Prezentujemy archiwalny reportaż Hanny Krall

Ludzie może i nie są źli…
Reportaż miał się ukazać w POLITYCE nr 46 z 15 listopada 1980 r. Został w całości zdjęty przez cenzurę.
Autorka w swoim mieszkaniu w 1987 r.
Włodzimierz Wasyluk/Reporter

Autorka w swoim mieszkaniu w 1987 r.

Hanna Krall zachowała w prywatnym archiwum stronę POLITYKI z przygotowanym wstępnie do druku tekstem.
repr. Stanisław Ciok/Polityka

Hanna Krall zachowała w prywatnym archiwum stronę POLITYKI z przygotowanym wstępnie do druku tekstem.

audio

Audio Polityka Hanna Krall - Ludzie może nie są źli

Spośród tysięcy artykułów, które ukazały się w POLITYCE przez 60 lat, wybraliśmy teksty trójki ważnych i przez lata kojarzonych z naszym tygodnikiem autorów – Ryszarda Kapuścińskiego, Hanny Krall i Zygmunta Kałużyńskiego. Reprezentują one różne epoki (1959, 1980, 1998 r.), różne style i różne tematy, które podjęli autorzy, a jednak doskonale oddają wrażliwość, którą POLITYKA szczyci się do dzisiaj.

***

Anna Walentynowicz na pytanie o początek.

(Trzeba, byśmy wiedzieli wszystko od początku, to może zrozumiemy, co się stało. Czternastego sierpnia co się stało, po dwunastej parę minut, kiedy to, wchodząc do stoczni, Anna Walentynowicz zobaczyła w bramie jakieś panie czekające na nią z kwiatami i usłyszała, że jacyś panowie proszą, by weszła na koparkę i powiedziała parę słów).

– Mam pięćdziesiąt jeden lat, urodziłam się na Wołyniu. Miałam matkę, ojca i brata. Kiedy wybuchła wojna, ojciec poszedł na front, brata wywieźli, a matka umarła na serce. Przygarnęli mnie obcy ludzie. Po powrocie do Polski zaczęłam chodzić po wsiach i najmować się do pracy: latem do żniw, jesienią do sprzedawania noży kuchennych, które gospodarze wyrabiali ze starych kos, a zimą moi państwo pędzili wódkę, więc w nocy pilnowałam, żeby nie rozsadziło kotła, w dzień nosiłam w plecaku butelki na handel. Za tę wódkę i noże dostawałam mąkę, ziemniaki i naftę, które dźwigałam, wracając do moich państwa.

Przyjechaliśmy do Gdańska. Gospodarze dostali z Unry klacz i krowę, panicze poszli do szkół i musiałam zająć się gospodarstwem. Ja do szkoły nie chodziłam, tyle co przed wojną, skończyłam wtedy cztery klasy, choć w papierach podaję, że siedem. Trzeba było wypełnić ankietę na spawacza i wpisałam cztery, ale kolega mówi – coś ty, Ania, przerób no na siódemkę. Z czwórki bardzo łatwo siódemeczkę zrobić, więc tak zostało, ale prawda jest taka, że już nigdy nie uczyłam się, tyle co na kursie dla analfabetów w stoczni i na kursach spawania.

Moi państwo bogacili się, mieli już konie, świnie, źrebaki, pięć krów i kury, i już najmowali ludzi do pracy. Ja wstawałam o czwartej, żeby nakarmić stworzenie i przygotować śniadanie pracownikom, o siódmej szłam robić w polu i paść krowy, wracałam o siódmej wieczorem, doiłam krowy, szłam z sierpem i wózkiem po pokrzywy dla świń, przekręcałam je w sieczkarni, kładłam się o dwunastej, wstawałam o czwartej i karmiłam stworzenie.

Nie mówię, żeby oskarżać, tylko żeby oddać wierność moim przeżyciom.

Któregoś dnia zauważyliśmy przed domem w krzakach bukszpanu jakiś grób. Chcieliśmy przenieść go na cmentarz, więc zaczęłam kopać, ale to nie był grób, tylko zakopane pudełko. Otworzyłam je i zobaczyłam złote zegarki, broszki i pierścionki – jeden piękny zwłaszcza, jak trzykrotny opleciony wąż z niebieskim oczkiem, ale pani przybiegła, zgarnęła wszystko w fartuch i zabrała.

Na Wigilię postawili mi w kuchni talerz i przynieśli opłatek. Nie chciałam siedzieć sama, więc poszłam do koni i podzieliłam się opłatkiem ze Złotką. To była piękna klacz, w kieracie szła jak artystka, krokiem tanecznym – mięśnie naprężone – o, tak – w dwa okrążenia już się pociła, taka była wrażliwa i delikatna. Złożyłam jej życzenia, a Złotka zarżała – jeśli takie rzeczy są niepotrzebne, to proszę skreślić, ja tylko mówię, żeby oddać wierność, bo pani pytała.

W połowie lata postanowiłam iść, gdzie oczy poniosą. Szłam, szłam, usnęłam, dalej idę i myślę sobie – co robić? Życie odebrać by najlepiej, ale jak? Moi państwo wyrabiali z padłego bydlęcia mydło i widziałam, jak soda kaustyczna rozpuszcza wszystkie kosteczki. Byłoby dobrze trochę tej sody zdobyć, ale skąd? No i nie odebrałam sobie życia i poszłam dalej.

Trafiłam do piekarni. Zostałam tam, bo wszędzie stały kosze białych bułeczek, i niech pani sobie wyobrazi, że mogłam jeść, ile chciałam. Normalnie – bułki stoją, a ja biorę i jem. Nikt nie mówi, żeby nie brać, to ja biorę i ile chcę, to jem.

Ilu ja dobrych ludzi spotkałam w życiu… Tych, co mi pozwolili białe bułki jeść, i tych, co mi oddali za darmo suterynę, i co dali piecyk, żebym sobie do suteryny wstawiła (bardzo dobry jest taki piecyk na odmrożenie, tylko trzeba najpierw nasmarować ciało naftą i grzać przy otwartym ogniu, żeby nafta wyparowała), ale najważniejszy był jeden pan, który powiedział – nie siedź tutaj. Idź do stoczni, nauczysz się i staniesz się człowiekiem.

Nie spałam całą noc. Modliłam się do Matki Boskiej Ostrobramskiej i całą noc drżące serce w mej piersi: czy tylko przyjmą mnie do stoczni, czy przyjmą. Ale Matka Boska wysłuchała mnie i w listopadzie 1950 roku przyjęto mnie na kurs spawaczy. Ósmego listopada dokładnie, tu jest pieczątka, a ta druga, obok ósmego sierpnia 1980 – zwolnienie. Trzydzieści lat, jaki zbieg okoliczności, prawda?

Rok później moje zdjęcie pojawiło się po raz pierwszy w gazecie w artykule pt. „Nasi przodownicy” i odtąd pojawiało się coraz częściej: przed Zlotem Młodzieży w Berlinie, z okazji Kongresu Związków Zawodowych (pojechaliśmy we trójkę – Sołdek, Gołąbek i ja, jako delegaci stoczni) oraz w gablotce przodowników na dziedzińcu. W kombinezonie tam stoję, przy pracy, w jednym ręku trzymam maskę, a w drugim – rączkę spawalniczą. Obok mnie stoi Wiśniewska Jadwiga – dwieście czterdzieści procent, i Sekuła Emilia – dwieście dziesięć. Ja miałam wykon najwyższy – dwieście siedemdziesiąt procent normy. Gablotka stała przed dyrekcją, a pod nią czerwoną farbą szedł napis: SPAWACZKI – PRZODOWNICE Z BRYGADY IM. RÓŻY LUKSEMBURG.

Najważniejszym wydarzeniem w tamtych czasach był Zlot Młodzieży w Berlinie w 1951 roku. Najpierw spędziliśmy dwa tygodnie na obozie przygotowawczym, gdzie uczyliśmy się wielu rzeczy: chodzenia krokiem marszowym, śpiewania chórem „Hej, wy konie, rumaki stalowe” oraz odpowiedzi na pytania agentów imperializmu. Zwłaszcza nie należało się dać namówić do pozostania, a najlepiej trzymać się grupy i na niczyje pytania nie odpowiadać w ogóle. Pamiętam, że jakiś młody górnik ze Śląska powiedział wtedy – gdyby do mnie podszedł imperialistyczny prowokator, to skąd mogę wiedzieć, jak by się zachował? Na co wstał kolega z Olsztyna, wysoki blondyn, i powiedział: – Jeśli już teraz kolega nie wie, jak by się zachował, to cóż dopiero w Berlinie? I kolega górnik musiał złożyć oświadczenie, że źle się czuje ze zdrowiem, i powrócił na Śląsk.

Co do mnie, to siedziałam cichutko i powtarzałam sobie, że na pewno do żadnego prowokatora nie otworzę ust.

Osiemnastego sierpnia zwiedziliśmy w Berlinie pierwszą wystawę, czeską. Chodziliśmy po niej dwójkami, a przy wyjściu patrzymy – nie ma naszego kolegi z Olsztyna, tego wysokiego, co nie był pewny, jak zachowa się górnik. Robimy apel, odliczamy – nie ma. Idziemy do kwater, nikomu z nikim rozmawiać nie wolno, a już z obcymi tym bardziej… No i odtąd każdego dnia ubywało po jednym delegacie, po dwóch, tyle że już bez apelu i odliczania. Powiedziano nam tylko surowo, że nikt nie śmie opowiadać w kraju, co się stało, a jeśli zapyta ktoś, to mówimy, że wroga propaganda.

Opowiadam tak szczegółowo o Zlocie, bo było to ważne wydarzenie w moim życiu: po raz pierwszy sama zetknęłam się z kłamstwem i po raz pierwszy moja organizacja kazała mi okłamywać innych.

Siódmego września 1952 r. urodził się mój syn. O jego ojcu nie opowiadam, bo nie warto: przed ślubem jeszcze pokazał swoje prawdziwe oblicze i postanowiłam nie wychodzić za mąż.

Mieszkałam z moim dzieciątkiem w Domu Matki i Dziecka jakiś czas, a potem napisałam list do Bolesława Bieruta i dostałam mieszkanie. To jest to mieszkanie właśnie, na Grunwaldzkiej, pokój z kuchnią, pięćdziesiąt trzy metry, latem całe skąpane w promieniach słońca.

Anna Walentynowicz na moją uwagę, że jej historia jest życiem robotnika idealnego, jak Wandy Gościmińskiej albo Apryasa, albo braci Bugdołów, z tamtych ludzi nikt jednak nie stał się przywódcą strajku. Czy można wskazać jakiś dzień, jakieś jedno zdarzenie, które uznalibyśmy za trop prowadzący do tej bramy stoczniowej w dniu czternastego sierpnia?

W kolektywie naszego wydziału reprezentowałam Ligę Kobiet. Raz w tygodniu zbieraliśmy się i ustalaliśmy kary i nagrody. Każdy zgłaszał swoich protegowanych do nagród i kiedy przychodziło do moich kobiet, nie było już pieniędzy. Protestowałam i mówiłam, że to niesprawiedliwe.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną