Wielkie żałoby narodowe

Polski żałobami czarne
Po powstaniu styczniowym, po Grudniu’70, po śmierci JP2 i marszałka Piłsudskiego. Różne bywały i polskie żałoby, i powody smutku. I różne skutki.
Żałoba po Janie Pawle II, Kraków 2005 r.
Janusz Leśniak/BEW

Żałoba po Janie Pawle II, Kraków 2005 r.

Były żałoby spontaniczne. Takie, do których nie trzeba było zachęcać państwowymi dekretami. Jak choćby ta po klęsce powstania styczniowego 1863 r., okupionej nie tylko kilkudziesięcioma tysiącami zabitych i straconych uczestników walk, ale także 40 tys. skazanych na katorgę i Sybir. Matki, wdowy po zabitych i żony zesłanych powstańców długo potem nie zdejmowały czarnych sukien. Także udział w hucznych zabawach, nie mówiąc już o przyjmowaniu zaproszeń na uroczystości organizowane przez zaborców, był przez co światlejszych Polaków uznawany za co najmniej nieprzyzwoitość.

Do podobnej w duchu i stylu manifestacji doszło też po wprowadzeniu stanu wojennego w grudniu 1981 r. Tu także, prócz złamanych nadziei, były ofiary, symbolizowane przez zabitych górników z kopalni Wujek. Kiedy tysiące działaczy opozycji siedziało w obozach internowania i więzieniach, za niegodne uchodziło chociażby świętować Sylwestra 1981/82. Echem odbił się aktorski bojkot telewizji. Symbolem żałoby – i oporu – stały się wpinane w klapy oporniki. A że nie był to tylko błahy gest, świadczyły przypadki szykan za ich noszenie. W wielu szkołach zwyczajem 1982 r. stały się tzw. czarne dni i ciche przerwy każdego 13-tego dnia miesiąca. Uczniowie przychodzili wtedy ubrani na czarno, a podczas pauzy albo demonstracyjnie w milczeniu spacerowali po korytarzach, albo odśpiewywali zakazane pieśni – z aprobatą wielu nauczycieli, a ku wściekłości innych.

Żałoba pod okiem SB

Niektóre z takich spontanicznych form narodowej żałoby miały wymierne efekty polityczne. Po wydarzeniach Grudnia 1970, które przyniosły ponad 40 ofiar śmiertelnych, na Wybrzeżu nie było naturalnie mowy o oficjalnej żałobie. Nawet wtedy, gdy zmieniła się ekipa rządząca. Pogrzeby zabitych przez milicję i wojsko odbywały się jedynie w nocy i to pod kontrolą Służby Bezpieczeństwa. Niektóre rodziny nakłaniano do podpisania oświadczeń, że bliscy umarli w wyniku choroby, a nie postrzału. Także na nagrobkach nie można było umieszczać napisów wskazujących przyczynę zgonu. Jednak jeszcze podczas zajść na niektórych budynkach (m.in. akademikach Politechniki Gdańskiej) pojawiły się spontanicznie wywieszane narodowe flagi z kirem. Historyczną ikoną stały się drzwi ze zwłokami zabitego demonstranta, niesione przez jego towarzyszy ul. Świętojańską w Gdyni.

Za formę żałoby – i protestu – trzeba też uznać strajki wybuchające w całym kraju w reakcji na wieści z Gdańska, Gdyni i Szczecina. A w wielką żałobną manifestację przerodziły się obchody 1 maja w 1971 r. W Trójmieście w oficjalnym pochodzie robotnicy nieśli symboliczną trumnę „ofiar Grudnia” i transparenty „Żądamy ukarania winnych masakry”. Kilka lat później żałobne obchody rocznicowe zaczęła organizować opozycja (aktywny udział brał w nich m.in. Lech Wałęsa), a wybudowanie pomnika ku czci poległych stoczniowców było jednym z postulatów Wolnych Związków Zawodowych i strajków Sierpnia 1980 na Wybrzeżu. Pamięć o ofiarach Grudnia’ 70 stanowiła więc jeden z fundamentów założycielskich ruchu „Solidarności”.

Równie spontaniczne – i też przebiegające wbrew woli władz – uroczystości żałobne po śmierci współpracującego z opozycją studenta Uniwersytetu Jagiellońskiego Stanisława Pyjasa, stały się początkiem ruchu Studenckich Komitetów Solidarności, z czasem najważniejszej niezależnej inicjatywy w środowisku akademickim. O powołaniu SKS ogłoszono 15 maja 1977 r. u stóp Wawelu na zakończenie tzw. czarnego marszu, w którym tysiące mieszkańców Krakowa i studentów uczciło pamięć najprawdopodobniej zamordowanego przez funkcjonariuszy bezpieki Pyjasa.

Kilka lat później – w 1982 r. – podobną manifestacyjną rolę pełniły uroczystości żałobne pamięci młodego robotnika Bogdana Włosika, zabitego podczas „Solidarnościowej” manifestacji w Nowej Hucie. Oraz warszawskiego licealisty Grzegorza Przemyka, który zmarł po pobiciu na komisariacie milicji w maju 1983 r. Demonstracją polityczną stawały się w PRL również pogrzeby powszechnie uznawanych autorytetów – chociażby pisarza Pawła Jasienicy (nie bez powodu były bacznie obserwowane przez policję polityczną) i Prymasa Tysiąclecia kard. Stefana Wyszyńskiego. Narodowa żałoba ogarnęła kraj po tym, jak funkcjonariusze SB zamordowali ks. Jerzego Popiełuszkę. Uroczystości pogrzebowe przerodziły się w wielką demonstrację poparcia dla „Solidarności” i idei walki o wolność bez użycia przemocy, zgodnie z apelem Popiełuszki „Zło dobrem zwyciężaj”. Wrażenie robił już sam widok udekorowanych flagami nielegalnego przecież wtedy ruchu pociągów i autobusów z jadącymi na pogrzeb żałobnikami.

Smutek z przymusu

Bywało i przeciwnie: że żałobę próbowała narzucić społeczeństwu władza. Kiedy z Moskwy dociera wieść o zgonie Józefa Stalina, 7 marca 1953 r. Rada Państwa i rząd PRL przyjmują uchwałę o uczczeniu jego pamięci przez m.in. zmianę nazwy Katowic na Stalinogród, nadanie stołecznemu Pałacowi Kultury i Nauki imienia Stalina oraz budowę pomnika Generalissimusa na Placu Defilad. W szkołach, zakładach i jednostkach wojskowych organizowane są odgórnie akademie ku czci zmarłego. Udział jest oczywiście obowiązkowy. Choć są też tacy, którzy wydają się być autentycznie przejęci. 9 marca – w dniu pogrzebu Stalina w Moskwie – także w Polsce obowiązuje żałoba narodowa: nieczynne są urzędy, nie pracują fabryki, nie ma zajęć w szkołach i na uczelniach. W uroczystościach w Moskwie bierze udział polskie kierownictwo partyjno-państwowe z Bolesławem Bierutem na czele. W niektórych miastach odbywają się pochody żałobne – z portretami Stalina, czerwonymi sztandarami i pochodniami. Wszystkie tytuły prasowe pełne są wychwalających zmarłego artykułów i wierszy. Jedynie krakowski „Tygodnik Powszechny” ogranicza się do zamieszczenia oficjalnego komunikatu, odmawiając stwierdzenia, że zmarł „najwybitniejszy człowiek naszej ery”. Płaci za to rozwiązaniem redakcji.

Władze PRL ogłaszały też żałobę narodową po śmierci rodzimych funkcjonariuszy państwowych – m.in. Bieruta w 1956 r.

Żałoby z ustawy i z serca

Były również w dziejach Polski chwile, w których odczucia społeczne w pełni uzasadniały wprowadzenia oficjalnej żałoby. Bodaj najpełniej widać to było po śmierci Jana Pawła II (choć byli i tacy, którzy obnosili się z koszulkami z napisem „Nie płakałem po papieżu”). Dziś, po tragicznej śmierci pasażerów rządowego samolotu, widzimy jednak, jak wiele schematów zachowań, które spontanicznie wytworzyły się w kwietniu 2005 roku, teraz jest powielane.

Podobnie bywało jednak nawet za PRL – gdy zmarł Prymas Wyszyński, ku satysfakcji obywateli, władze państwowe chcąc nie chcąc ogłosiły żałobę narodową. Rolę grało i to, że był to maj 1981 r. Panowała więc euforia wolności związanej z „Solidarnością”.

W II RP żałobę narodową  ogłoszono – również przy powszechnej aprobacie – na wieść o śmierci prezydenta Stanów Zjednoczonych Thomasa W. Wilsona w 1924 r. Był to wyraz wdzięczności za uwzględnienie przez niego w słynnych „14 punktach” (czyli planie pokojowym na zakończenie I wojny światowej) niepodległościowych aspiracji Polski.

Najmocniejszym symbolem ducha II Rzeczpospolitej stała się jednak żałoba po śmierci Józefa Piłsudskiego.

Żal po Marszałku

Panującą wtedy w kraju atmosferę można odtworzyć na podstawie relacji ówczesnej prasy. Gdy 12 maja 1935 r. późnym wieczorem polskie radio nadaje komunikat o śmierci pierwszego marszałka Polski, wstrząs jest potworny. Zmarły miał ledwie 67 lat, a wcześniej nie upubliczniano żadnych informacji o stanie jego zdrowia. Dziennikarze pisali potem, że w nocnych lokalach orkiestry momentalnie przestały grać i przerwano zabawę. W Warszawie pod Belwederem zaczyna gromadzić się płaczący tłum. Rada Ministrów ogłasza narodową żałobę. O godz. 2 w nocy podano informację, że zgodnie z wolą zmarłego uroczystości pogrzebowe odbędą się w Warszawie, ciało zostanie złożone w katedrze krakowskiej, a serce w Wilnie. Z Wawelu słychać Zygmunta, wtórują mu dzwony innych kościołów i syreny fabryczne. Na ulicach zawisły czarne flagi. W kraju odwołano przedstawienia i zabawy, a nawet loterie fantowe. W witrynach sklepów i oknach mieszkań pojawiają się portrety Marszałka i kwiaty. W Krakowie specjalna komisja interweniuje tam, gdzie portret marszałka umieszczono... pośród towaru.

Rada Miasta apeluje: „Wszyscy, jeśli już nie na czarno, powinni być ubrani na ciemno”. Ilustrowany Kurier Codzienny pisze we wstępniaku: „Słyszycie ten płacz wielki, który dzwony zagłusza. To Polska płacze, bo straciła Syna, który dla niej żył”. A Polska Agencja Telegraficzna podaje: „Członkowie rządu zamiast wieńców na trumnę marszałka opodatkowali się na sumę 5500 zł na budowę kopca im. Marszałka Piłsudskiego w Krakowie”.

Pierwsza część uroczystości odbywa się w stolicy. 15 maja wieczorem ciało Piłsudskiego – w błękitnym mundurze marszałkowskim, z wstęgą Virtuti Militari i buławą, którą dostał od żołnierzy w 1920 r. – złożono w srebrnej trumnie  wykonanej przez studentów ASP. Potem na lawecie – przy dźwiękach dzwonów i syren – przewieziono z Belwederu Traktem Królewskim do katedry św. Jana. Modlitwy kończą się koło północy, ale tłum przed katedrą mimo deszczu stoi do rana. Następnego dnia trzeba zamknąć świątynię, bo chcący złożyć zmarłemu hołd przerwali policyjne kordony.

Wreszcie trumnę przewieziono na Pola Mokotowskie, gdzie czeka 300 tys. osób. Są wśród nich wysłannicy Francji (marszałek Philippe Petain), Niemiec (Herman Goering) i Wielkiej Brytanii (lord Earl of Cavan). Przed trumną maszeruje 49 generałów z Edwardem Rydzem-Śmigłym na czele i kompanie honorowe wszystkich rodzajów broni. Nad nimi przelatuje 60 myśliwców. Defiladę kończą prowadzone przez adiutanta Marszałka gen. Wieniawę-Długoszowskiego kawaleria i artyleria.

Szlakiem Pierwszej Kadrowej

W końcu trumnę umieszczono na platformie specjalnego pociągu, który przez Radom, Kielce, Jędrzejów, Miechów rusza do Krakowa. Wzdłuż trasy stoją strażacy z pochodniami, w lasach obozują oczekujący ludzie. Podkreślano, że Piłsudski wraca szlakiem Pierwszej Kadrowej. Rano, w sobotę 18 maja, na krakowskim dworcu i trasie wiodącej na Wawel, czekają już tłumy (dziennikarze pisali o „kilkuset tysiącach”). Trumnę na lawetę armatnią, zaprzężoną w sześć czarnych koni przenoszą generałowie. Przodem idzie żołnierz z krzyżem. Trumna przykryta jest flagą z godłem, na wieku leży poduszka z czapką maciejówką i szablą Piłsudskiego. Kondukt prowadzi metropolita krakowski Adam Sapieha i biskup polowy WP Józef Gawlina. Przedstawiciele władz państwowych są ubrani w długie czarne płaszcze, białe szale i cylindry. Delegacja ziemi wileńskiej niesie urnę z ziemią z grobu matki Piłsudskiego. Ułani prowadzą za uzdę konia okrytego krepą z siodłem i uprzężą Kasztanki – ukochanego konia Marszałka. Są także weterani powstania styczniowego i Pierwszej Kadrowej. Przejście pochodu od dworca na Wawel trwa 4,5 godziny, bo ciągnie się on przez kilkanaście kilometrów.

Gdy trumna staje u progu Katedry Wawelskiej, odzywa się Zygmunt. Nabożeństwo żałobne odprawia kard. Sapieha. Następnie generałowie znoszą trumnę do krypty św. Leonarda. Żeby Piłsudskiego pochować na Wawelu, potrzebna była dyspensa Piusa XI – Marszałek nie był biskupem, kardynałem ani głową państwa i według prawa kanonicznego nie mógł być pochowany w katedrze.

Znowu rozbrzmiewa Zygmunt. Ostatnią salwę – 101 wystrzałów – oddaje Marszałkowi artyleria. Orkiestra gra hymn, a potem "Pierwszą Brygadę". Żołnierze prezentują broń. W całej Rzeczpospolitej na trzy minuty zapada cisza.

Żałoby z awanturami

Zdarzały się jednak żałoby narodowe zakłócane przez skandale. Bodaj najgłośniejsza dotyczyła właśnie… wawelskiego pogrzebu Józefa Piłsudskiego. Otóż początkowo hierarchia kościelna sprzeciwiała się planom pochowania Marszałka na Wawelu podnosząc, że nie był on zbyt przykładnym katolikiem. Na dodatek w 1927 r. podczas złożenia wśród grobów królewskich sprowadzonych z Francji prochów Juliusza Słowackiego, sam Piłsudski miał razem z kard. Sapiehą ustalić, że po wieszczu nikt już w podziemiach katedry wawelskiej pochowany nie będzie. W końcu jednak po burzliwych ponoć negocjacjach z Wieniawą, metropolita krakowski dał się przekonać, by spoczął tam też Piłsudski.

Do podobnych przepychanek doszło również całkiem niedawno, bo w 2004 r. Poszło o żałobę po śmierci Czesława Miłosza. Kiedy pojawił się pomysł pochowania laureata Nagrody Nobla w Panteonie Narodowym na krakowskiej Skałce (m.in. obok Jana Długosza i Jacka Malczewskiego), zaprotestowało Radio Maryja, posłowie z koła Dom Ojczysty, działacze Młodzieży Wszechpolskiej). Zarzucali oni poecie antypolskość. Niejasne stanowisko zajmowali też Paulini, gospodarze klasztoru na Skałce. By pogrzeb mógł się odbyć, trzeba było interwencji metropolity krakowskiego, upublicznienia osobistego listu Jana Pawła II oraz oświadczenia, że Miłosz został przed śmiercią „zaopatrzony sakramentami”. I tak zresztą wielotysięczny kondukt był pikietowany przez przeciwników pochówku poety w Krypcie Zasłużonych.

Awantury towarzyszyły zresztą i innym uroczystościom żałobnym na Skałce. Przykładowo „czwartemu wieszczowi”, czyli Stanisławowi Wyspiańskiemu, duchowieństwo zarzuciło nieuporządkowane życie osobiste oraz kontrowersyjne z punktu widzenia Kościoła wątki w twórczości (zwłaszcza w „Klątwie”). Jednak i w tym przypadku znalazł się spowiednik, który potwierdził, że malarz „pogodził się z Kościołem”. Pogrzeb Wyspiańskiego w 1907 r. stał się wielką manifestacją narodową.

Za innego wymiaru zaniedbanie można uznać fakt, że wprawdzie podczas okupacji prezydent RP na uchodźstwie ogłosił żałobę narodową po upadku powstania warszawskiego w 1944 r., lecz nikomu nie przyszedł do głowy podobny gest rok wcześniej, gdy naziści pacyfikowali zryw w getcie warszawskim, likwidując ostatnich wegetujących tam obywateli polskich pochodzenia żydowskiego.

Znamienne jest i to, że żałoby narodowe ogłaszane są ostatnio coraz częściej. O ile w dwudziestoleciu międzywojennym obwieszczano je czterokrotnie. W analogicznym okresie III RP – już 12 razy (m.in. czcząc m.in. ofiary katastrof żywiołowych i wypadków, ale też zamachów terrorystycznych w świecie).
Bywali wreszcie wielcy Polacy, którym szumne żałobne honory oddawano jakby wbrew ich woli. Ot choćby zmarły w 1929 r. Jacek Malczewski, który też został pochowany w Panteonie Narodowym na Skałce, choć za życia nie krył, że marzy o skromnym – bez trąb i zadęcia – pogrzebie na swoim ulubionym cmentarzu na krakowskim Salwatorze.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną