Wojna o wojnę
70 lat temu minister spraw zagranicznych lord Halifax publicznie odrzucił w imieniu rządu Churchilla pokojową ofertę Hitlera. Tylko parę osób wiedziało, że zaledwie kilka tygodni wcześniej tenże Halifax usiłował przeforsować podjęcie z Niemcami rokowań. Jak wówczas potoczyłyby się losy wojny?

Führer zrazu szczerze dążył do zawarcia pokoju z Brytyjczykami – oczywiście po odsunięciu od władzy Churchilla, „podżegacza wojennego” ulegającego „żydowskim wpływom”. Wcześniej przez długie lata Hitler łudził się, że uda mu się nawet zawrzeć z Wielką Brytanią sojusz (szeroko rozpisywał się o tym m.in. na kartach „Mein Kampf”), który umożliwiłby mu zaatakowanie Związku Radzieckiego. Możliwość wojny także na zachodzie brał jednak pod uwagę od dawna. Już w początkach 1934 r. mówił swym generałom, że gdyby Londyn odrzucił oferty Berlina, nieodzowne okażą się „szybkie, rozstrzygające uderzenia na kierunku zachodnim”, a dopiero później możliwa będzie wymarzona rozprawa z ZSRR. W miesiącach poprzedzających wybuch wojny oczekiwał już tylko, że Londyn pozostanie neutralny i pozostawi mu wolną rękę na Wschodzie.

Odmowa Polski podporządkowania się Berlinowi (Warszawa odrzuciła niemieckie propozycje sojusznicze) wniosła dodatkową korektę do planów niemieckiego dyktatora. Przygotowywaną od lat wojnę Hitler musiał rozpocząć od Rzeczpospolitej, by dopiero po jej szybkim pokonaniu zwrócić się przeciwko Francji i Wielkiej Brytanii. Zwycięstwo na zachodzie miało mu zabezpieczyć tyły przed najważniejszą kampanią, jaką była wyprawa przeciwko Związkowi Radzieckiemu – a rozbicie ZSRR było od 20 lat kluczowym elementem programu führera. W przyszłości bowiem to właśnie na gruzach europejskiej części państwa bolszewików rozciągać się miało wielkie imperium niemieckie. Zapoczątkowana w sierpniu 1939 r. paktem Ribbentrop-Mołotow taktyczna współpraca ze Stalinem miała być jedynie epizodem.

Hitler był przekonany, że po rozbiciu Polski uda mu się pokonać Francję i wyeliminować ją jako samodzielny czynnik w polityce międzynarodowej, a Brytyjczyków – izolować na Wyspach. Liczył na to, że przepędzeni z kontynentu Anglicy okażą się rozsądni – tj. pogodzą się z tym, że Europa pozostanie pod kontrolą Niemiec i Włoch. Spodziewał się też, iż nad Tamizą do władzy dojdą wreszcie zwolennicy ugody z Berlinem, a podżegacze wojenni (Churchill, Eden i inni) zostaną usunięci. Taki obrót rzeczy wydawał mu się możliwy po pokonaniu Francji. Generał Franz Halder, szef Sztabu Generalnego, nie bez powodu zapisał w swym dzienniku wojennym pod datą 21 maja 1940 r., gdy trwała już niemiecka ofensywa na zachodzie: „Szukamy kontaktu z Anglią na bazie podziału świata”.

Gabinet wojenny

Ofensywę na zachodzie Hitler chciał rozpocząć już w listopadzie 1939 r. Odwiedli go od tego generałowie. Termin był przekładany, jak skrupulatnie obliczyli niemieccy historycy, aż 29 razy. W końcu ofensywa ruszyła 10 maja 1940 r. Już niedługo miało się okazać, że żałosna bierność aliantów podczas tzw. dziwnej wojny oraz kompromitujący dla nich przebieg kampanii norweskiej (operacja Weserübung zaczęła się 9 kwietnia 1940 r.) były niczym wobec rozwoju wydarzeń w najbliższych tygodniach.

Jeszcze tego samego dnia w Londynie na czele rządu stanął Winston Churchill. Wbrew temu, co się powszechnie sądzi, pozycja nowego premiera była początkowo bardzo słaba. Przez długie lata Churchill uchodził za polityka nieobliczalnego i niezbyt poważnego. Słynął z popędliwości, a jego wizerunek znakomitego mówcy obciążały skrajne, niekiedy wręcz żenujące, wypowiedzi. Np. w początkach lat 30., podczas debaty na temat samorządu w Indiach, mówił, że Hindusi „to śmierdząca rasa, którą tylko brud chroni przed zagładą, na jaką zasłużyli”.

Na plan pierwszy powrócił Churchill dopiero wiosną 1939 r., gdy fiasko gwałtownie przez niego krytykowanej polityki appeasementu (ang. załagodzenie, uspokojenie – określenie polityki ustępstw, prowadzonej przez rządy Anglii i Francji wobec Niemiec hitlerowskich – przyp. red.) stało się oczywiste. We wrześniu 1939 r., na prośbę premiera Neville’a Chamberlaina, wszedł do rządu jako pierwszy lord admiralicji. Na stanowisku tym dowiódł wprawdzie swego dynamizmu, ale też zaskakiwał ekscentrycznymi projektami (np. plan wysłania Royal Navy na Morze Bałtyckie). On też był w kwietniu 1940 r. głównym architektem nieudanej operacji alianckiej w Norwegii. Dwa dni po niemieckim ataku na Danię i Norwegię przekonywał swych kolegów z Izby Gmin, że oto „Herr Hitler popełnił poważny błąd strategiczny”, a „wydarzenia w Skandynawii są dla nas bardzo korzystne”. To nie jego jednak, lecz Chamberlaina obciążono odpowiedzialnością za ponoszone tam klęski.

Niepowodzenia w Norwegii wywołały nad Tamizą silny kryzys rządowy (7–10 maja). Trzeba jednak pamiętać, że większe szanse na zajęcie miejsca premiera miał wówczas – co jest szczególnie ważne w świetle wydarzeń, o których będzie mowa poniżej – lord Halifax, minister spraw zagranicznych. Wysuwany był przez samego Chamberlaina, wspierany przez większość konserwatywnych działaczy, akceptowany przez opozycyjną Partię Pracy i popierany przez monarchę. Misję sformowania rządu jedności narodowej powierzono Churchillowi dopiero, gdy Halifax odmówił. Chamberlain i Halifax pozostali jednak w rządzie, wchodząc w skład pięcioosobowego gabinetu wojennego, wraz z Churchillem i dwoma przywódcami Partii Pracy (później grono to, stanowiące swego rodzaju ścisłe kierownictwo rządowe ds. wojny, powiększono o przedstawiciela liberałów).

Legendarne przemówienie Churchilla z 13 maja krzepiło naród, lecz wielu posłów konserwatywnych zawartą w tej mowie słynną frazę „krew, znój, łzy i pot” przyjęło z nieskrywanym zażenowaniem. Panował wśród nich pogląd, że niepoważny Winston stoi na czele rządu przejściowego. Nawet amerykański prezydent Franklin D. Roosevelt niezbyt ufał, że Churchill sprawdzi się jako szef brytyjskiego rządu.

Kosztowna wielkoduszność Hitlera

Tymczasem sytuacja na froncie pogarszała się z dnia na dzień. Po trzech dniach walk Niemcy przełamali front pod Sedanem, Holandia skapitulowała, a siły niemieckie wkroczyły do Brukseli. Dziesiątego dnia ofensywy Niemcy osiągnęli kanał La Manche – dokąd nie byli w stanie dotrzeć przez cztery lata I wojny światowej. Ćwierć miliona żołnierzy (całość liczyła 400 tys.) Brytyjskich Sił Ekspedycyjnych znalazło się w potrzasku. We Francji coraz głośniej mówiono o konieczności wystąpienia o zawieszenie broni.

Hitler, sam zadziwiony pasmem niemieckich sukcesów, obawiał się jednak francusko-brytyjskiego kontruderzenia. (Nie wiedział, że alianci nie byli już do tego zdolni). Dlatego nieoczekiwanie 24 maja zatwierdził wcześniejszy rozkaz dowódcy Grupy Armii A gen. Gerda von Rundstedta, wstrzymujący posuwanie się oddziałów pancernych gen. Guderiana. W niektórych publikacjach wciąż pokutuje mit (stworzony później przez samego Hitlera, który szukał usprawiedliwienia dla błędu, jaki popełnił), jakoby decyzją tą kanclerz chciał okazać Brytyjczykom wielkoduszność. Wszystko tymczasem wskazuje na to, że motywy wydania tego rozkazu miały charakter czysto wojskowy. Siły niemieckie były zbyt daleko wysunięte, w związku z czym führer i dowódca Grupy Armii A obawiali się alianckiej kontrofensywy (obawy te podzielali niektórzy inni niemieccy dowódcy, zwłaszcza generałowie von Kleist i von Kluge). Ponadto Hitler myślał już o drugiej fazie kampanii – o bitwie o Francję; chciał zatem oszczędzać sprzęt pancerny, a pod Dunkierką dokończyć dzieła miała Luftwaffe. Nie sądził, by osaczeni tam alianci mogli już wyrwać się z potrzasku. Był to fatalny w skutkach błąd. W dwa dni później rozkaz został odwołany, lecz alianci tymczasem zdołali wzmocnić obronę.

Król Belgów przygotowywał się tymczasem do kapitulacji, która nastąpiła 28 maja. Nastroje kapitulacyjne nasilały się (głównie za sprawą marszałka Pétaina i generała Weyganda) we francuskiej Radzie Wojennej. Co więcej, wciąż nie można było liczyć na wiążące deklaracje pomocy z Waszyngtonu. W swych wspomnieniach wojennych Churchill napisał, że „nadrzędne pytanie: czy powinniśmy walczyć osamotnieni?, nigdy nie stanęło na porządku dziennym obrad gabinetu wojennego”. Było to wyraźne rozminięcie się z prawdą. 26 maja bowiem, właśnie na posiedzeniu gabinetu wojennego, lord Halifax poddał pod dyskusję pomysł zwrócenia się do Mussoliniego (Italia wciąż jeszcze nie brała udziału w wojnie) o mediację, która prowadziłaby do wynegocjowania kompromisowego pokoju między Wielką Brytanią a Rzeszą. Szef brytyjskiej dyplomacji oznajmił, że dzień wcześniej spotkał się z ambasadorem Włoch.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną