Historia

Jak ORMO czuwało

Ślubowanie oddziałów ORMO na placu Teatralnym w Warszawie, w 1978 r. Ślubowanie oddziałów ORMO na placu Teatralnym w Warszawie, w 1978 r. Jacek Barcz / EAST NEWS
W szczytowym momencie istnienia ORMO miała ponad 450 tys. członków. Organizacja, pomyślana jako obywatelskie wsparcie Milicji, stała się ucieleśnieniem idei państwa policyjnego, w którym obywatele pilnują się sami.
Ormowcy współdziałali z MO przy wyłapywaniu pijaków i likwidowaniu melin. Warszawa, marzec 1970 r.Jerzy Michalski/Forum Ormowcy współdziałali z MO przy wyłapywaniu pijaków i likwidowaniu melin. Warszawa, marzec 1970 r.
Szczególną brutalnością wykazali się ormowcy w czasie tłumienia studenckich protestów w marcu 1968 r.IPN/Forum Szczególną brutalnością wykazali się ormowcy w czasie tłumienia studenckich protestów w marcu 1968 r.

Historia pierwszych lat Ochotniczej Rezerwy Milicji Obywatelskiej zawiera wiele niejasności. Organizacja przynajmniej częściowo powstała na bazie istniejących już straży obywatelskich i grup samoobrony. Takie lokalne struktury nierzadko tworzone były przez PPR, ale często stała za nimi autentyczna inicjatywa miejscowych społeczności. Należy pamiętać, że przejście frontu z lat 1944 i 1945 r. pogrążyło ziemie polskie w chaosie. Zanim nowe władze zdołały zapełnić pustkę pozostałą po rządach okupacyjnych, rozprzestrzeniła się fala bandytyzmu, któremu sprzyjały dodatkowo wojenna demoralizacja i nieograniczony dostęp do broni. Zdarzało się, zwłaszcza na ziemiach zachodnich, że napastnicy zatrzymywali pociągi lub grabili całe wsie, dom po domu. W tej sytuacji mieszkańcy sami organizowali uzbrojone grupy, które patrolowały okolice i zaciągały nocą warty wokół wiosek.

Powołując do życia ORMO, PPR chciała poddać ten żywioł odgórnej kontroli. Nowa organizacja miała opierać się na bezpłatnej, ochotniczej służbie – jej członkowie otrzymywali legitymacje, opaski na ramię, prawo do noszenia broni, ale zarazem stawali się częścią hierarchicznej struktury: musieli słuchać rozkazów, uczestniczyć w zbiórkach i składać meldunki.

ORMO powołano 21 lutego 1946 r. „w związku z koniecznością wzmożenia walki z bandytyzmem, rabunkami i innego rodzaju przestępstwami oraz wzmocnienia ochrony spokoju i porządku publicznego”. Stała się masową organizacją paramilitarną, liczebnie dorównującą wszystkim innym uzbrojonym formacjom MSW. Zygmunt Augustyński, redaktor naczelny opozycyjnej peeselowskiej „Gazety Ludowej”, po latach napisał we wspomnieniach: „Było jasne, że komuniści zmierzają do tego, ażeby ludzi łatwowiernych zaprząc do »ochotniczej« roboty szpiclowskiej, ażeby tysiące chłopów i robotników przemienić w donosicieli i konfidentów, związać ich z reżimem przez pełnienie funkcji hańbiących. (...) ORMO stworzono, ale w jego szeregach znaleźli się tylko komuniści albo wykolejeńcy i przestępcy kryminalni”.

Najdzielniejsi spośród klasy robotniczej

Wkrótce komórki ORMO, liczące od 30 do 300 osób, powstały przy większych fabrykach, w dzielnicach miast i na wsi. Formalnie podporządkowane były lokalnym posterunkom milicji i wspierały funkcjonariuszy w codziennej służbie, jednak rychło okazało się, że zadaniem ormowców miało być nie tylko przeciwdziałanie rozbojom i szabrownictwu. Stanisław Radkiewicz, minister bezpieczeństwa publicznego, w rozkazie dziennym z okazji trzeciej rocznicy utworzenia organizacji, pisał: „ORMO potrafi skupić w swych szeregach najdzielniejszych ludzi spośród klasy robotniczej, spośród biednych i średniorolnych chłopów, spośród młodzieży pracującej. (...) Ileż szlachetnej nienawiści do imperializmu, do dawnego kapitalistycznego ustroju i systemu wyzysku człowieka przez człowieka, ileż cennych i pięknych marzeń i tęsknot przepaja serca tej ponad stutysięcznej armii ormowców”.

Członkowie ORMO, na równi z żołnierzami Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego i funkcjonariuszami UB, używani byli do zwalczania podziemia antykomunistycznego. Łamy dwutygodnika „Ormowiec” z pierwszych lat po wojnie zapełnione są opisami dramatycznych pościgów i nocnych zasadzek. Oto bohaterscy działacze organizacji stają w obronie terroryzowanych mieszkańców wsi, mszczą skrytobójczo zgładzonych kolegów. Tylko dzięki żelaznym nerwom, wielkiej ideowości i świetnemu wyszkoleniu potrafią pokonać przeważające siły przeciwnika – „pogrobowców faszyzmu”, „niedobitki reakcji”, „tchórzliwie strzelających zza węgła bandytów spod znaku AK, WiN i NSZ”.

Nadeszło referendum w czerwcu 1946 r., a wraz z nim, jak głosiła propaganda, „pierwszy masowy egzamin sił ORMO”. Organizacja była już po pierwszej weryfikacji swoich szeregów, a ochotnicy z opaskami na ramieniu najczęściej mieli już także w kieszeni legitymację PPR. Oficjalnie władze wyznaczyły jej zadanie ochraniania lokali wyborczych, przewożenia protokołów komisji oraz kart do głosowania. W rzeczywistości ormowcy w dniu referendum nie pozwalali mężom zaufania z PSL obserwować obliczania wyników, a także dorzucali do urn czyste karty, które – o co PPR zadbała wcześniej w ordynacji – uznawano za głosy „3 razy tak”.

Dwa miesiące później ORMO otrzymało nową broń i nowe zadania. Roman Zambrowski mówił na posiedzeniu Sekretariatu KC PPR: „Nasz partyjniak nie jest przygotowany do robienia wyborów w sposób, że tak powiem, plebejski. Mówimy dużo o demokracji, przeprowadzamy ją w partii i to jest słuszne. Ale [poprzez ORMO] trzeba u wszystkich członków partii rozkręcić rozmach, zaciętość w rodzaju »my im damy wybory«. Będziemy mieć niezawodnie dużo przegięć ordynarnych, chamskich, lecz są one nieuniknione. Trzeba wnieść zdrowy, klasowy nurt do walki i tym tylko wziąć klasę robotniczą”.

W styczniu 1947 r. blisko 100 tys. ormowców oddelegowano do „ochrony” wyborów. Zgodnie z zaleceniem władz PPR, że „dość się patyczkować i bawić, wroga trzeba wziąć za łeb”, aktywnie wystąpili przeciwko działaczom PSL. Ludowców bito i wywożono daleko od miejsca zamieszkania, zaś wyborców, o których wiedziano, że nie sympatyzują z „blokiem demokratycznym”, starano się nie dopuszczać do udziału w głosowaniu.

Od tego momentu ORMO stało się partyjną bojówką na służbie stalinowskiej rewolucji. Organizacja oddała nieocenione usługi podczas ogłoszonej w maju 1948 r. tzw. bitwy o handel. Dziesiątki tysięcy jej działaczy uczestniczyło w walce z prywatnymi przedsiębiorcami: tropiło sprzedawców zawyżających ceny lub handlujących towarami, na które państwo zagwarantowało sobie monopol. Najważniejszym produktem strategicznym było mięso. W poszukiwaniu nielegalnego uboju ormowcy urządzali prawdziwe obławy.

„Zachrzęściły karabiny, buty zazgrzytały o boki samochodu. (...) Wchodzimy do »wzorowego« zakładu rzeźnickiego. Po alarmie wszystko przygotowane do odparcia »wroga«. Opasły właściciel zakładu z furią prezentuje papiery udowadniające legalność przedsiębiorstwa. Czemuż to u tego »uczciwego obywatela« tyle nienawiści w spojrzeniu? Wszyscy spekulanci w czasie okupacji głosili, że »obowiązkiem Polaka jest przetrwać«. Dziś też chcą się na nas tuczyć i nienawidzą za to, że się przed tym bronimy”.

Na podobnej zasadzie ormowcy wspomagali władze w ściąganiu dostaw obowiązkowych – otrzymywali premie za odnalezienie schowanych w gospodarstwie zwierząt lub zboża. Nic dziwnego, że podczas kontroli nieraz dochodziło do rękoczynów. Za pobicie ormowca groziły zaś wysokie kary, gdyż czyn taki kwalifikowany był zgodnie z małym kodeksem karnym jako „działanie na szkodę Państwa Polskiego”.

Ormowcy ciągle są na straży

Przemiany po 1956 r. nie odbiły się na rozwoju organizacji. Jej szeregi rosły w szybkim tempie, by w szczytowym 1979 r. osiągnąć ponad 450 tys. członków. ORMO nadal miała być czymś więcej niż tylko uzupełnieniem milicyjnych patroli – władze widziały w niej ucieleśnienie idei państwa policyjnego, w którym obywatele sami się pilnują, donoszą na nieprawomyślnych sąsiadów, a serwowany przez „Trybunę Ludu” obraz świata przyjmują za swój.

Organizacja przyciągała specyficzny typ człowieka, uwielbiającego władzę nad innymi ludźmi, dyscyplinę i opiewany w propagandzie ład i porządek. W okolicznościowym albumie, wydanym przez resort spraw wewnętrznych z okazji 40-lecia powstania ORMO, znajdziemy m.in. wiersz napisany przez jej wieloletniego członka: „Bez względu na to, jakie były »zakręty«/błędy, wypaczenia, kryzysy,/ormowiec nie zważał, że jest wyklęty,/przez wrogów socjalizmu i »farbowane lisy«./Ormowcy ciągle są na straży,/praworządności, ładu i porządku/ i niech nikomu się nie marzy,/ odchodzić od granic spokoju i rozsądku”.

Działacze organizacji patrolujący ulice w charakterystycznych beretach i opaskach mieli poczucie, że są niezastąpieni. „ORMO to była taka instytucja, że po prostu dbała o bezpieczeństwo dziewczyny, chłopaka – wspomina ormowiec z Jabłonowa Pomorskiego. – Chłopak poszedł na randkę z dziewczyną. A ORMO była zawsze gdzieś w pobliżu i dbała, żeby oni mogli posiedzieć na ławce, pocałować się na ławce. Od tego było ORMO. (...) To, co się źle działo, na ulicy, w kawiarni, gdzieś, to ormowiec patrzył, przychodził i reagował. Jeżeli nie mógł sam nic zrobić, to zwracał się do milicjanta. Ale zawsze ktoś się czegoś bał. (...) Gdybym ja był ormowcem nadal, to żadne małolaty by tu nie chodziły po dwudziestej drugiej”.

Członkowie ORMO nie uznawali wychowawczych nowinek: uważali, że młodzież powinna się dużo uczyć, schludnie ubierać i nie tracić czasu na głupstwa. Wraz z nauczycielami krążyli po mieście, sprawdzając, czy uczniowie nie wagarują, nie palą papierosów i w tramwaju ustępują miejsca starszym. Aktywiści z biało-czerwoną opaską przedpołudniami patrolowali parki i okolice kin, zatrzymywali młodych ludzi i spisywali dane ze szkolnych legitymacji. Gdy u schyłku lat 60. do Polski dotarła moda na długie włosy, co gorliwsi ormowcy łapali nastolatków na ulicach i siłą prowadzili do fryzjera.

Jednym z przywilejów ormowca było prawo do służbowej broni – chociaż z czasem pepesza została zastąpiona przez zwykłą tetetkę. „Kto by nie lubił, zwłaszcza będąc młody, z bronią chodzić? Nie ma chyba takiego” – wspomina były komendant ORMO z Kępna. Prasa chętnie publikowała reportaże z obozów szkoleniowych ORMO, na których ochotnicy niczym komandosi ćwiczyli walkę wręcz, strzelanie do ruchomego celu i biegi przełajowe na azymut. Członkiem ORMO był też Pan Samochodzik, bohater serii książek dla młodzieży, idol nastolatków. W telewizji i literaturze popularnej kreowano wizerunek ormowca prawdziwego mężczyzny: młodego, odważnego i wysportowanego. Nawet jeśli w relacjach z rocznicowych uroczystości przeważali zażywni panowie w średnim wieku.

Kolejnym symbolem ormowskiej władzy był milicyjny lizak. Wraz z tzw. probierzem trzeźwości (czyli popularnym balonikiem), bloczkiem mandatowym i specjalną odznaką stanowił atrybut Społecznego Inspektora Ruchu Drogowego – najbardziej elitarnej formacji ORMO, w szczytowym momencie liczącej kilkanaście tysięcy członków. Warunkiem przynależności było posiadanie własnego samochodu, w PRL dobra luksusowego. Stąd inspektorzy rekrutowali się głównie spośród dziennikarzy, artystów, literatów, prawników i lekarzy.

Legitymacja Społecznego Inspektora dawała poczucie władzy. Ormowiec, gdy ktoś zajechał mu drogę, zamiast miotać przekleństwa, mógł wyjąć lizak, zatrzymać winowajcę. Co więcej – samochody z ormowską odznaką na przedniej szybie nie były zatrzymywane do milicyjnej kontroli drogowej. Legitymacja dawała więc gwarancję nietykalności miłośnikom szybkiej jazdy i alkoholu.

Za ochotniczą służbę dla ludowej ojczyzny z zasady nie płacono, jednak członkowie ORMO otrzymali liczne przywileje. Mieli prawo korzystać z lecznic, ośrodków zdrowia i domów wczasowych resortu spraw wewnętrznych. Byli preferowani przy rozdziale deficytowych dóbr, zwłaszcza mieszkań i samochodów. Otrzymywali nagrody pieniężne z okazji np. jubileuszu wstąpienia do służby albo świąt państwowych. Wyróżniający się aktywiści mogli liczyć na zatrudnienie w milicji lub służbie bezpieczeństwa. Ponad połowa ormowców była zresztą spokrewniona z pracownikami aparatu bezpieczeństwa – nic dziwnego, że w tajnych dokumentach Departamentu Kadr i Szkolenia MSW nazywano ORMO „zapleczem kadrowym resortu”.

Status oficjalnego pomocnika milicji pozwalał ubiegać się o inne stanowiska w lokalnej nomenklaturze i nieraz rekompensował brak wykształcenia. Oto pod koniec lat 60. pewien działacz PZPR zwrócił się z prośbą, by służbę w ORMO zaliczono mu do stażu partyjnego. W liście do KC argumentował (pisownia oryginalna): „Towarzysze jestem Komędantem ORMO od samego założenia co dostałem 2 odznaczenia i nagrodę pieniężno. Jestem członek Prezydium, Zostałem wybrany na członka do Komitetu Gmminnego w Pińczowie, Jestem Prezesem Opieki Społecznej, Jestem członek z Bowidu. Jestem Przewodniczący Spółki Wodnej. [...] Towarzysze dostałem Grafik jako Komędant Ormo rozłożyć wartę z członkuw Ormo na cały tydzień i Święta poto żeby był spokui w środowisku i musiałem dopilnować po całych nocach i nie szacowałem tego i chcem pokazać Komisyi żeja się udzielam społecznie”.

Pałka ormowca działa na froncie

Mimo wysiłków propagandy, ormowcy budzili w społeczeństwie raczej politowanie niż szacunek. Drwiono z ich ważniackiej pozy i pomalowanych na niebiesko kasków motocyklowych. Pogardzano nimi za donosicielstwo i służalczość wobec władzy – „milicjantom za to płacą i muszą to robić, a wy to robicie za darmo i jeszcze nazywacie to pracą społeczną”. Jak wynika z badań socjologicznych zleconych przez MSW, członkowie ORMO boleśnie przyjmowali niechętny stosunek mieszkańców. Marzyli o tym, by mieć autorytet (lub raczej – budzić postrach) i skrzętnie wykorzystywali każdą sposobność do zademonstrowania siły.

Okazji takich dostarczała służba w tzw. oddziałach zwartych ORMO. Aktywiści uformowani w kilkudziesięcioosobowe oddziały i wyposażeni w pałki już na początku lat 60. wyróżniali się brutalnością podczas ochraniania meczów piłkarskich. Zasłynęli w marcu 1968 r., kiedy z furią katowali manifestujących studentów. Dla nich była to „rozróba gównażerii, której przewróciło się w głowach” (pis. oryg.) – a bicie miało być najlepszym środkiem na przywrócenie dyscypliny i szacunku dla starszych.

Czas stanu wojennego to dla ormowców złote lata. Po okresie „anarchii i warcholstwa” znów czuli się potrzebni. ORMO patrolowała ulice, zamalowywała opozycyjne napisy, zbierała ulotki, przekazywała „informacje o zaistniałych zgromadzeniach”. Aktywiści sprawdzali, czy przestrzegana jest godzina policyjna – m.in. nie dopuszczając do ustawiania się nocą kolejek przed sklepami. Znów, jak w latach 40., ormowcy ruszyli do walki z prywatną inicjatywą w ramach „działań na froncie antyspekulacyjnym”. Nazwy ogólnopolskich akcji ORMO z tego okresu mówią same za siebie: „Spokój”, „Porządek”, „Rynek”.

Organizacja realizowała też cele polityczne, przeciwdziałając manifestacjom podziemnej Solidarności. Prowadzone w ostatnich latach śledztwo IPN wykazało, że w stołecznych strukturach ORMO działała zakonspirowana grupa, której członkowie mieli wnikać w szeregi demonstrantów i dopuszczać się czynnej agresji wobec ZOMO (np. rzucania kamieniami) oraz wandalizmu. Z kolei, gdy następowała interwencja sił porządkowych, ormowcy wyciągali z tłumu osoby zidentyfikowane wcześniej jako przywódcy protestu i oddawali je w ręce milicji.

Gdy w listopadzie 1989 r. Obywatelski Klub Parlamentarny przedstawił w Sejmie projekt ustawy o rozwiązaniu ORMO, poparli go nawet posłowie PZPR.

Autor jest adiunktem w Instytucie Studiów Politycznych PAN. W tekście wykorzystał m.in. cytaty z filmu Jerzego Morawskiego „ORMO czuwa”.

Polityka 08.2011 (2795) z dnia 19.02.2011; Historia; s. 50
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

UKRAINA: Wołodymyr i jego drużyna

Prezydent Wołodymyr Zełenski wystartował z najbardziej ambitnym programem reform w historii kraju. Krytycy twierdzą, że ta niecierpliwość zgubi albo jego, albo Ukrainę.

Oleksandra Iwaniuk
18.09.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną