Historia

Noga Santa Anny

Noga Santa Anny

Zmumifikowane ciało Evity Peron Zmumifikowane ciało Evity Peron BEW
Od najwcześniejszych czasów otaczano czcią także relikwie świeckich władców. Ten kult dla ciała idola jest żywy do dziś. I do dziś bywa wykorzystywany politycznie.

W listopadzie 1838 r. francuskie wojska zajęły Veracruz, domagając się od Meksyku rekompensaty za zniszczone w zamieszkach mienie swoich obywateli, w tym za zakład pewnego cukiernika. Z tego powodu cała awantura zwana jest czasem wojną o ciastka. Meksykanie ruszyli na odsiecz, dowodzeni przez generała Antonio Lopeza de Santa Annę, byłego (i przyszłego) prezydenta, wielkiego przegranego z wojny o Teksas, samozwańczego Napoleona Ameryki. W grudniu, w czasie oblężenia miasta, wystrzał armatni poważnie ranił Santa Annę; obrażenia wymagały amputacji niemal całej lewej nogi, która została pochowana w ogrodzie jego hacjendy Manga del Clavo. Bohaterski generał zajął jednak miasto Meksyk na początku 1839 r. i po raz kolejny objął urząd prezydenta.

27 września 1842 r. nakazał ekshumować swoją kończynę i pochować ponownie, tym razem w mauzoleum na stołecznym cmentarzu Santa Paula. Pogrzeb odbył się z pełnymi honorami, towarzyszyła mu parada wojskowa, nogę prezydenta żegnały tłumy. Gdy w 1844 r. Santa Anna znów został obalony, motłoch wywlókł z grobowca nogę bohatera spod Veracruz i ślad po niej zaginął. Generał używał później drewnianych protez: jednej rzeźbionej, drugiej prostej, ale w 1847 r. w czasie wojny ze Stanami Zjednoczonymi obie zostały mu skradzione przez amerykańskich żołnierzy w bitwie pod Cerro Gordo. Jednej używano później jako kija do baseballa, zaś obuta proteza do dziś znajduje się w USA (na wystawie w koszarach Gwardii Narodowej w Springfield, Illinois), a rząd meksykański regularnie domaga się jej zwrotu.

W dziejach kończyny dyktatora, niczym w średniowiecznym exemplum, widać rozmaite aspekty stosunku do martwego ciała (jego fragmentu) władcy. Z jednej strony mamy okazywanie mu należnego szacunku, tworzenie świeckich relikwii; z drugiej – wywieranie na nim zemsty, niszczenie go. Wreszcie użycie ciała jako trofeum – jego kradzież w celu odniesienia symbolicznego zwycięstwa oraz rozliczne próby odzyskiwania zwłok władców i bohaterów.

Myślenie magiczne o ciele zmarłego przywódcy znamy już z kultur ludzi pierwotnych, gdzie wodzów albo chowano z szacunkiem, albo z równym szacunkiem zjadano, przejmując w ten sposób siłę, manę, którą w sobie zgromadził (im potężniejszy, tym w nią bogatszy). Początków współczesnego stosunku do zwłok ponadprzeciętnych jednostek należy jednak szukać w chrześcijańskim średniowieczu (choć kult tychże obecny jest oczywiście także w innych religiach – dość wspomnieć włos z brody Mahometa czy ząb Buddy, przechowywane z wielkim szacunkiem, do których ciągną tłumy pielgrzymów). Choć Kościół oficjalnie zatwierdził kult relikwii dopiero na II Soborze Nicejskim w 787 r., szczątki świętych od początku chrześcijaństwa były postrzegane jako ważny instrument pośredniczący między Bogiem a wiernymi.

Najstarszą formą kanonizacji było właśnie przeniesienie ciała świętego i złożenie go pod ołtarzem. Wierzono, że święci byli obecni zarówno w niebie, jak i w swoich grobowcach, toteż w miejscach spoczynku świętych najczęściej dochodziło do cudów – samo dotknięcie relikwii mogło leczyć, były bowiem naczyniami przechowującymi manę, numen. Choć w stopniu bardzo zróżnicowanym: święci bywali ważniejsi i mniej ważni, wiele zależało też od wielkości relikwii czy części ciała (np. głowa ważniejsza od nogi); były wreszcie relikwie dalszego stopnia – przedmioty należące do świętego albo tylko potarte o relikwie pierwszego stopnia – które miały, co zrozumiałe, najmniej many.

Zwłoki do podziału

Od najwcześniejszych czasów relikwie świętych wykorzystywane były politycznie. Począwszy od cesarzy wschodniorzymskich, zbierających nad Bosforem doczesne szczątki kolejnych świętych, chrześcijańscy władcy Europy gromadzili relikwie na potęgę – czy to grabiąc je (jak Barbarossa, który wywiózł ciała Trzech Króli z Mediolanu do Kolonii), czy też kupując od innych, uboższych monarchów (w ten sposób do Paryża trafiła korona cierniowa sprzedana przez stojącego na skraju bankructwa łacińskiego cesarza Konstantynopola). Rekordzista, król Hiszpanii Filip II, zgromadził ponad 7,5 tys. rozmaitych relikwii.

Oprócz tego, że podnosiły prestiż posiadacza, szczątki świętych były też użytecznym narzędziem w dyplomacji. Bizancjum chętnie rozdawało dalmackim miastom resztki wschodnich świętych, chcąc mocniej związać je ze sobą kulturowo i politycznie. W ten sposób Wenecja, nominalnie bizantyjska, otrzymała z Konstantynopola relikwie św. Zachariasza. Warto dodać, że w kwestii pozyskiwania ciał świętych Wenecjanie byli prawdziwymi specjalistami. Ledwie kilkanaście lat później dokonali spektakularnej kradzieży zwłok św. Marka Ewangelisty z arabskiej Aleksandrii, zyskując potężnego patrona miasta oraz poważny argument na rzecz przeniesienia siedziby patriarchatu z upadającej Akwilei do swojego miasta.

Szybko jednak także ciała świeckich władców nabrały podobnego charakteru. Z momentem namaszczenia i koronacji stawał się on pomazańcem Bożym podobnym kapłanowi, niemal świętym; zdaniem włoskiego historyka Sergio Bertellego „obrońcą swego ludu przed niebiosami i sacrificial zakładnikiem niebios przed ludem”. Jak pisał wybitny mediewista Ernst Kantorowicz, w średniowiecznej doktrynie prawno-religijnej przyjmowano, że monarcha miał dwa ciała – jedno niedoskonałe i śmiertelne oraz drugie mistyczne, nieśmiertelne i bez skazy, pełne godności. Śmierć zabijała tylko ciało cielesne, podczas gdy królewski majestat nie umierał nigdy – to właśnie znaczyły okrzyki: „umarł król, niech żyje król”. Ponieważ jednak oba ciała były ze sobą związane, nic dziwnego, że cześć oddawana monarsze dotyczyła także jego kruchej, śmiertelnej powłoki. Powszechnie wierzono, że monarchowie Anglii, Francji i Neapolu byli władni leczyć skrofuły dotykiem, umiejętność tę mieli odziedziczyć po św. Edwardzie Wyznawcy, który z kolei miał otrzymać ten dar osobiście od św. Remigiusza. Mówili wówczas: król cię dotyka, Bóg cię uzdrawia.

Z taką samą siłą, z jaką oddawano hołd monarchom za życia, czczono ich ciała i groby po śmierci. Aby zwiększyć liczbę miejsc kultu, bardzo często dokonywano podziału królewskich zwłok, stosownie do rangi organów. (Ta makabryczna praktyka była tak powszechna, że w pewnym momencie wystąpiło przeciw niej papiestwo). Niekiedy sam monarcha nakazywał konkretny podział swojego ciała, jak Ryszard Lwie Serce, który zechciał, by jego mózg, krew i wnętrzności spoczęły w opactwie Charroux, serce w Rouen, a reszta ciała u boku ojca w opactwie Fontevrault. W Polsce mamy przykład zwłok Władysława IV (którego ciało spoczywa na Wawelu, a trzewia w wileńskiej katedrze) czy Augusta II (z oczywistych względów politycznych podzielonego między Polskę a Saksonię), ale także marszałka Piłsudskiego, podzielonego między Wilno i Kraków. Warto też przypomnieć sobie przedchrześcijańską legendę o zniknięciu Romulusa, przytaczaną przez Plutarcha i Tytusa Liwiusza. Według niej Romulus miał zostać zabity przez senatorów, którzy podzielili między siebie jego ciało i każdy wziął część.

Gdy ścinano monarchów – Karola I i Ludwika XVI – świadkowie egzekucji moczyli chusteczki w królewskiej krwi. Rojaliści tworzyli w ten sposób relikwie króla męczennika, a rewolucjoniści pamiątki tyranobójstwa. Francuzi dokonywali także przy tym swoistego republikańskiego chrztu – niektórzy nawet dosłownie, kąpiąc się w królewskiej krwi. Władze jakobińskie szybko zresztą dostrzegły problem, bezwzględnie ścigając posiadaczy królewskich relikwii. Rewolucja francuska jest właśnie znakomitym przykładem na to, że nowoczesność, którą przyniosło oświecenie, wcale nie przyniosła zasadniczych zmian w tej kwestii: w miejsce ciała monarchy kultem zostało natychmiast obdarzone ciało męczennika rewolucji, Marata, które podzielono: zabalsamowane serce złożono w urnie w Klubie Kordelierów, a ciało w Panteonie.

Zwłoki na widoku

Magiczno-religijne myślenie o zwłokach przywódcy bez trudu przetrwało koniec monarchii i z powodzeniem przeszło do świeckiej, zdawałoby się, epoki republikanizmu. Laickie albo wręcz antyreligijne reżimy same przejmują religijną symbolikę, sztafaż etc. Mustafa Kemal Atatürk, założyciel świeckiego państwa tureckiego, otaczany jest czcią równą religijnej, a jego mauzoleum w Ankarze przypomina skrzyżowanie antycznej świątyni z socrealistyczną budowlą. Fakt, że największym kultem zwłoki przywódców cieszyły się w reżimach komunistycznych, jest paradoksem tylko pozornym. Reżimy totalitarne, kierujące się jedyną słuszną, niewzruszalną, dotyczącą wszystkich sfer życia ideologią, miały bowiem wiele wspólnego z teokracjami – mimo (a może nawet dlatego) że wyeliminowanie religii z życia publicznego było jednym z ich najważniejszych celów. Gdy Stalin nakazał zmumifikować ciało Lenina (wbrew wyraźnej woli tego ostatniego, który chciał być skremowany) i wystawić je w mauzoleum na placu Czerwonym, balsamowanie doczesnych szczątków przywódcy stało się normą – zostali tak potraktowani Ho Szi Min (też wbrew swojemu życzeniu), Mao, Kim Ir Sen, a także przywódcy z Europy: Klement Gottwald z Czechosłowacji i Georgi Dymitrow z Bułgarii. Znamienne, że do balsamowania zwłok wodza rewolucji wykorzystano badania nad naturalnie zmumifikowanym ciałem św. Andrzeja Boboli.

Także religią można by tłumaczyć obsesję na tle przechowania w nienaruszonym stanie ciała wodza. Według doktryny Kościoła prawosławnego, każdy powinien być pochowany – wystawienie zwłok Lenina na widok publiczny byłoby zatem wyzwaniem rzuconym religii. Wyzwaniem podwójnym, gdyż brak rozkładu ciała jest we wschodnim chrześcijaństwie oznaką świętości. „Wiecznie żywy Lenin” (czy raczej „wiecznie jak żywy”) byłby z jednej strony kpiną, a z drugiej próbą wykorzystania głębokiej religijności rosyjskiego ludu, która w nieulegającym rozkładowi Leninie miała zobaczyć nowego świętego. Silnie religijna w swoim duchu była też wiara (nawet jeśli tylko pozorowana) w „życie wieczne” przywódcy, który nie tylko sprawuje pieczę nad swoim ludem z zaświatów (w Korei Północnej martwy od prawie 20 lat Kim Ir Sen nadal pełni funkcję prezydenta kraju), ale być może – niczym mesjasz, Ogier Duńczyk, król Artur, Karol Wielki, Fryderyk Barbarossa czy ostatni cesarz Bizancjum Konstantyn XI – powróci kiedyś, gdy będzie potrzebny. Tutaj być może należy też szukać przyczyn konieczności przechowywania zwłok władcy w stanie nienaruszonym.

Zwłoki zbezczeszczone

Rytuał zmiany politycznej często wykorzystywał ciało władcy – obalonych niszczono niekiedy z równą zapalczywością, z jaką czczono ich za życia. Cesarz Bizancjum Andronik I Komnen, przez trzy dni męczony w najokrutniejszy sposób, został ostatecznie rozszarpany przez tłum na kawałki. Podobnie skończył niepopularny marszałek Concino Concini, de facto rządzący Francją za małoletności Ludwika XIII. W XX w. równie okrutnie potraktowano obalonych prezydentów Liberii: Williama Tolberta i Sama Doe, którzy zostali poćwiartowani – ten ostatni nawet publicznie. W 1945 r. zwłoki rozstrzelanego Mussoliniego zostały sponiewierane do stopnia niemal uniemożliwiającego identyfikację. Warto przy tym zwrócić uwagę na to, jak często pojawia się w tym kontekście rozczłonkowywanie zwłok zdetronizowanego przywódcy – mogące być interpretowane w kategoriach próby rozproszenia jego many.

Równie powszechne było bezczeszczenie miejsc wiecznego spoczynku, mszczenie się na ciele zmarłego. Dekretem z 1793 r. zdominowany przez jakobinów Konwent nakazał zniszczenie grobowców królewskich w Saint Denis – ciała monarchów wrzucono do dwóch dołów obok bazyliki i zalano wapnem. To jednak nic w porównaniu z losem zwłok Olivera Cromwella. Po restauracji monarchii w 1661 r., w rocznicę egzekucji Karola I, ciała lorda protektora oraz innych królobójców wywleczono z grobu, powieszono i poćwiartowano. Nadziana na pikę głowa królobójcy wystawiona była na widok publiczny przez ponad 20 lat, aż znalazła się w prywatnych kolekcjach. Pochowano ją dopiero w 1960 r.! Co ciekawe, nawet sam Kościół ulegał podobnemu myśleniu. Bodaj najsławniejszym – choć wcale niejedynym – przypadkiem wywierania zemsty na zwłokach był sławny tzw. trupi synod z 897 r., gdy papież Stefan VI wyciągnął z grobu zwłoki swojego poprzednika Formozusa i osądził, usadowiwszy je na papieskim tronie. Trup Formozusa został uznany winnym, obcięto mu trzy palce służące do błogosławieństwa i wrzucono do Tybru, gdzie od czasów starożytnych lądowały zwłoki przestępców albo obalonych cesarzy. Następny papież, dbając zapewne mniej o samego Formozusa, a bardziej o prestiż urzędu, nakazał wyłowić resztki i pochować w bazylice św. Piotra.

Nic zatem dziwnego, że lęk przed zbezczeszczeniem ciała wodza jest tak silny – w 1941 r. Sowieci wywieźli z Moskwy mumię Lenina; Niemcy ukryli przed nadciągającą Armią Czerwoną ciało Fryderyka Wielkiego, a także zwłoki Hindenburga, z tego samego powodu wysadziwszy również jego monumentalny zamek-grobowiec.

Dziś mszczenie się na ciele obalonego czy wrogiego lidera przeniosło się jednak przede wszystkim do sfery symbolicznej – niszczenia portretów, zmian nazw ulic czy, w najskrajniejszych przypadkach, obalania posągów. Zwłaszcza to ostatnie, choć jest przecież tylko substytutem, spośród wszystkich podobnych symbolicznych działań najbliższe jest publicznej egzekucji czy też profanacji zwłok. Pomnik bowiem nie tylko reprezentuje władcę, ale też jak władca wygląda, jest więc niejako jego zastępczym, spiżowym ciałem. Ale i dziś niektórzy władcy (jak np. zmarły w 2006 r. generał Augusto Pinochet), obawiając się, że ich zwłoki mogłyby zostać kiedyś zbezczeszczone, decydują się na jedyne pewne rozwiązanie – kremację.

Zwłoki jako narzędzie

Być może na decyzję byłego chilijskiego dyktatora miała wpływ pamięć o wydarzeniach w sąsiedniej Argentynie, kraju, który na punkcie ciał swoich przywódców wydaje się mieć prawdziwą obsesję.

W każdym miejscu i w każdej epoce zdarzały się kradzieże zwłok – jednej z pierwszych udokumentowanych prób we współczesnej historii dokonali dwaj fałszerze z Chicago, którzy w 1876 r. usiłowali wykraść z mauzoleum ciało prezydenta Lincolna. W ostatniej chwili udaremnili to agenci Secret Service. Ostatni taki przypadek miał miejsce zaledwie kilka miesięcy temu, gdy skradziono z rodzinnego grobowca ciało prezydenta Cypru Tassosa Papadopoulosa, w dodatku w przeddzień pierwszej rocznicy jego śmierci. Przypadek zwłok Evity Perón jest jednak szczególny – zazwyczaj motywem kradzieży zwłok jest chęć wymuszenia okupu – tymczasem jej ciało było kilkakrotnie wykorzystywane jako instrument gry politycznej.

Gdy w 1952 r. Evita Perón zmarła na raka, od razu powstały plany wybudowania wielkiego mauzoleum, zakończonego pomnikiem wyższym niż Statua Wolności, gdzie w kryształowej trumnie, przykryte srebrną podobizną Evity, miało spoczywać ciało Duchowej Przywódczyni Narodu. Zadanie zabalsamowania zwłok powierzono wybitnemu specjaliście dr. Pedro Arze, który postawił sobie za cel prześcignięcie balsamistów Lenina. Kongres uchwalił specjalną ustawę w sprawie pomnika (jeszcze za życia Evity), a peronistowski związek zawodowy pracowników przemysłu mięsnego wystosował do Piusa XII wniosek o kanonizowanie Obrończyni Ubogich.

Zaledwie trzy lata później Juan Domingo Perón został jednak obalony przez wojskowych, na czele z generałem Pedro Aramburu, uwięziony, a wreszcie wygnany do Hiszpanii. Ciało Evity, wystawione dotychczas na widok publiczny w siedzibie głównej związku zawodowego, zabrała armia. Argentyńscy wojskowi doskonale rozumieli, jaką siłą dysponują zwłoki-relikwie kogoś ukochanego przez lud. O ile bowiem kult komunistycznych mumii był narzucony odgórnie, o tyle ciało Evity było relikwią prawdziwą – dla wielu ubogich Argentyńczyków była ona bowiem santa subito; zanoszono do niej modły, wznoszono jej kapliczki. Siły zbrojne, bojąc się (słusznie), że miejsce jej spoczynku stanie się miejscem kultu, w tajemnicy przenosiły zwłoki z miejsca na miejsce: najpierw trzymając je w ukryciu (w szafie, na strychu), wreszcie pochowawszy pod fałszywym nazwiskiem we Włoszech. W 1971 r., w charakterze gestu dobrej woli, wydały je Peronowi, przebywającemu na wygnaniu w Madrycie. Nigdy jednak nie odważyły się zniszczyć mumii Evity, wiedząc, że takie świętokradztwo z pewnością doprowadziłoby do otwartego buntu społeczeństwa.

Losy zmumifikowanego ciała Evity obrosły ogromną liczbą legend, tak że oddzielenie prawdy od mitów jest dziś niemożliwe. Niektórzy twierdzą, że powstało kilka woskowych kopii ciała. Jedna z historii mówi, że José López Rega, sekretarz Perona i szara eminencja w czasie jego drugiej prezydentury, samozwańczy wróżbita i mag, nakazywał Izabeli Perón, trzeciej żonie generała, codziennie czesać zmumifikowaną Evitę oraz kłaść się na trumnie, by przejęła moc i charyzmę zmarłej. Jeśli to prawda, musiała chyba leżeć zbyt krótko, gdyż na stanowisku prezydenta Argentyny, które objęła po śmierci męża w 1974 r., utrzymała się niecałe dwa lata, obalona przez wojskową juntę. Wcześniej jednak to ona właśnie zdążyła sprowadzić ciało Evity z Hiszpanii. Wymusili to Montoneros, peronistowska guerrilla miejska, porywając trumnę z ciałem generała Aramburu i domagając się powrotu świętej Evity. Jej ciało było przez dwa lata wystawione na widok publiczny w pałacu prezydenckim, aż po zamachu stanu w 1976 r. junta wreszcie złożyła Evitę w grobowcu na cmentarzu Recoleta – nawiasem mówiąc, niedaleko grobowca generała Aramburu.

Nie był to jednak koniec argentyńskiej wojny o zwłoki, prowadzonej przy użyciu innych trupów. W 1987 r. nieznani sprawcy włamali się do mauzoleum Perona i obcięli mu ręce. Choć zażądali okupu, okaleczenie ciała miało znacznie głębsze, symboliczne znaczenie – pozbawiono rąk populistycznego przywódcę, który tymi właśnie rękoma karmił swój lud; zabrano mu również szpadę, oczywisty symbol męskości. Był to jasny atak na wizerunek Perona, chodziło o strącenie z piedestału upokorzonego lidera. Reakcja była jednak odwrotna – protesty przeciwko profanacji zwłok byłego prezydenta zgromadziły ponad 50 tys. ludzi.

Aby zatrzeć złe wrażenie i choćby na chwilę odwrócić uwagę od problemów gospodarczych, zaledwie dwa lata później peronistowski prezydent Carlos Menem sprowadził do Argentyny ciało generała Juana Manuela de Rosasa, niesławnego brutalnego dyktatora, zmarłego na wygnaniu w Anglii w 1877 r., argentyńskiego odpowiednika meksykańskiego Santa Anny. Formalnie pełen pompy pogrzeb miał być gestem jedności narodu – wszyscy Argentyńczycy są razem, bez względu na przeszłość – ale szybko zyskał dodatkową interpretację. Zabranie ciała argentyńskiego męża stanu z „wrogiej ziemi” angielskiej, z którą jeszcze 7 lat wcześniej toczono wojnę o kilka wysp, nabrało charakteru nacjonalistycznego, niemalże policzka wymierzonego Anglikom. Menem, szermujący retoryką zapomnienia o bolesnej przeszłości (choć przecież czymże innym, jeśli nie rozgrzebywaniem przeszłości – dosłownie – jest każdy powtórny pogrzeb?), wykorzystał sztucznie stworzoną atmosferę do ułaskawienia zbrodniarzy wojskowej junty.

Zwłoki symboliczne

Przywracanie ciałom ich „należnego miejsca” nie obywa się bez konfliktów. Choć wykradanie sobie relikwii zostało dziś zarzucone, walka o prawo do zwłok trwa: od ponad stu lat dominikańskie Santo Domingo i Sewilla spierają się to, gdzie spoczywają resztki Kolumba; do ciała Che Guevary rościły sobie prawo aż trzy kraje, dopóki ostatecznie resztki nie zostały przekazane Kubie. Powtórne pogrzeby, scalanie ciała władcy z ciałem państwa, przywódcy z poddanymi, należą tak naprawdę do tej samej kategorii działań na zwłokach co usuwanie ciał „przegranych” z miejsc, do których nie mają już oni prawa. Ciało Stalina usunięto z mauzoleum Lenina i pochowano pod murem Kremla już w 1961 r. Pewna towarzyszka miała oznajmić na zjeździe KPZR, że objawił jej się we śnie Lenin, który oznajmił, że „nie jest mu przyjemnie leżeć obok Stalina, który sprowadził na partię tyle nieszczęścia”. Po upadku ZSRR powstał również problem, co zrobić z mumią samego Włodzimierza Iljicza. Planowano usunąć go z mauzoleum i pochować, ale pod wpływem zamachów bombowych na pomniki Mikołaja II i Piotra Wielkiego, zorganizowanych przez przeciwników tego pomysłu, zarzucono tę koncepcję. Podobnie jak kaźń skazańca nie jest prymitywnym widowiskiem, ale rytuałem niosącym szereg politycznych przekazów, tak i wykorzystywania zwłok władców w podobnych celach nie sposób nazwać barbarzyństwem (nawet jeśli w pierwszym odruchu tak właśnie chciałoby się postąpić). Jest ono raczej nieodłącznym elementem kultury, obecnym od bardzo dawna, choć oczywiście ulegającym istotnym przemianom.

Wraz z desakralizacją władzy jako takiej również ciało przywódcy straciło wiele ze swojego quasi-świętego charakteru. Dziś najważniejsze jest nie ciało władcy, ale aktora czy piosenkarki, celebryty, idola. Nieformalny status relikwii zyskują dopiero zwłoki takiego przywódcy (duchowego czy politycznego), który bliższy jest gwieździe popkultury – przedmiotem sporu są obecnie ciała takich osób jak lady Diana (konflikt o miejsce pochówku) czy Jan Paweł II (pojawiające się pomysły przeniesienia serca na Wawel).

Choć władzę polityczną coraz częściej zastępuje władza nad sercami (kluczem do pełni władzy jest, rzecz jasna, umiejętność połączenia tych dwóch), mechanizm jest jednak ten sam: wiara w to, że mające specjalne właściwości ciało nawet po śmierci nie traci nic ze swojej niezwykłości, umocowana jest w tradycji sięgającej prehistorii. Siła zwłok jest nadal potężna, choć polega na zgromadzeniu innego rodzaju many: ogromnego ładunku emocjonalnego i symbolicznego znaczenia, które sprawiają, że w celach politycznych można wykorzystywać ciało tak skutecznie.

 

Autor jest historykiem i amerykanistą, doktorantem w Collegium Civitas/Instytucie Studiów Politycznych PAN, zajmuje się m.in. związkami kultury popularnej i polityki.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

Groźny spam z Afryki Zachodniej

Uwaga, powracają internetowi oszuści z Afryki Zachodniej. Próbują starych szwindli w nowej technologicznej odsłonie.

Jędrzej Winiecki
14.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną