Wilno nieromantyczne
Rozmowa z prof. Danielem Beauvois o tym, czym Wilno prawdziwe różniło się od tego z mickiewiczowskiej legendy
Daniel Beauvois
Marek Kopeć/Agencja Gazeta

Daniel Beauvois

Dziedziniec Uniwersytetu Wileńskiego z widokiem na kościół św. Jana, 1830 r.
Forum

Dziedziniec Uniwersytetu Wileńskiego z widokiem na kościół św. Jana, 1830 r.

Saskia van de Nieuwenhof/Flickr CC by SA

Jagienka Wilczak: – Co Francuzi w XIX w. wiedzieli o Litwie i Wilnie?

Daniel Beauvois: – To była dla nich kraina zupełnie nieznana, bardzo daleka, trochę bajeczna Europa. Są jakieś wspomnienia podróżników, ale wtedy podróżowało się rzadko i z wielkim trudem. Prawdę mówiąc, Napoleon przejeżdżając przez Wilno też nie wiedział dokładnie, gdzie jest. Jego agenci donosili, że Litwa leży na północnym zachodzie Cesarstwa Rosji i że da się jedynie w przybliżeniu określić długość i szerokość geograficzną. Zresztą Rosjanie też nie mieli wielu wiadomości. Sztab generalny w Petersburgu dopiero zaczynał się zajmować kartografią i naukowym opisaniem nowych nabytków – guberni na zachodzie imperium. Rdzenna Rosja zaczynała się gdzieś koło Smoleńska; ziemie dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego, dawnej Rzeczpospolitej, to były nabytki zupełnie świeże, sprzed 20 lat, Rosjanie nie mieli tam żadnych korzeni. Pierwszy atlas Cesarstwa Rosyjskiego ukazał się dopiero w 1826 r.

Tymczasem Wilno, jak wynika z pana książki „Wilno – polska stolica kulturalna zaboru rosyjskiego 1803–1832” – kwitło.

Z początkiem XIX w. Wilno z ok. 50 tys. mieszkańców stało się trzecim miastem imperium. Mało kto we Francji wiedział, że tam był uniwersytet. Winę ponosiło też otoczenie Napoleona. Cesarzowi powiedziano, że Uniwersytet Wileński jest zgromadzeniem jezuickim. Toteż kiedy się tam zjawił i zebrał wszystkich profesorów, z rektorem Janem Śniadeckim, zapytał ich: A więc jesteście papistami? Na co odpowiedzieli: Non Sire, nous sommes catholiques. Napoleon nie wiedział, że Wilno jest prawdziwym gniazdem oświecenia i wywodzącego się z Austrii józefinizmu.

Co wtedy czytano w Wilnie?

Zaskoczę panią: w 1830 r. prenumerowano w bibliotece w Wilnie jakieś 18 pism niemieckich. Połowa była poświęcona neohumanizmowi, ruchowi zgodnemu z nową wizją świata, romantyzmem. Prenumerowano również 11 pism francuskich, a były to tytuły naukowe, nauk ścisłych i stosowanych, związane choćby ze Szkołą Górniczą. Najlepszym przykładem stanu ówczesnego kształcenia jest Ignacy Domeyko. Jego studia były ściśle naukowo-praktyczne, poświęcone geologii, geodezji. Choć z drugiej strony był on ziemianinem i marzył o życiu politycznym. Kiedy wyjechał z Wilna, potem z Europy, zrobił wielką karierę naukową w Santiago de Chile. I takich jak Domeyko było wielu. To jest właśnie obraz tego ducha wileńskiego: nie należy myśleć, że miasto wydawało tylko rozmarzonych romantyków. Trzeba też koniecznie przypomnieć, że Wilno miało więcej studentów niż Oksford. W Oksfordzie było 400 studentów, a w Wilnie w 1830 r. – 1300.

Potrafi pan to wytłumaczyć? Przecież Wilno jednak było na uboczu.

To zasługa gruntownej i uporczywej pracy – od r. 1773 wileńskiej Szkoły Głównej, a od r. 1803 kolejnych rektorów, profesorów, którzy potrafili zmienić mentalność drobnej szlachty. Bo ówczesną studenterię tworzyły dzieci przede wszystkim drobnej szlachty, które – z niedostatku ziemi – nie miały już perspektyw pozostania na gospodarstwie. I nawet biedni szlachcice, którzy nie mieli środków, posyłali swoje dzieci do szkoły średniej, a najzdolniejsze – na uniwersytet.

Trzeba sobie uświadomić, jakie miała skutki związana z wykształceniem zmiana mentalności. Nie mówię nawet o samym Wilnie, ale o okręgu wileńskim. Na prawobrzeżnej Ukrainie było 18 szkół średnich, podlegających uniwersytetowi. Było tak dzięki temu, że car Aleksander I, pod wpływem księcia Adama Jerzego Czartoryskiego, zgodził się na zachowanie polskiego charakteru szkolnictwa. Uznawano, że to są gubernie polskie, jak mówiono do upadku powstania listopadowego. W szkołach była wyłącznie szlachta polska, nie kształcono dzieci z ludu ani etnicznej ludności tych terenów. To jest może największy mankament i geneza przyszłych konfliktów społecznych.

Historycy mówili potem, że Czartoryski potrafił opóźnić o 30 lat rusyfikację. To prawda, zrobił to dzięki porozumieniu czy wręcz zażyłości z carem Aleksandrem I.

Nie wystarczyły decyzje administracyjne. Potrzebni byli ludzie. Czy Wilno zgromadziło wtedy dość tęgich umysłów?

Na miejscu już było kilkunastu takich ludzi, wykształconych wcześniej, w czasie Szkoły Głównej i KEN, np. pierwszy rektor, astronom Hieronim Stroynowski, oświeceniowy ksiądz, późniejszy biskup Wilna, czy astronom Marcin Poczobutt. Potem, gdy tylko Czartoryski uzyskał akt potwierdzenia uniwersytetu z tytułem imperatorskim, starał się znaleźć specjalistów w całej Europie. Świeckich, przepojonych duchem autonomii nauki. I tak z Niemiec przyjechał Gottfried Ernest Groddeck, profesor filologii klasycznej, a z Włoch prawnik, profesor prawa rzymskiego i kanonicznego Alojzy Capelli. A przede wszystkim Czartoryski pozyskał matematyka i astronoma Jana Śniadeckiego i zrobił go rektorem, po Stroynowskim. Od 1807 do 1815 r. Śniadecki tworzył fundament uniwersytetu. Myślę, że gdyby nie jego zamknięcie, zmieniono by całkowicie ducha tego regionu. Gdy czyta się korespondencję rektora Śniadeckiego, trudno wyjść z podziwu. Zabiegał o elitarność uczelni. Był patriotą, trochę fanatykiem, ksenofobem niecierpiącym tych wszystkich cudzoziemców. Bo dla niego miał to być przede wszystkim polski uniwersytet, z językiem polskim. Więc nie znosił, gdy profesor weterynarii Ludwik Bojanus, którego sprowadził z Alzacji we Francji, mówił wyłącznie po łacinie, w tradycji średniowiecza. Nie lubił też Niemców za ich system kształcenia, wciąż kłócił się z Groddeckiem. Nie brakowało też intryg. Ale to stwarzało atmosferę żywego życia umysłowego. Odbiło się to potem na umysłowości młodych Filaretów i Filomatów.

Pan w swojej pracy bardzo wysoko ocenia te związki wileńskiej młodzieży.

Trzeba czytać sprawozdania z ich zebrań, żeby zrozumieć, czym się zajmowali. Zaskakuje powaga; to są młodzi ludzie, którzy szli na uniwersytet w przekonaniu, że mają do wypełnienia misję umysłową, obywatelską. Józef Jeżowski, Cyprian Daszkiewicz, Tomasz Zan – oni wszyscy dopingują się do czytania książek, które kupują w Niemczech, we Francji. To niesamowite, jak mocno tętniło tam życie akademickie.

Czy było skierowane głównie przeciwko Rosji?

Początkowo absolutnie nie. Filareci, ta śmietanka umysłowa uniwersytetu, początkowo chcieli się jedynie dokształcać. Uważali, że profesorowie to tacy trochę nudziarze, nie uczą tego, czego oni chcieliby się dowiadywać. Koniecznie chcieli być w centrum nowych prądów, odkryć. Rozmyślali nad przyczynami rozbiorów, nad upadkiem Rzeczpospolitej. Rozumieli, że brakowało Polakom refleksji. Bardzo się odcinali od poprzedniego pokolenia. Po Napoleonie, kiedy Uniwersytet Wileński stał się naprawdę ważnym ośrodkiem, te ugrupowania też nabrały znaczenia. Archiwum Filomatów jest niezwykłe, nie znam drugiego takiego, my we Francji nie mamy niczego podobnego.

Z tą wolnością myśli może nie było tak dobrze: pisze pan, że była cenzura na uniwersytecie.

Absolutnie wszystko, co było drukowane, przechodziło przez ręce czterech cenzorów uniwersyteckich. Ale to też jest zjawisko oświecenia. W duchu oświeceniowym cenzura nie jest domeną policji czy rządu, jak później. To jest domena ludzi myślących. W 1803 r., kiedy wileńska uczelnia uzyskała status uniwersytetu, powierzono to zadanie profesorskiemu komitetowi, który się zmieniał co roku, odpowiadał za cenzurę książek, gazet, publikacji zagranicznych i w ogóle całego życia umysłowego. To funkcjonowało aż do końca, do zamknięcia uniwersytetu.

Cóż takiego tropił cenzor?

Wyrzucał przede wszystkim to, co nie było zgodne z moralnością katolicką, z religią. Była choćby wielka dyskusja o tańcu hiszpańskim. Ksiądz Andrzej Benedykt Klągiewicz, który był profesorem teologii, znalazł w jednym piśmie artykuł o tańcu hiszpańskim fandango. Wprowadziło go to w szał, bo zamieszczono tam opisy nóg kobiecych. A później, gdy polityka rosyjsko-francuska się psuła, nie dopuszczano prawie żadnej literatury politycznej francuskiej do Rosji.

A jakie miejsce zajmowała teologia?

Teologia to domena bardzo szczególna. Była naznaczona oświeceniem. To zupełnie nowa teologia w stosunku do tego, co było w czasach saskich. Nie teologia zamknięta, z łaciną, lecz otwierająca się na świat. I sam Czartoryski w okresie swej wielkiej tolerancji oświeceniowej podkreślał, że powinna służyć ludowi. Że ksiądz powinien znać botanikę i medycynę, że powinien się uczyć, żeby oświecać lud. Wiele czerpano z koncepcji cesarza austriackiego Józefa II, czyli wizji religii na służbie oświeconego rządu. To nie miało nic wspólnego z mistycyzmem, szerzonym przez romantyzm. W okresie działania uniwersytetu seminaria diecezjalne nie grały prawie żadnej roli, nie miały alumnów. Przy uniwersytecie istniało Seminarium Główne, gdzie kształcono większość księży zaboru rosyjskiego zgodnie z programem oświeconym. Pierwszy rok prowadził przez fizykę, chemię i matematykę. Dopiero potem uczono trochę teologii, dużo botaniki i praktycznych nauk dla wychowawców ludu. Oczywiście Kościół miał wpływy, były wielkie ceremonie, np. podczas rozpoczęcia roku, ale ta religijność była bardziej tolerancyjna, była antyzakonna i oczywiście antyjezuicka.

Wtedy miasto Wilno było polskojęzyczne?

Tak, polskojęzyczne. Drugim językiem był jidisz. Bo nie zapominajmy, że Wilno to jest Jerozolima Litewska, największe skupisko Żydów we wschodniej Europie. Ale na uniwersytecie było ich niewielu. Były na uniwersytecie dwie nieudane próby utworzenia gazety w języku hebrajskim, podjęte przez profesora Szymona Żukowskiego. Natomiast zainteresowanie językiem i świadomość potrzeby integrowania tej ludności i społeczeństwa polskiego była wówczas bardzo mocna. Były nawet wyraźne plany, napisane przez samego kuratora Czartoryskiego, by zorganizować ludność żydowską na sposób polski. Dziś powiedzielibyśmy, że to chęć polonizacji, nie ulega wątpliwości. Ale te plany się nie powiodły. Była nawet katedra hebraistyki i kultury, co wiązało się z badaniami naukowymi nad Biblią. Były starania, żeby zrozumieć tę kulturę, która pozostawała na uboczu życia oficjalnego i życia dworów przede wszystkim.

Dziś wydaje się zaskakujące, że funkcjonowanie uniwersytetu, środowiska naukowego i studenckiego było możliwe pod zaborem rosyjskim.

Bo ówcześni ministrowie oświecenia jeszcze tolerowali różnorodność narodową, językową kulturalną i etniczną. Natomiast od 1820 r. policja zaczęła ograniczać te możliwości. W 1822–23 r. doszedł do władzy minister Szyszkow, który wymagał, żeby wszędzie w cesarstwie nauczano rosyjskiego. Wówczas po raz pierwszy wprowadzono w Wilnie naukę rosyjskiego. Bo wcześniej, co może się wydać dziwne, na Uniwersytecie Wileńskim nie uczono żadnego przedmiotu po rosyjsku, język rosyjski nie istniał właściwie przez 18 lat, a w ciągu 29 lat działalności uniwersytetu nigdy nie grał wielkiej roli. Oczywiście po powstaniu listopadowym dojdzie już do rusyfikacji.

Okres świetności oświeconego uniwersytetu to również czas przełomu, narodziny romantyzmu. To było widać w Wilnie?

Tak, to jest moment, kiedy mentalność się zmienia, studenci zaczynają się interesować literaturą niemiecką, Schillerem, Byronem w Anglii, czytają z zapałem utwory romantyków europejskich. Rodzi się romantyzm, który później wszedł głęboko w głowy i mentalność Polaków i pozostał ważny aż do dziś. Głęboko, zwłaszcza po powstaniu listopadowym, dzięki temu, że wychowanek Uniwersytetu Wileńskiego Adam Mickiewicz, który przebywał w Dreźnie i Francji, swoją twórczością przekonał Polaków, że dusza polska jest mistyczna, rozmarzona i związana z romantyzmem. Romantycy stworzyli własną legendę i XIX w. żył w przekonaniu, że nie było większego osiągnięcia od romantycznej poezji. To się zrodziło w wąskim gronie, na bruku paryskim. W samym Wilnie nie, w szczytowym okresie znaczenia uniwersytetu panowały dalej ideały oświeceniowe. W czasie powstania listopadowego studenci byli wciąż związani z ideałem rozumu. W tym czasie cała profesura wileńska robiła dalej swoje i wcale nie były to takie negatywne zachowania jak w owym pejoratywnym określeniu Mickiewicza o szkiełku i oku.

Przesadził trochę nasz wieszcz?

Owszem, śpiewano pieśni Mickiewicza, ale Mickiewicz był wypędzony z Wilna po procesie Filomatów i od 1824 r. nie miał z miastem kontaktu. Tworzył w Petersburgu, Odessie i Moskwie, a później w Dreźnie, gdzie powstała III część „Dziadów”. Stworzył legendę Wilna i okropności Nikołaja Nowosilcowa, pędząc zarazem światowe życie na salonach moskiewskich, flirtując. Obraz, jaki pokazuje w utworach, jest trochę zwichnięty.

Polscy historycy też nie opisali tego jak należy?

Nowosilcow aniołem nie był, był Rosjaninem, przebiegłym politykiem, dyplomatą, intrygantem. Ale był też autorem ustawy łagodzącej uniwersytecką cenzurę. Zresztą był zaprzyjaźniony wówczas z Czartoryskim. Po powstaniu listopadowym, gdy Petersburg chciał zamknięcia wileńskiego uniwersytetu, Nowosilcow się temu sprzeciwił. Chciał zachować charakter polski okręgu wileńskiego. Nie spotkałem ani jednej książki w Polsce, która by o tym wspominała. Mam w ręku i cytuję dokumenty, w których Nowosilcow mówi, że zamykanie uniwersytetu to przesada. Że to coś niebywałego i że nigdy tego w Europie nie było. Niestety, po powstaniu była taka nienawiść do Polaków za ich zamiłowanie do spiskowania i rewolucji, że car Mikołaj I nie dał się przekonać.

Rosjanie z pewnością nie byli zainteresowani książką o polskiej kulturze w Wilnie. Jak udało się panu zebrać cały ten materiał?

Nawet sobie pani nie wyobraża, w jakich warunkach zbierałem materiały, w jakich warunkach żyłem w hotelu, z nikim się nie spotykając, badany na każdym kroku, z kim rozmawiam, do kogo dzwonię! Atmosfera sowieckiego Wilna, gdy przyjechałem tam na badania w połowie lat 70. dzięki francuskiemu stypendium, była głęboko prowincjonalna. Najpierw szukałem dokumentów w Moskwie, przez miesiąc, w ministerstwie policji, i tam absolutnie nic nie dostałem. Więc zrozumiałem, że trzeba Rosjan przechytrzyć, powoli ich przekonywać, że nie jestem niebezpiecznym szpiegiem. W Wilnie trafiłem na Litwinów, którzy mi pomogli. Co prawda miałem rekomendację prof. Włodimira Anatolijewicza Dziakowa z Moskwy, prawdziwego przyjaciela Polski. Od razu wiedział, że w Moskwie nic mi nie dadzą. Napisał mi rekomendację do władz archiwum w Wilnie. Wiem, że bez jego pomocy książka by nie powstała. Zresztą nikt nie wierzył, że się uda.

W jakim stanie znalazł pan archiwa?

Wszystko się zachowało doskonale, jest świetnie opracowane. Są to archiwa przedwojenne, dobrze segregowane. Ale nie były udostępniane wcześniej nikomu, tam jest tylko moje nazwisko w rejestrach. Kontrolowano wszystkie moje notatki, co wieczór trzeba było pokazywać, co mam w teczce i notatnikach. Kiedy zamawiałem materiały, wielokrotnie otrzymywałem odmowy, musiałem pisać protesty, że jestem oficjalnym przedstawicielem nauki francuskiej, że mam stypendium popierane przez akademię radziecką i muszę otrzymać dokumenty. Urządzałem sceny dramatyczne. Trochę to była komedia, ale wyglądało bardzo prawdziwie. Polakowi byłoby pewnie trudniej.

 

Daniel Beauvois jest francuskim historykiem, autorem wielu prac o Polakach na Ukrainie w czasach porozbiorowych, m.in. książki „Trójkąt ukraiński. Szlachta, carat i lud na Wołyniu, Podolu i Kijowszczyźnie 1793–1914” Lublin, UMCS, 2005, za którą otrzymał Nagrodę Historyczną POLITYKI. Jest też autorem jedynej napisanej przez Francuza „Historii Polski”, której czwarte wydanie właśnie się ukazało w Paryżu. Książkę „Wilno – polska stolica kulturalna zaboru rosyjskiego 1803–1832” wydało w tym roku Wydawnictwo Uniwersytetu Wrocławskiego.

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną