkową zmarnował.

Tutaj, mówiąc symbolicznym skrótem, Michnik pokonał Kaczyńskiego…
Zdecydowanie.

Bo Jarosław Kaczyński był, przypomnijmy, redaktorem naczelnym „Tygodnika Solidarność”, który zmienił w gazetę partyjną. Jedyny biznes, jaki prowadził, unicestwił.
Tu myślę, że dotknął pan bardzo ważnego problemu: w początkach transformacji tytuły przyznawano także partiom – KPN, PC, PSL. Ale każda próba bezpośredniej ingerencji polityki w sektor, który z natury jest prywatny, kończyła się źle dla tytułu, publiczność tego nie chciała. I to jest nauczka z tej transformacji. Proszę zresztą zwrócić uwagę, że po ostatnich wyborach nie nastąpił lawinowy przyrost nakładów prasy prorządowej, tzw. niepokornej. Właściwie stoją w miejscu. Mają swój rynek, ale nie są w stanie go poszerzyć.

Też jeśli chodzi o radio i telewizję, związki z polityką były toksyczne. Kiedy pracowaliśmy nad pierwszą ustawą o radiofonii i telewizji w 1992 r., właściwie cały nasz wysiłek szedł w to, jak stworzyć mechanizmy oddzielające media od świata polityki. I w gruncie rzeczy wszystkie nasze pomysły rozbijały się o niską kulturę polityczną, prostackie partyjniactwo. Były sytuacje, że wyznaczano do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji funkcjonariuszy partyjnych albo trafiały osoby, że tak powiem, o słabym kręgosłupie, które dawały sobą manipulować. Można powiedzieć, że transformacja udała się w sektorze prywatnym, a wszędzie tam, gdzie jest sektor publiczny, raczej się nie powiodła, ponieważ wróciliśmy do bardzo złych doświadczeń i praktyk z czasów PRL.

A prywatne telewizje? Jak patrzy pan z dzisiejszej perspektywy na sposób wprowadzenia prywatnego kapitału do sektora telewizyjnego? Wtedy to wywoływało straszne emocje.
Przedmiotem ostrego konfliktu wokół KRRiT stała się decyzja przyznająca pierwszą koncesję telewizyjną Polsatowi. Co, jak wiadomo, nie podobało się ówczesnemu prezydentowi Lechowi Wałęsie. Natomiast rzeczywiście inwestycje początkowe Polsatu szacuję na poziomie nieprzekraczającym 50 mln dol.; startujący kilka lat później TVN musiał dysponować już kwotą kilkakrotnie wyższą, więc Polsat dostał tzw. premię za pierwszeństwo. Polsat przyjął dobrą strategię, wcześnie zaczęli nadawać z Holandii, zupełnie legalnie, pokazując, na co ich stać. Krajowa Rada nie mogła wobec tego przejść obojętnie. Za TVN stał z kolei doświadczony zespół dziennikarski, ludzi z dorobkiem, którzy gwarantowali, że program będzie miał dobry poziom.

Pojawiło się też szereg efemeryd, marnych inicjatyw. Bo to nie od razu był dobry biznes. Rynek reklamy szybko się rozwijał, ale poziom początkowy był niski. Powszechnym zjawiskiem stała się kryptoreklama, namawianie dziennikarzy na publikowanie promocyjnych materiałów; to dotyczyło bardzo wielu tytułów i programów, nie chcę wymieniać, bo to już historia. To trzeba było ucywilizować. Nakłady prasy też były bliżej nieokreślone dla reklamodawców, dopiero gdy powstał Związek Kontroli Dystrybucji Prasy, zaczęto to sprawdzać. W telewizji wprowadzono telemetrię. Powstały pierwsze domy mediowe, profesjonalna obsługa reklamy, czyli zaczął się tworzyć rynek. No i biznes.

Ja mam wrażenie, że ten etap dojrzewania polskiego rynku symbolicznie zakończył się debiutem w 2003 r. tabloidu „Fakt”, klonu niemieckiego Bilda. To było jak sięgnięcie przez nastolatka po pierwszą wódkę czy skręta.
Były wcześniejsze próby stworzenia tabloidu przez „Super Express”, ale wówczas w wersji light. Zwracam uwagę, że Agora bardzo poważnie potraktowała zapowiedź wejścia „Faktu” i zaczęła wydawać pismo popularne.

„Nowy Dzień”, chyba?
Tak. Przygotowywane przez pół roku w tajemnicy, po trzech miesiącach zamknięto. Dostrzegali, że następuje kolosalna zmiana, ale etycznie nie podołali. „Fakt” przeniósł z Zachodu technologię redagowania skrajnie komercyjnego medium, które sięga po wszelkie argumenty, gra na emocjach, jest proste w odbiorze, bardzo ilustracyjne, bardzo bezpośrednie, bez wchodzenia w niuanse, napastliwe, plotkarskie, stosujące to, co dzisiaj nazywamy postprawdą, a kiedyś zmyśleniami. Od tego zaczęła się tak na dobrą sprawę kultura celebrytów w Polsce… i tabloidyzacja mediów. Inne media komercyjne też zaczęły poszukiwać atrakcyjnych, prostych formuł, coraz bardziej przesuwały się w stronę niewyszukanej rozrywki, epatowania emocjami. Doświadczenie rozwiniętych systemów mediowych wskazuje, że to było nieuchronne.

Może, ale też dewastujące dla jakości wolnych mediów.
I tym bardziej boleję nad upadkiem publicznego radia i telewizji, bo tam, gdzie one są na dobrym poziomie, jak BBC, wyznaczają poziom jakościowy dla całego rynku. Dzisiaj telewizja państwowa w Polsce nie jest takim odniesieniem, nie jest też wzorcem, raczej antywzorcem. Są badania wykazujące, że nie realizuje ustawowych zadań publicznych.

W praktyce sprowadza się to do mechanizmów kadrowych. Jeżeli się powoła ludzi, którzy mają poczucie zwykłej przyzwoitości, czy mają poczucie własnej wartości, dorobek, to oni nie są dyspozycyjni wobec polityków, nie dają sobą manipulować, sterować; to z kolei przekłada się na formowanie zarządu takich instytucji, na decyzje o powołaniu redaktorów funkcjonalnych itd. I powiem tak: ten mechanizm na różne sposoby udawało się chwilami uszczelniać, a potem to wszystko było rozszczelniane. Takim pierwszym objawem klasycznej arogancji świata polityki była zmiana w 2005 r., czyli pierwsza ustawa o skróceniu kadencji KRRiT przeprowadzona przez koalicję PiS, Samoobrony i LPR.

Wtedy kiedy powoływano na prezesa TVP Bronisława Wildsteina?
Tak, bo chodziło o skok na telewizję. To zostało powtórzone w 2015 r. bez mrugnięcia okiem. To dowód, że transformacja w mediach publicznych się nie udała, choć bywały okresy lepsze i gorsze. Platforma np. wobec telewizji publicznej była mocno zdystansowana, przecież gdyby naprawdę traktowała tę instytucję jako ważną, to na pewno chociaż system finansowania zostałby uzdrowiony. Donald Tusk podważył sens płacenia abonamentu, nie proponując niczego w zamian. Jego ministrowie po raz enty oświadczali, że toczą się prace nad ustawą o finansowaniu, z czego oczywiście nic nie wynikało, bo żadne prace się nie toczyły.

Wszystko to było zdumiewające. Bo albo chcemy mieć porządny sektor publiczny w mediach, to sfinansujmy go, znajdźmy jakieś rozwiązanie, albo po prostu dajmy sobie z tym spokój. Po tym, czego jesteśmy świadkami w ciągu ostatniego roku, kiedy następuje podporządkowanie TVP i Polskiego Radia jednemu ośrodkowi władzy, obawiam się, że tego już się nie da odbudować.

Można ustawą wprowadzić obowiązkową opłatę.
Można wprowadzić opłaty, można dać duże pieniądze, ale nie ma już więzi z częścią odbiorców i tej więzi już nie będzie. To jest utrata zaufania. Z tym że dziś mamy już nową sytuację – powstał i rozwija się alternatywny system komunikowania. Ludzie mogą się obejść bez mediów publicznych. Są niezależne gazety, stacje radiowe, telewizyjne i przede wszystkim internet.

To, że powstał cały nowy obieg treści poza jakąkolwiek kontrolą, również polityków, ma skutki zarówno bardzo pozytywne, jak i niebezpieczne, że przypomnę ostatnie kampanie wyborcze. Ale czy nadal obowiązuje teoria, że internet generalnie oznacza koniec tradycyjnych mediów i dziennikarstwa? W naszym sektorze były takie prognozy, że do 2015 r. już przestanie wychodzić prasa papierowa. Mówi się, że za moment przestanie istnieć klasyczna telewizja, no bo już młode pokolenie jej nie ogląda w taki sposób jak my. Otwiera się inna rzeczywistość i tu kończą bieg prasa, radio i telewizja.
Intensywnie korzystam z nowych mediów, ale nie widzę nadciągającej katastrofy. A prognozy o końcu prasy pojawiły się już w końcu lat 40. ubiegłego wieku. Żadna forma medialna nie zniknęła pod wpływem rozwoju następnej, one znajdują swoje miejsce i są nadal potrzebne.

Ale zasadniczo zmienia się samo dziennikarstwo.
Tak. U progu transformacji chyba wszyscy wierzyliśmy w dziennikarstwo oparte na zasadzie bezstronności, rzetelności, aktualności, szybkości informowania, bez oglądania się na interesy polityczne czy biznesowe. Ale zaraz, już na początku lat 90., wystąpiła silna presja komercjalizacyjna, która przyniosła rezygnację z bezstronności na rzecz sensacji, wyolbrzymiania pewnych rzeczy, manipulowania emocjami.

A potem nadeszły kolejne wyzwania dla dziennikarstwa: coraz silniejsze podziały polityczne, polityzacja prasy, a wręcz jej partyjne zaangażowanie; wrogi rozpad środowiska dziennikarskiego, zanik więzi zawodowych, wspólnych standardów etycznych. Na te procesy nałożyły się zmiany technologiczne, zwłaszcza powstanie tzw. mediów społecznościowych, a razem z nimi efektu komory. Polega to na tym, że w tych mediach odbiorcy wytwarzają swoje własne kręgi, w których tak naprawdę słyszą głównie siebie i swoich znajomych, nie są otwarci na innych.

Mogę się posłużyć przykładem. Jeden z pracowników naukowych zaproponował, abym go zaakceptował na profilu. Zgodziłem się, po czym zauważyłem, że on w swoich wpisach nadużywa wulgaryzmów. I w prywatnej rozmowie, broń Boże nie w sieci, zwróciłem mu na to dyskretnie uwagę. Jaka była jego reakcja? Usunął mnie z profilu. Gdy moich studentów pytam, jak postąpiliby w tej sytuacji, 90 proc. odpowiada, że podobnie. A są to przyszli dziennikarze! Czyli to, co było założeniem klasycznego dziennikarstwa, że będziemy starali się rozumieć rzeczywistość w całej złożoności, że będziemy poznawali różne punkty widzenia, że informacje będziemy sprawdzali, dopóki przynajmniej dwa źródła jej nie potwierdzą itp., to już jest przeszłość. Zapanowała kultura narcyzmu – słuchania samego siebie. Tkwimy w tych swoich klubach, kokonach. I to jest istotne zagrożenie dla dziennikarstwa.

Zatem obwieszcza pan stopniową śmierć naszego zawodu?
Przeciwnie. Po pierwsze, patrząc z punktu widzenia całego systemu mediowego, kolosalnie rośnie rola mediów publicznych, które powinny stosować wysokie standardy dziennikarstwa. Takie media należałoby uwolnić od funkcji komercyjnej lub powinna być ona drugorzędna

Pan znów o tym samym. Że powinny być neutralne komercyjnie, neutralne politycznie?
Tak, bo mają pełnić rolę bezpiecznika całego systemu informacji, a dzisiaj pewne treści lub opinie nie są w nich pokazywane lub pojawiają się w wersji zmanipulowanej. Media publiczne stają się też swoistą komorą, co jest sprzeczne z ich istotą. Niedawno rozmawiałem z pewną starszą osobą, która o pewnych wydarzeniach, akurat niepomyślnych dla rządzących, w ogóle nie słyszała; była zaszokowana, że coś takiego miało miejsce. Ona żyje w swoim świecie, jest w tej komorze zamknięta. Kiedyś być może sami politycy dojdą do wniosku, że to jest bardzo niebezpieczne, że narusza spójność społeczną, utrudnia kierowanie państwem. I ocalą media publiczne.

Podziwiam, ale i podzielam tę naiwną wiarę.
A, po drugie: myślę, że szybko narasta świadomość, iż nie wszystko w internecie jest za darmo i nie wszystko jest prawdą, że jest coś takiego, jak wiarygodność wydawcy, profesjonalna selekcja wiadomości, umiejętność ich porządkowania, weryfikacji, analizy, wydobywania znaczeń, kontekstów. I że bez tego coraz trudniej się obejść, że potrzebujemy zawodowych przetwórców informacji. Dziennikarstwo było, jest i będzie potrzebne. To jest funkcja, która przez nic nie może być zastąpiona, zautomatyzowana. Jestem optymistą, wierzę w zawód dziennikarski. Z badań wynika, że blisko 40 proc. użytkowników platform cyfrowych korzysta z nich, aby być na bieżąco z doniesieniami o tym, co się dzieje, aby zrozumieć otaczający świat. To jest zadanie dziennikarzy.

Uważa pan, że za 10 lat możemy się znowu spotkać, jeszcze przy gazecie papierowej? Że na takie pismo jak POLITYKA będzie miejsce, obojętnie, w papierze czy w elektronice?
Jak wspomniałem, POLITYKA jest jednym z nielicznych przykładów udanej transformacji. Przecież państwo dokonaliście wielkiej rzeczy: cały czas utrzymujecie wysoki poziom, macie najlepsze pióra, świetnych publicystów, bardzo dobry dobór tematów, wysoki poziom edytorski i poligraficzny, niezależność finansową, ja nie widzę niebezpieczeństwa. Jeśli ludzie będą korzystali z wersji elektronicznej, to przynajmniej obniży wam koszty. Forma być może się zmieni, natomiast absolutnie wierzę, że POLITYKA będzie cały czas potrzebna. Nie bardzo sobie wyobrażam, żeby wyrosło jakieś pokolenie, które już nie będzie potrzebować tego typu czasopism pomagających zrozumieć świat.

Daj Boże, żebyśmy za 10 lat mogli się spotkać i sądzę, że tu będzie leżała wersja papierowa, ale obok nas może będą jeszcze jakieś superekrany multimedialne, gdzie będzie POLITYKI jeszcze więcej i jakoś inaczej. Może będą to multimedialne analizy, bazy danych, przekrojowe raporty etc. To jest kwestia technologii i modelu biznesowego przyszłości. Powiem tak: największe problemy dotyczą przede wszystkim dzienników. One nie są w stanie nadążyć za internetem z informacją, co było ich najważniejszą funkcją. Ale czasopismo, tygodnik, daje ten komfort, że w końcu tygodnia czytelnik dostaje uporządkowany, skomentowany obraz wydarzeń, które codziennie do niego docierają. Dla POLITYKI jest miejsce. Absolutnie.

Amen. Rozumiem, że właśnie wypowiedzieliśmy także nasze wspólne życzenie, żebyśmy za te 10 lat, w dobrym zdrowiu się spotkali. Przy POLITYCE rzecz jasna.
I w lepszych czasach.

rozmawiał Jerzy Baczyński

***

Tadeusz Kowalski jest profesorem nadzwyczajnym w Instytucie Dziennikarstwa UW. Specjalizuje się w ekonomice środków masowego komunikowania, polskim systemie prasowym i stosunkach międzynarodowych.

Polityka 8.2017 (3099) z dnia 21.02.2017; 60 lat POLITYKI; s. 64
Oryginalny tytuł tekstu: "Prasa pod presją"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Homofobusy jeżdżą po polskich miastach. Szokują i wykluczają

Homofobusy rozpowszechniają nieprawdziwe informacje na temat osób LGBT. To akcja Fundacji Pro-Prawo do Życia, która wbrew nazwie odmawia osobom nieheteroseksualnym prawa do wolnego od dyskryminacji życia w Polsce.

Agata Szczerbiak
17.07.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną