45 lat temu Willy Brandt złożył hołd ofiarom Getta Warszawskiego

Przyklęk pokoju
Ćwierć wieku po zakończeniu II wojny światowej 7 grudnia 1970 r. kanclerz Niemiec oddał hołd ofiarom hitlerowskiego ludobójstwa i uznał zachodnią granicę Polski.
Corbis

Wytyczona latem 1945 r. granica na Odrze i Nysie Łużyckiej była przez dziesięciolecia najtrudniejszą granicą w Europie. Przeforsował ją Stalin, na którego w Poczdamie nalegała polska delegacja. Natomiast Truman i Churchill kręcili nosami, że to za wiele. I ostateczną regulację zastrzegli dla przyszłego traktatu pokojowego. Niemców – inaczej niż w Wersalu 1919 r. – o zgodę nie pytano, toteż nawet w radzieckiej strefie okupacyjnej żywe były nadzieje, że to tylko prowizorka. Jeszcze w 1948 r. komunistyczny poeta i przyszły minister kultury NRD Johannes R. Becher odmówił przyjazdu do Wrocławia na Kongres Kultury; mruknął, że pojedzie do Breslau, ale nie do Wrocławia. Niemniej pod twardym naciskiem Stalina NRD oficjalnie uznała tę granicę 6 lipca 1950 r.

Natomiast alianci zachodni – wspierając w 1949 r. utworzenie Republiki Federalnej – nie wywierali na Niemców żadnych nacisków w sprawie granicy ze swoim byłym sojusznikiem, którego w Jałcie oddali pod kuratelę Stalina. Przeciwnie, kusili ich nadziejami, że to tylko linia tymczasowa. Nie wiadomo, od kiedy pierwszy kanclerz Niemiec zachodnich Konrad Adenauer nie wierzył w rewizję tej granicy; jednak do końca łudził tym swych wyborców.

Zimna wojna podzieliła Europę i niepewność wokół polskiej granicy zachodniej była dla obu hegemonów wygodnym zastawem. Dla Moskwy: bo skazywała Polskę na radziecką protekcję. Dla Zachodu: bo zwiększała w Niemczech ciśnienie antykomunistycznych emocji. Rachunek podwójnego upokorzenia płaciło polskie społeczeństwo: ze strony Niemców, którzy wojnę przegrali, ale odmawiali uznania jej skutków, oraz ze strony byłych sojuszników, którzy uzależnili Polskę od radzieckiej gry kartą niemiecką ponad polskimi głowami.

Pokazał to Stalin w 1952 r., proponując zjednoczenie Niemiec kosztem ich neutralizacji. Pokazał też Chruszczow w 1955 r., nawiązując stosunki dyplomatyczne z Bonn i zwalniając tysiące niemieckich jeńców wojennych, bez uzyskania od Adenauera uznania polskiej granicy. Jej niepewny status pozwalał trzymać w ryzach polskie kierownictwo. I tak w czasie polskiego Października ’56 prasa NRD zaczęła pisać o konieczności „umiędzynarodowienia” Szczecina.

Kompleks granicy opóźniał z kolei otwarcie się polskiego społeczeństwa na zachodniego sąsiada. Przekonali się o tym polscy biskupi w 1965 r., kiedy to ich apel o wzajemne przebaczenie wywołał oburzenie także wielu katolików.

Nieprzekraczalna granica

Nieuznawanie przez Bonn granicy także przywódcom PRL dawało pewną kartę do gry z Kremlem. W Układzie Warszawskim pod presją Gomułki przyjęto doktrynę, że nikt (poza Moskwą) nie nawiąże stosunków z RFN, dopóki Bonn nie uzna NRD i polskiej granicy. Ale w styczniu 1967 r. wyłamała się Rumunia, a następnie Węgry i Bułgaria. Odpowiedzią Warszawy miał być żelazny trójkąt odmowy: PRL–NRD–CSRS. Jednak Praska Wiosna pokazała, że i żelazo jest kruche. Dopiero w maju 1969 r., po zgnieceniu czołgami Praskiej Wiosny, Gomułka zaproponował Bonn rozmowy bez warunków wstępnych.

Była to spóźniona o rok odpowiedź na sygnał szefa SPD Willy’ego Brandta – ministra spraw zagranicznych RFN w koalicyjnym rządzie kanclerza Kurta Georga Kiesingera – o potrzebie normalizacji stosunków z Polską. Willy Brandt nie był w Polsce nieznany. W 1958 r. jego twarz, burmistrza Berlina Zachodniego, widniała na okładce propagandowej broszury o zachodnioniemieckim rewizjonizmie. Ale już w połowie lat 60. nazywano go niemieckim Kennedym. A wspierający go intelektualiści – jak Günter Grass – domagali się wprost uznania granicy na Odrze i Nysie.

W kampanii wyborczej 1969 r. Brandt porwał młode pokolenie wizją demokratyzacji autorytarnego społeczeństwa oraz nowej Ostpolitik, uznania powojennych realiów po to, by złagodzić skutki podziału Niemiec i zbudowanego w 1961 r. muru berlińskiego. Brandt zwyciężył i został nowym kanclerzem.

Warszawa była dopiero trzecim etapem jego podróży na Wschód. Pierwszym był Erfurt w NRD, gdzie – entuzjastycznie witany przez miejscowych – spotkał się z kostycznym premierem Stophem. Drugim była Moskwa, gdzie podpisał traktat o rezygnacji z użycia siły i respektowaniu powojennych granic. Wkrótce miało się okazać, że to jednak Warszawa była punktem centralnym nowej Ostpolitik.

Początkowo nic tego nie zapowiadało, choć świadomość, że jedzie do Polski przede wszystkim po to, by dobrowolnie złożyć swój podpis pod rezygnacją z dawnych niemieckich terenów wschodnich, była dla kanclerza wielkim ciężarem. Od dawna znał rozpalone nastroje niemieckiej prawicy. Przez lata był przez nią obrzucany błotem jako nieślubne dziecko i zdrajca, który w czasie wojny nosił obcy (norweski) mundur.

Gdy 6 grudnia 1970 r. kanclerz Brandt lądował na Okęciu, padał deszcz. W samochodzie atmosfera była ciężka – wspomina tłumacz Gomułki i Cyrankiewicza prof. Mieczysław Tomala, we właśnie wydanej autobiografii „Niemcy – moją pasją”. Brandt zaczął rozmowę mówiąc, że jego babka była Polką. Ale premier Cyrankiewicz to przemilczał. Po chwili kanclerz odezwał się ni stąd, ni z owąd: A jak tam żniwa? Już dawno po żniwach – usłyszał... Lepszy kontakt miał Brandt w czasie rozmów z Gomułką, który kilkakrotnie powtarzał, że układ graniczny z Republiką Federalną jest ukoronowaniem jego życia.

Gest Brandta

Następny dzień miał się stać momentem zwrotnym w powojennych dziejach Polski, Niemiec i Europy. Nie ma żadnych dowodów, że jakiś zespół specjalistów od piaru przygotował Brandtowi warianty gestów. Sam Brandt pisał, że rano, 7 grudnia 1970 r., wyruszając z Wilanowa do centrum Warszawy uprzytomnił sobie, że w tym miejscu nie wystarczy pochylenie głowy i rutynowe poprawienie szarfy. Padając na kolana przed pomnikiem Bohaterów Getta zaskoczył nie tylko najbliższych współpracowników. Gdy żona Ruth zapytała go potem, jak do tego doszło, wzruszył ramionami i odpowiedział: „Przecież coś trzeba było zrobić...”.

W Niemczech warszawski gest Brandta najpierw wywołał konsternację i oburzenie. Z czasem jednak stał się jednym z moralnych fundamentów Republiki Federalnej. Inaczej w Polsce. Na świadkach zrobił ogromne wrażenie. Ale świadków było stosunkowo niewielu, a zdjęcie klęczącego kanclerza prasa peerelowska publikowała bardzo oszczędnie. Z jednej strony obawiano się niewygodnego wybuchu sympatii do Brandta i Niemców, a z drugiej dziennikarze prasy moczarowskiej sarkali, że Brandt ukląkł pod niewłaściwym pomnikiem. Natomiast kardynał Wyszyński docenił chrześcijański gest niemieckiego kanclerza socjaldemokraty jako swoistą odpowiedź na list polskich biskupów. Użalał się jedynie, że Polacy otrzymali odpowiedź, „ale nie od tych Niemców, od których tego oczekiwali...”.

Nie tylko cenzura jest winna, że w Polsce gest Brandta nie zapadł zbyt głęboko w świadomość publiczną. Podwyżki cen, krwawa pacyfikacja strajków na Wybrzeżu i upadek Gomułki szybko zepchnęły na bok sprawy niemieckie. Wróciły w czasach Gierka w postaci szarpaniny wokół ratyfikacji układu, ale także – teraz już możliwych – realnych spotkań polsko-niemieckich, które podsuwały nowe obrazy z życia. Niemały wpływ na nowy wizerunek Niemców zachodnich w Polsce miało choćby świetne przyjęcie polskich piłkarzy w czasie mistrzostw świata w 1974 r. A przede wszystkim to, że w czasach Gierka dla tysięcy młodych Polaków turystyczne wyjazdy na Zachód stały się realne.

Willy Brandt w tym procesie już nie uczestniczył. Atakowany przez chadecką opozycję rozpisał w 1972 r. przedterminowe wybory, ryzykując kanclerstwo. I wprawdzie to swoiste referendum wygrał, ale dramatyczna szarpanina wyczerpała go. W 1974 r. ustąpił ze stanowiska. I to jego następca – technokrata Helmut Schmidt – był w następnych latach symbolem polsko-niemieckiej normalizacji.

Jednak po ratyfikacji traktatu kanclerzom i sekretarzom partii jako rzecznikom normalizacji wyrasta potężny konkurent: Kościół katolicki. Wytyczenie nowych diecezji przez Watykan usuwa ostatni punkt sporny między obydwoma episkopatami. W 1978 r. delegacja polskiego episkopatu wyjeżdża z wizytą do Republiki Federalnej. Pół roku później z inicjatywy niemieckich kardynałów Karol Wojtyła zostaje wybrany na papieża. Tego faktu nie jest w stanie przebić ikona klęczącego socjaldemokraty, tym bardziej że po wybuchu Solidarności w 1980 r. Brandt nie wyczuł polskiej rewolucji. Nikaragua tak, San Salwador jak najbardziej. Ale – ze względu na konfrontację mocarstw – nie Polska i Europa. W 1985 r. po raz drugi odwiedził Warszawę – i nawet nie nalegał na spotkanie z Lechem Wałęsą.

Brandt chciał zbliżenia z Polską i zmian w Europie Wschodniej, ale obawiał się destabilizacji. Dopiero latem 1989 r. przyznał, że zmiany muszą jednak uwzględniać także złamanie skostniałych struktur. Przedtem kluczył. Gwoli sprawiedliwości, również chadecy byli ostrożni. Nawet tacy antykomuniści jak Franz Josef Strauss z CSU chętnie się spotykali z Erichem Honeckerem, sprawy polskie pozostawiając z boku.

Początek nowej ery

We wrześniu 1989 r. obaj nobliści, Wałęsa i Brandt, wreszcie spotkali się w Bonn. Dziś złego osadu chyba już być nie powinno. W 2000 r. solidarnościowy premier Jerzy Buzek i socjaldemokratyczny kanclerz Gerhard Schröder razem odsłonili w Warszawie tablicę upamiętniającą gest (zmarłego w 1992 r.) Brandta. A i Lech Wałęsa nie żywi urazy. Podczas obchodów 80-lecia Güntera Grassa w Gdańsku w 2007 r. powiedział wprost: „Trzeba wtedy było robić wszystko, żeby nie drażnić misia na wschodzie”.

Republika Federalna ma kilka symboli fundamentalnych dla swej demokratycznej tożsamości. Miejsce centralne zajmuje monument Holocaustu przy Bramie Brandenburskiej. Drugim jest upadek muru berlińskiego. Ale w centrum politycznego ikonostasu Republiki Federalnej jest Willy Brandt klęczący w Warszawie. Takiej siły wyrazu nie ma ani uścisk Adenauera z de Gaulle’em w Reims, ani objęcie Kohla i Mazowieckiego w czasie mszy pojednania w Krzyżowej, ani uśmiechy Kohla i Gorbaczowa na Kaukazie. To od 7 grudnia 1970 r. zaczęła się nowa era w Europie.

W Polsce obraz klęczącego Brandta przesłoniły późniejsze wydarzenia. Ale chyba zbyt łatwo przechodzimy do porządku dziennego nad tym wyzwaniem, jakie kanclerz swym gestem rzucił nie tylko niemieckiej opinii publicznej. Bez grudnia 1970 r. w Warszawie nie byłoby w 1975 r. Helsinek i pewnego marginesu swobody dla działania antykomunistycznej opozycji. Bez uznania granicy nie byłoby też pojednania obu episkopatów w 1978 r. i wyboru Karola Wojtyły na papieża.

To w tym dniu, w którym kanclerz Niemiec ukląkł w Warszawie, położone zostały podwaliny pod tę polsko-niemiecką wspólnotę interesów, która w latach 1989–91 doprowadziła do zjednoczenia Niemiec, upadku ZSRR i wejścia wolnej Polski do Unii Europejskiej i NATO.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną