Historia

W sercu ułana

W sercu ułana

Zawodnicy biorący udział w rajdzie 2 DK na trasie Warszawa - Bielsko. Na wadze dowódca dywizji gen. Wieniawa-Długoszowski. Zawodnicy biorący udział w rajdzie 2 DK na trasie Warszawa - Bielsko. Na wadze dowódca dywizji gen. Wieniawa-Długoszowski. Centralne Archiwum Wojskowe
Byli jedną z najsłynniejszych formacji wojskowych w Europie. Co sprawia, że kawalerzyści cieszą się nadal narodową sympatią?
Szarża kawaleryjska na przedwojennych manewrach.Centralne Archiwum Wojskowe Szarża kawaleryjska na przedwojennych manewrach.
Woltyżerka - ćwiczenia pokazowe kawalerzystówCentralne Archiwum Wojskowe Woltyżerka - ćwiczenia pokazowe kawalerzystów
Piotr Jaźwiński, „Koń, koniak i kobiety”, wyd. Tetragon, Warszawa 2010Materiały promocyjne Piotr Jaźwiński, „Koń, koniak i kobiety”, wyd. Tetragon, Warszawa 2010

Ostatnim wielkim zwycięstwem kawalerii była bitwa pod Komarowem 30 sierpnia 1920 r. z wojskami Siemiona Budionnego. O czym wówczas nie wiedziano – ostatnim w historii wojskowości. Przez następne dwadzieścia lat kawaleria w Polsce była nie tylko formacją elitarną, budzącą powszechny podziw, ale przede wszystkim symbolem jedności i odrodzenia państwa polskiego, jego historii, tradycji oraz niedoścignionym wzorem. Słynęli z “ułańskiej fantazji”, oddania służbie i “kawalerskiego sznytu”. Wyjątkowo cenili honor własny i pułku, a wszystko to bez zbędnego patosu i nadymania się – nie mówili o miłości do ojczyzny, lecz o obowiązku. Na polu bitwy byli szaleńczo odważni i zdyscyplinowani. Tak było.

Dziś pokutuje obraz ułana szarżującego na czołgi, choć takie zdarzenie miejsca nie miało. Ułana, chłopca malowanego, wyrwanego z innej epoki, na polu bitwy anachronicznego i kompletnie zagubionego. Na nic tu działania kawalerii podczas kampanii wrześniowej, na nic, całkiem skuteczne zresztą, szarże przeciw niemieckiej piechocie – po wojnie przegraną w kampanii wrześniowej w dużym stopniu obciążono kawalerię, jako przestarzałą, romantyczną formację idącą “na wojenkę”. Nie kwestionowano jej dzielności, lecz dowódcom zarzucano krótkowzroczność i błędy. Tak to zresztą zobaczyć można w filmie “Lotna” Andrzeja Wajdy – lansjerzy kontra niemieckie czołgi. Tu ułańska fantazja, ta tradycja, sznyt czy wreszcie obowiązek nabierają tragicznego wydźwięku, a my tak przecież lubimy rozpamiętywać swoje wspaniałe klęski.

Kawaleria (w tym ułani, od których mylnie nazywa się wszystkie formacje konne) w wojsku polskim przed II wojną stanowiła 10,5% wszystkich wojsk, co proporcjonalnie było najwyższym wynikiem w ówczesnej Europie. Polska kochała kawalerię - nie bez powodu odwoływano się w tradycji pułkowej do powstania listopadowego czy wojen napoleońskich - kawalerzyści mieli poczucie, że są kontynuatorami romantycznego mitu, spadkobiercami zwycięzców spod Somosierry czy uczestników walk z zaborcami. Legenda ta, silnie powiązana z ideą wolnej Polski, była powszechna i dawała Polakom poczucie dumy ze swego wojska, będącego gwarantem niepodległości, a to przekonanie wzrosło po zwycięstwie kawalerii nad konarmią Budionnego. A mit zobowiązywał - nie tylko do nienagannej służby, ale i godnego zachowania w każdej sytuacji. Bo prawdziwego kawalerzystę cechowała “umiejętność bycia pierwszym w boju i pierwszym w salonie”.

Konie, kobiety i koniak

W życiu kawalerzysty najważniejsze były trzy K: konie, kobiety i koniak, w tej właśnie kolejności. Idąc za najsłynniejszym ułanem II Rzeczpospolitej, generałem Bolesławem Wieniawą-Długoszowskim:
 
Bo w sercu ułana, gdy je położysz na dłoń
Na pierwszym miejscu panna, przed panną tylko koń!


Wokół koni toczyło się całe życie kawalerzystów – konie były dla nich towarzyszami broni, aż do końca - podczas pogrzebu kawalerzysty jego koń nieosiodłany szedł za trumną. Kawalerzyści doskonale jeździli konno, uczestniczyli w zawodach i osiągali w nich świetne wyniki, bo do samej jazdy przykładano ogromną wagę. Biada tym, którzy poziomem odstawali. Kawalerzysta dzień zaczynał od oporządzenia konia, następnie zajmował się uzbrojeniem i podkomendnymi, dopiero wtedy mógł zjeść śniadanie. Te najbardziej zasłużone pozostawały w jednostce do końca swego życia, a były i takie, którym oddawano honory wojskowe. Niektóre, jak Krechowiak, koń płk. Bolesława Mościckiego, dowódcy 1 pułku ułanów, stawały się częścią pułkowej tradycji – koń ten, wcześniej nazywany Karym, swoje nowe imię dostał po uczestnictwie w bitwie pod Krechowcami, podobnie jak cały pułk. Podczas przekazywania dowództwa w pułku, po uroczystym przejęciu sztandaru nowy dowódca dosiadał Krechowiaka, dostając go niejako w spadku. Koń nie doczekał września 1939. Na jego pamiątkę po odtworzeniu pułku, już jako pancernego, czołg dowódcy dostał imię Krechowiaka.

Jeżeli chodzi o drugie w kolejności “K”, czyli kobiety, ułan miał, zgodnie z dewizą generała Wieniawy-Długoszowskiego “flirtować jak najczęściej, a żenić się jak najrzadziej, a nade wszystko najpóźniej!”. Flirtowano więc, a jak powszechnie wiadomo, kawalerzyści mieli wielkie powodzenie u kobiet. Istniała niepisana zasada, że nie interesowano się żonami innych kawalerzystów, natomiast cywilom przyprawiano rogi bez większych oporów. Zasady tej jednak nie przestrzegano zbyt ściśle i nie raz dochodziło w pułku do skandali na tym tle, co często kończyło się pojedynkiem. Wobec pań kawalerzysta był szarmancki, co było traktowane w tej formacji niezwykle poważnie – w grudziądzkiej szkole kawalerii ułan uczył się tańca i konwersacji. Niedżentelmeńskie zachowanie było nie do pomyślenia.

Kiedy rotmistrz, podporucznik czy porucznik chciał wziąć ślub, musiał uzyskać zgodę Dowódcy Okręgu Korpusu. Generałowi takiej zgody udzielał Minister Spraw Wojskowych. Prośba rozpatrywana była wnikliwie. Pod uwagę brany był jego stopień, a co za tym idzie dochody, posag jaki miała wnieść panna, aby nie być zbytnim obciążeniem dla oficera (żony kawalerzystów nie pracowały), jej wykształcenie, gdzie matura była absolutnym minimum oraz opinia o rodzinie – krótko mówiąc, panna musiała pochodzić z dobrego domu. Odmowy nie były rzadkością. Wielu dowódców pułku nie było zadowolonych ze zbyt wczesnego ożenku swego podkomendnego, wychodząc z założenia, że zajęty rodziną nie będzie z należytą starannością podchodzić do obowiązków pułkowych. Piękne, bogate i wykształcone panny były wszakże mile widziane, wchodziły przecież do rodziny pułkowej.

Jeżeli koniak ustępował koniom i kobietom, to ledwie o włos – pito dużo i często, w karnawale zdarzało się, że bale odbywały się cztery razy w tygodniu. Koniak koniakiem, oczywiście nie stroniono od innych alkoholi, zwłaszcza wódki, zmrożonej lub mieszanej z wermutem. Kawalerzysta musiał mieć mocną głowę, bo oficerom upić się na balu nie wypadało, co innego w sytuacjach mniej oficjalnych – często regulaminowo kurzyło się z głów. W niektórych pułkach (szczególnie tych o wysokich numerach) nowy oficer wypijał toast za pomyślność kolegów z pułku, a liczba kieliszków była taka sama jak numer pułku. W pułku ułanów Grodzieńskich o numerze 23 próba ta musiała być nie lada wyzwaniem.

Gdy podczas balu któryś z oficerów okazywał oznaki “zmęczenia” – starszy stopniem wznosił toast mówiąc: Pana zdrowie (poruczniku, rotmistrzu itp.). Oznaczało to: koniec picia. Chodziło w tym wszystkim oczywiście o dobre imię oficera, a więc o dobre imię pułku. Panowie oficerowie bal rozpoczynali toastem za pułk, a kończyli “strzemiennym”, który szybko zadomowił się wśród cywili i... ruszali na służbę. Często bale kończyły się o czwartej lub piątej nad ranem, służba rozpoczynała się o szóstej, a kawalerzysta nie mógł zionąć alkoholem, a już z pewnością nie mógł się chwiać na nogach. Wymigiwania się od służby z powodu pijaństwa nie odnotowano, nikomu nie przyszłoby to do głowy. Popularne były więc wiadra zimnej wody, gryzienie ziarenek kawy dla zabicia zapachu alkoholu. W 13 pułku niezwykłą popularność zdobyła tzw. polska ostryga, składająca się z tłustej śmietany, surowych jajek i cytryny, wypijana jednym haustem. O skuteczności tego specyfiku zapewnia por. Grzegorz Cydzik, jeden z ułanów Wileńskich. Przetrwanie dnia następnego było z pewnością niełatwe, zwłaszcza dla oficerów, którzy musieli świecić przykładem – noc huzarska, ale służba carska.

Najważniejszą imprezą w roku był bal z okazji święta pułku, organizowany z “dobrowolnych”, płaconych przez cały rok bez szemrania składek. Z zebranych pieniędzy fundowano wystawny bufet, który dla zaproszonych gości był darmowy. Oficerowie mieli obowiązek opiekować się wszystkimi damami – do północy tańczyli ze starszymi paniami, po północy – z młodszymi. Jeżeli zachodziło podejrzenie, że któraś z panien nie będzie miała powodzenia u mężczyzn, przydzielano jej “anioła stróża”, który miał zadbać o to, by tego nie odczuła.

Wychowanie przez cukanie

Kawalerzystów szkolono w Centrum Wyszkolenia Kawalerii w Grudziądzu – tam, oprócz jazdy konno, taktyki (przyszli kawalerzyści musieli opanować dowodzenie na poziomie grupy) i walki lancą, szablą i bronią palną uczono ich myślenia i szybkiego reagowania, w czym istotną rolę odgrywał przywieziony z rosyjskich szkół junkierskich “cuk”, polegający na “docieraniu” młodszego rocznika przez starszy (szkoła była dwuletnia). Podchorąży pierwszego rocznika, tzw. sugub wybierał sobie opiekuna - dźadźkę. Od tej chwili dźiadźka żądał od swego suguba wykonywania rozkazów i odpowiadania na pytania, zazwyczaj bezsensowne i absurdalne. Istotna była nie tylko sama odpowiedź, obowiązkowo na temat i dowcipna, liczył się również czas reakcji. W ten sposób uczono refleksu. Typowym pytaniem podchorążego starszego rocznika do młodszego kolegi było “Gdzie jest teraz moja narzeczona?”, na które najlepszą odpowiedzią było “Na pewno w Tworkach, bo zwariowała z tęsknoty za panem podchorążym”. Jeżeli sugub nie poradził sobie z pytaniem lub wyznaczonym zadaniem, jego opiekun wyznaczał mu karę, często bardzo wymyślną. Na porządku dziennym było wygłaszanie referatów na zadany przez dźadźkę temat, przysiady czy drobne przysługi. Nigdy nie przekraczano pewnej granicy w cukaniu – wszystko odbywało się z taktem i wzajemnym szacunkiem, choć w pewnym momencie kary stały się tak wymyślne, że cuk oficjalnie zakazano, nigdy jednak cukania nie zaprzestano – w końcu był tradycją, a kto tradycji nie szanuje...

Ci, którzy w brawurowy sposób radzili sobie z zadaniami swojego dźaźki, zyskiwali miano “pistoletów”, co było najwyższym wyróżnieniem, jakie podchorąży mógł otrzymać od kolegów. Swoją opinię pistoleta młody kawalerzysta pielęgnował i najprawdopodobniej legendy o ułańskiej fantazji biorą się w dużym stopniu z dokonań takich pistoletów.

Pod koniec pierwszego roku na jedną dobę sugub zamieniał się rolami z dźadźką i mógł się odegrać. Najpierw jednak prosił o pozwolenie na cukanie, na co zawsze dostawał zgodę. Było to jednocześnie przygotowanie do roli dźadźki, którym podchorąży miał się niedługo stać. Później w pułku o młodym oficerze, który wykazywał braki lub popełniał błędy, mówiono że był “za mało cukany”.

Oficerowie po zakończeniu szkoły trafiali do pułku i niemalże natychmiast wpadali w tarapaty finansowe. Kawalerzysta musiał sam kupić sobie wyposażenie (żołd podchorążego wynosił 120 zł, a siodło kosztowało między 800-1200 zł), utrzymać się i ubrać oraz płacić dobrowolne składki na rzecz np. święta pułku. Ułani zapożyczali się więc na całe lata. Nie bez powodu czasami nazywano ich “błyszczącą nędzą”.

Młody oficer zaakceptowany przez swój pułk otrzymywał odznakę pułkową, co było niejako przyjęciem do rodziny, za jaką każdy pułk kawaleryjski się uważał. Dowódca dekorował oficera zwracając się do niego: “Jest to najwyższe pana odznaczenie, dopóki nie dostanie pan odznaczenia bojowego”. Natomiast odznaczenie bojowe podnosiło znacznie pozycję jaką w pułku miał oficer, rósł również szacunek do niego.

Oprócz cuku z kawalerii rosyjskiej wywodził się zwyczaj śpiewania tzw. żurawiejek, czyli żartobliwych dwuwierszy na temat pułku i jego historii – własny wychwalano, z innych się naśmiewano, często w sposób niecenzuralny, niektórych w związku z tym nie śpiewano w towarzystwie dam. Często dotyczyły one domniemanych wad poszczególnych pułków, nie brak w nich specyficznego poczucia humoru: Kradną kury, kradną sery Rokitniańskie Szwoleżery - o 2 pułku szwoleżerów czy np. Psy wyją na widok jego, to jest ułan z Dziesiątego - o 10 pułku ułanów Litewskich.

Za twórcę żurawiejek uważa się poetę Michaiła Lermontowa, nazwa zaś oznacza po prostu żurawia. Podobno powstało ponad 400 żurawiejek na temat wszystkich pułków kawalerii, własne miała również grudziądzka szkoła. Najsłynniejsza żurawiejka dotyczy 14 pułku ułanów:

Hej dziewczyny w górę kiecki, Jedzie ułan Jazłowiecki

Podobno gdy jechali jazłowiacy, przychodziły dziewczęta chcąc zobaczyć ułanów, a że było błoto, unosiły spódnice. Taka jest przynajmniej oficjalna wersja. Po wojnie bolszewickiej każda żurawiejka, bez względu na pułk, kończyła się refrenem:

Lance do ręki, szable w dłoń, Bolszewika goń goń goń.

Pułki wzajemnie częstowały się żurawiejkami na swój temat – gdy miało to miejsce w sytuacji towarzyskiej, wstawano, a oficer, o którego pułku śpiewano, stawał na krześle lub siadał na piecu.

Honor – sprawa śmiertelnie poważna

“Tradycja nakazywała zachowanie kawaleryjskiego fasonu i przestrzeganie zasad, które składały się na odpowiednią postawę i godne zachowanie w każdych okolicznościach”. Zdarzały się oczywiście wpadki, jako że kawalerzyści byli często zawadiakami o gorących głowach. Ale ponieważ ludzi szanuje się za zalety, a kocha za wady, często przewinienie uchodziło winowajcy płazem, zwłaszcza gdy potrafił się w dowcipny i błyskotliwy sposób wytłumaczyć. Nie dotyczyło to jednej kwestii, którą traktowano śmiertelnie poważnie – honoru.

Sprawy niegodnego zachowania kawalerzysty rozpatrywał sąd honorowy, który mógł ukarać naganą, aresztem domowym lub wydaleniem ze służby. Ta ostatnia kara była bardzo dotkliwa, jako że służba i honor dla kawalerzysty były najważniejsze. Sprawy w sądach cywilnych były rozpatrywane także przez sądy honorowe i ich wyroki mogły się różnić – uniewinnienie w sądzie cywilnym dla oficera nie miało znaczenia, jeżeli zachował się niegodnie z punktu widzenia kawalerii.

Kawalerzysta miał obowiązek bronić honoru i barw pułkowych, co często sprowadzało się do pojedynków - zazwyczaj na pistolety lub szable. Ponieważ pojedynki były zabronione, każdy oficer narażał się na karę twierdzy, która jednak nie była dla niego dyshonorem, a odmawiając pojedynku narażał się często na zarzut zachowania niegodnego lub, co gorsza, na to, że nie stanął w obronie barw pułkowych, a to groziło wydaleniem z pułku i z pewnością było dyshonorem. Sprawa stawania w obronie honoru czy to własnego, czy pułkowego, często kończyła się dramatycznie – oficerowie kawalerii bez wahania sięgali po broń i kładli trupem nieszczęśnika, który obraził kawalerzystę bądź jego pułk. Nie raz uchodziło im to na sucho, czasem ułan czy szwoleżer bardzo się dziwił, że za obronę barw pułku musi iść do twierdzy. Dowództwo na tego rodzaju “wybryki” patrzyło przez palce, a nie raz i własnym postępowaniem dawało oficerom przykład, jak jedna z największych legend polskiej kawalerii, gen. Bolesław Wieniawa- Długoszowski, dowódca 1 pułku szwoleżerów, który pojedynkował się często. Pojedynki jako niedozwolone przeprowadzane były dyskretnie, za to wieść o już odbytych roznosiła się jak burza. Czasem pojedynek zastępowany był straszliwym pijaństwem, jeśli tylko obu stronom przed pojedynkiem udało się dojść do zgody. Pojedynkowano się na pistolety i szable, rzadziej na rapiery. Wbrew pozorom pojedynki z użyciem broni białej miały przebieg znacznie mniej drastyczny, jako że często walczono do pierwszej krwi. Zdarzało się również strzelanie w powietrze, ot, aby honorowi stało się zadość.

Brak poszanowania dla zwierzchników czy podwładnych był częstym powodem żegnania się kawalerzystów ze służbą – taki los spotkał rotmistrza, który wykonał gest kopnięcia za odjeżdżającym pułkownikiem czy oficera, który uderzył w twarz podległego mu ułana – takiego postępowania nie tolerowano. Zwierzchnikom okazywano odpowiedni szacunek, ci rewanżowali się pewną dozą swobody i poufałości (nie nadmiernej) wobec swych podległych.

Choć przestrzeń dzieląca prostych ułanów i oficerów była duża, a ta między dowódcą pułku a ułanem powinna być mierzona w latach świetlnych, to spajał ich nie tylko sam pułk – jego historia i tradycja, ale przede wszystkim poczucie wyższości kawalerii nad innymi formacjami. Generalnie jako formacja kawaleria była bardzo zżyta, a niektóre pułki związane były braterstwem broni, jak np. 1, 12 i 14 pułk ułanów, czyli te, które walczyły pod Komarowem.

To elitarne grono było węższe lub szersze, w zależności od tego czy było się szwoleżerem, ułanem, czy strzelcem konnym, bo “Szczerze mówiąc między nami, Strzelcy nie są ułanami”. Strzelcy na tę żurawiejkę przytaczali własną, o rzeczy, która wedle nich jest dobrze znana.

Tak naprawdę jedynym co odróżniało strzelców od reszty kawalerii była lanca, praktycznie nieużywana, ponieważ walczono w szyku pieszym, a szarże należały do rzadkości. Natomiast różnica między szwoleżerami a ułanami wynikała wyłącznie z nazwy – szwoleżerowie tworzyli ukochane przez Piłsudskiego pułki, który chciał, aby były pierwsze w numeracji pułków ułańskich – gdy mu się to nie udało, zmienił ich nazwę na szwoleżerów i postawił na swoim.

Kawaleria, uważana za elitę, często podkreślała swoją odrębność. Najlepiej ilustruje to kwestia dotycząca stopni sierżanta i kapitana, które w kawalerii zastąpione zostały wachmistrzem i rotmistrzem. Mimo że teoretycznie równe, te kawaleryjskie były bardziej prestiżowe, co miało, przede wszystkim dla ułanów, duże znaczenie. Tytułowanie rotmistrza kapitanem było ciężką obrazą. Dodatkowo kawalerzyści żądali egzekwowania prawa, zgodnie z którym zakazywano oficerom piechoty jeździć konno przed koszarami pułków kawalerii. Zapewne jako doskonałych jeźdźców irytował ich brak wprawy w tej materii, może też obawiali się, że oceniając słabego jeźdźca ktoś wyrobi sobie mylną opinię o ich możliwościach, a jak wiadomo, honor pułku jest najważniejszy.

Każdy pułk kawalerii miał własną tradycję pułkową, która go odróżniała od pozostałych, opartą o historię często sięgającą daleko w przeszłość, własne barwy, odznakę pułkową i sztandar. Różnice te podkreślano oczywiście w żurawiejkach:

Bolszewicką krwią zbroczony to »piętnasty« Pułk czerwony.

Pułki między sobą różniły się również elementami umundurowania. Data święta pułku związana była z jego patronem, jak w 1 pułku Szwoleżerów, lub, najczęściej, z ważnym wydarzeniem w historii bojowej pułku, jak w 14 pułku ułanów, który odparł pod Jazłowcem w dniach 11–13 lipca 1919 roku przeważające siły ukraińskie, nie dopuszczając tym samym wroga do klasztoru sióstr niepokalanek. Od tego wydarzenia pułk przyjął nazwę Jazłowieckiego, a Najświętsza Maria Panna Jazłowiecka została jego patronką.

Kto tradycji nie szanuje…

Pod koniec lat 30. ubiegłego wieku sytuacja była inna niż w latach 20. - nadchodziły nowe czasy, a rozwój jednostek zmotoryzowanych stawiał pod znakiem zapytania istnienie kawalerii w jej obecnym kształcie. Powoli stawała się formacją przestarzałą, niebędącą w stanie sprostać nadchodzącym wyzwaniom. W Polsce myśl o rozwiązaniu pułków kawalerii się nie pojawiła, ale myślano o jej unowocześnieniu - istniała świadomość potrzeby zmian, o czym świadczy chociażby dyskusja na temat rezygnacji z lancy, jako broni przestarzałej oraz coraz większy nacisk na szkolenie bojowe w szyku pieszym - konie miały służyć jako szybki transport, szarże natomiast miały być stosowane sporadycznie, w wyjątkowych okolicznościach. Próby reform i zmian w pułkach kawalerii budziły sprzeciw, zwłaszcza wojskowych przywiązanych do ułańskiej tradycji. Szczególnie ostry spór dotyczył lancy, a głównymi argumentami obrońców tej broni były argumenty związane z historią i tradycją pułków, której nikt nie ważył się kwestionować. Nie zaprzestano więc szkoleń z szablą i lancą, choć tuż przed II wojną światową zmotoryzowano dwa pułki strzelców konnych – wszystko to jednak zbyt mało i zbyt późno, zapewne również z powodów finansowych – w kraju było biednie i armia nie była tu wyjątkiem.

Stosunek dowodzących kawalerią do samochodów i czołgów był bardzo sceptyczny – byli przekonani, że nic nie zastąpi konia, zwłaszcza w terenie. O swoim błędzie mieli się dopiero przekonać. Dość częste było też przekonanie dotyczące szarży – wielu uważało, że jest ona “świętem kawalerii” i jako taka, choć zdarza się rzadko, ma znaczenie kluczowe. Wynikało to oczywiście w dużej mierze z doświadczeń w wojnie bolszewickiej, ale również, jeśli nie przede wszystkim, z przywiązania do tradycji. Dyskusje o kawalerii i jej taktyce przerwała II wojna światowa, a ostatecznie zakończył Bolesław Bierut 1949 roku, rozwiązując wszystkie jej pułki.

Korzystałam z książki: Piotr Jaźwiński, „Koń, koniak i kobiety”, wyd. Tetragon, Warszawa 2010

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

Rozmowa z Davidem Martelo, uczestnikiem rewolucji goździków

O portugalskiej rewolucji goździków sprzed 45 lat opowiada jej uczestnik David Martelo.

Krzysztof Kubiak, Tadeusz Zawadzki
23.04.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną