Historia

Z żyletkami na sztorc

Antyżydowskich pogromów było w Polsce lat 30. co najmniej kilkadziesiąt

Demonstracja antyżydowska na Uniwersytecie Warszawskim, listopad 1936 r. Demonstracja antyżydowska na Uniwersytecie Warszawskim, listopad 1936 r. Narodowe Archiwum Cyfrowe
Pogrom w Przytyku, w marcu 1936 r., przeszedł do historii jako jeden z najkrwawszych. Jednak podobnych antyżydowskich rozruchów wydarzyło się w Polsce lat 30. co najmniej kilkadziesiąt.
Rynek w Przytyku, lata 30.Narodowe Archiwum Cyfrowe Rynek w Przytyku, lata 30.
Legitymacja żydowskiego studenta UW z wbitą pieczęcią 'miejsce w ławkach nieparzystych'.Wikipedia Legitymacja żydowskiego studenta UW z wbitą pieczęcią "miejsce w ławkach nieparzystych".

Tekst został opublikowany w POLITYCE w maju 2011 roku.

Napięta atmosfera utrzymywała się w Przytyku już od połowy 1935 r. Trzytysięczne miasteczko niedaleko Radomia znalazło się w centrum antyżydowskiej akcji bojkotowej, zorganizowanej w powiecie przez Stronnictwo Narodowe. Endeckie bojówki odganiały kupujących od żydowskich straganów i wyrzucały żydowskich sprzedawców z rynku. Kilkakrotnie doszło do pobicia handlarzy. „Podkreślić należy wyraźnie, że rzucone przez Stronnictwo hasło bojkotu ekonomicznego Żydów podjęte zostało w sposób żywiołowy przez całe miejscowe chłopstwo, atawistycznie wrogo ustosunkowane do Żydów” – pisał w urzędowym sprawozdaniu wojewoda kielecki, dodając, że istniejący stan rzeczy „doprowadza do rozpaczy handlarzy zagrożonych u podstaw swego bytu”.

Doroczny jarmark wiosenny miał się stać dla Żydów z Przytyka – stanowiących 90 proc. jego mieszkańców – szansą na odrobienie strat. 9 marca 1936 r. do miasteczka zjechało kilkaset furmanek i prawie 4 tys. chłopów, głównie mężczyzn. Również miejscowa policja przygotowała się na ten dzień, zwiększając obsadę posterunku z 5 do 16 funkcjonariuszy. Do drugiej po południu panował spokój. Obok kilkudziesięciu chłopskich kramów rozstawiło swoje stragany kilkunastu Żydów. W pewnym momencie do żydowskich straganów podszedł młody chłopak i zaczął wykrzykiwać: „swój do swego, nie kupuj u Żyda!”, a następnie uderzył protestującego sprzedawcę.

Na miejscu szybko pojawiła się policja. Dwóch posterunkowych usiłowało wylegitymować agitatora, a kiedy odmówił, postanowili odprowadzić go na posterunek. W obronie zatrzymanego wystąpili jednak chłopi, uzbrojeni w kamienie i orczyki. Funkcjonariusze zaczęli się wycofywać w stronę posterunku, a agresywny i miotający obelgi tłum ruszył za nimi. Zatrzymał się dopiero, gdy drogę zagrodził mu szpaler policjantów z karabinami.

Tymczasem na rynku zapanował chaos. Część chłopów w panice pakowała towar i odjeżdżała – jednak kilku podbiegło do żydowskich straganów, zaczęło je przewracać i bić właścicieli.

Wtedy do akcji wkroczyła grupa Żydów, z których część – zawczasu przygotowana do odparcia spodziewanych ataków – uzbrojona była w rewolwery i pałki. Jak się wydaje, ofiarami ich odwetu padły po części przypadkowe osoby. W trakcie szarpaniny w wąskiej uliczce kilku chłopów zostało pobitych; pozostali zaczęli wtedy zeskakiwać z furmanek i atakować Żydów. W pewnym momencie padły strzały: od kuli, wystrzelonej z okna żydowskiego mieszkania, zginął na miejscu Stanisław Wieśniak, Żydzi postrzelili też dwóch innych Polaków. Wieści o ofiarach szybko się rozeszły i rozsierdziły tłum.

Od tego momentu policja nie miała już szans na opanowanie biegu wydarzeń. „Nieopanowany i niekiełznany niczym tłum przechodził z mieszkania do mieszkania i za pomocą drągów, kamieni i kłonic wyważał okiennice i okna z ramami, rozbijał meble, bił mieszkańców – napisano potem w urzędowej rekonstrukcji wydarzeń. – W trakcie tych zajść jedna z grup młodych chłopców napadła na mieszkanie szewca Joska Minkowskiego, gdzie po wyrwaniu okien i zdemolowaniu urządzenia pobili jego dzieci Gawrysia i Szmula oraz uderzeniami drągów bestialsko zamordowali Joska i Chaję”.

W pogromie zabito dwie osoby i poraniono kilkadziesiąt, zniszczono dobytek (najczęściej skromny) wielu rodzin. Zajścia trwały niespełna godzinę, po czym syty zemsty tłum rozproszył się. Przybyły właśnie z Radomia oddział policji był już właściwie niepotrzebny. Cenzura wprowadziła natychmiast embargo na informacje o walkach w Przytyku. Prasie pozwolono jedynie przedrukować lakoniczny i mocno niepełny komunikat Polskiej Agencji Telegraficznej. Z wyjaśnieniem przebiegu zdarzeń trzeba było poczekać do procesu.

Na początku czerwca Sąd Okręgowy w Radomiu przystąpił do rozpoznawania sprawy 57 oskarżonych: 43 Polaków i 14 Żydów. Rekonstrukcja przebiegu wypadków okazała się jednym z najbardziej żmudnych zadań w dziejach polskiego wymiaru sprawiedliwości. Ksawery Pruszyński pisał w reportażu z sali sądowej: „Proces nie robi prawie wrażenia procesu, sąd nie przypomina zwykłego sądu. To jakby do laboratorium wielkiej wytwórni filmowej przyniesiono kilkaset różnych fotograficznych wersji tego samego wydarzenia i rozwijano je tu po wywołaniu, badając, naświetlając i krając.(...) Film stanie się na chwilę straszliwie wyraźny: będziemy wtedy w niskich izbach żydowskiego domu, ramy jego okien ugną się pod ciężarem kamieni, troje małych, wystraszonych dzieci będzie wyciąganych za nogi, włosy i główki spod nędznego łóżka, zamachną się nad nimi ciężkie chłopskie orczyki. W ciasnym przedsionku będzie ciemno, i znowu nie zobaczymy twarzy ludzi, którzy pałkami będą miażdżyli podstawę czaszki, kość ciemieniową, żyłkowaną błękitnie wypukliznę skroni biednego żydowskiego szewca. (...) Jeszcze raz podniosą nam zmiażdżoną i domiażdżoną pałkami po śmierci głowę Joska Minkowskiego, każą się wpatrzeć w to, co pozostało z rozbitej orczykami od wozów i przesieczonej nożem czy ostrzem chłopskiej kosy głowy Chai Minkowskiej. Ale tego wszystkiego, co było przedtem, nikt, tak jak było, nie przedstawi. Po trzech tygodniach nie da się nawet ustalić, w jakim porządku należy zlepić poszczególne fragmenty straszliwego filmu”.

Po trzech tygodniach zapadł wyrok: trzech Żydów otrzymało kary od 6 do 8 lat więzienia, 30 osób zostało skazanych na uwięzienie paromiesięczne. Co znamienne – sąd nie wskazał odpowiedzialnych za zabójstwo małżeństwa Minkowskich. Czy werdykt podyktowany był racjami politycznymi, czy obiektywnymi trudnościami w ustaleniu prawdy? Trudno to dzisiaj jednoznacznie rozstrzygnąć. Niewątpliwie sprawców po stronie żydowskiej łatwiej było zidentyfikować, byli bowiem mniej liczni i posługiwali się charakterystyczną bronią – rewolwerem. Polacy bili i mordowali jako zwarty tłum, co utrudniało ustalenie, kto konkretnie zadał śmiertelne ciosy. Z drugiej strony, prasa socjalistyczna i żydowska podnosiły, że sąd chętniej dawał wiarę zeznaniom polskich świadków, a łagodne wyroki dla uczestników pogromu zapadły pod naciskiem lokalnej społeczności i miały nie tyle uczynić zadość sprawiedliwości, ile oddalić groźbę chłopskich rozruchów.

Werdykt sądu przez część opinii publicznej odebrany został jako skandaliczny i sankcjonujący antyżydowską przemoc, natomiast prasa nacjonalistyczna przyjęła go z umiarkowaną satysfakcją.

W tym samym 1936 r. doszło jeszcze do pogromów w Mińsku Mazowieckim i Myślenicach. W maju 1937 r. po ulicach Brześcia rozeszła się wieść o śmierci policjanta, który nakrywszy nielegalną jatkę żydowską, został pchnięty przez rzeźnika nożem. W atmosferze podminowanej antysemickimi hasłami wydarzenie to zadziałało jak detonator. Najpierw doszło do ataku na żydowskie stragany na rynku, następnie tłum, podzielony na kilka grup, ruszył w miasto. „Wypadki dnia 13 maja miały charakter wybitnie antyżydowski – czytamy w sprawozdaniu kontrwywiadu wojskowego. – Nawet najciemniejsze indywidua, demolujące sklepy czy wybijające szyby wykrzykiwały od czasu do czasu »Niech żyje Polska chrześcijańska! Bij Żydów«. (...) Każdy policjant, który energicznie działał, był obrzucany epitetami w rodzaju »żydowski wojtek«, »żydowski parobek«. Ponieważ ślubna żona prezydenta miasta Wójcika Mariana jest Żydówką z Brześcia, przeto i o tym ulica nie zapomniała. Podekscytowane rozruchami baby przypominały niekiedy sobie prezydenta i wykpiwały: »Do Wójcika chodźmy! Żydówkę u siebie przetrzymuje. Do niego k...a jego mać chodźmy«”. W efekcie pogromu 50 Żydów trafiło do szpitala, a ponad 800 domostw i warsztatów zostało zrujnowanych.

Szacuje się, że w latach 1935–38 w wyniku zajść antyżydowskich rannych zostało 1300 Żydów w ponad 150 miastach i miasteczkach. Tłem agresji były najczęściej hasła bojkotu ekonomicznego, przy czym oprócz masowych, spontanicznie wybuchających rozruchów regularnie dochodziło też do planowych aktów terroryzmu. Bojówkarze SN lub ONR urządzali rajdy po mieście, tłukli szyby w żydowskich sklepach, rzucali bomby, bili sprzedawców i kupujących. Skala zjawiska jest stosunkowo łatwa do oszacowania, gdyż o każdym incydencie z satysfakcją donosiła prasa nacjonalistyczna.

Krew lała się również na uniwersytetach. Od początku lat 30. narodowcy domagali się zamknięcia młodzieży żydowskiej wstępu na wyższe uczelnie, żądali także, by ci, którzy już studiują, zajmowali miejsca w wydzielonej części sal wykładowych – tzw. getcie ławkowym. Bojówki Sekcji Akademickiej SN biły studentów żydowskich próbujących siadać gdzie indziej. Zwłaszcza na uczelniach warszawskich, wileńskich i lwowskich do podobnych krwawych ekscesów dochodziło w latach 1935–38 niemal codziennie.

Łamy prasy narodowej i syjonistycznej z tego okresu wypełnione są opisami napadów, pogoni, znęcania się. Z gazetowych relacji możemy się dowiedzieć, jakiego rodzaju obrażenia odnosili Żydzi z rąk Młodzieży Wszechpolskiej i członków ONR. Narodowcy najczęściej uzbrojeni byli w drewniane laski (noszone przez członków studenckich korporacji), czasami najeżone osadzonymi na sztorc żyletkami – stąd rozbite głowy i głębokie cięcia na twarzach i rękach. Duży procent ofiar wymagał pomocy pogotowia ratunkowego – bywało, że w okresach szczególnego wzmożenia napaści karetki dyżurowały na okalających uniwersytety ulicach.

Natężenie aktów przemocy budziło sprzeciw nawet wśród polityków dalekich od lewicowych sympatii. Stanisław Grabski, jeden z przywódców obozu narodowego u progu niepodległości, zanotował w pamiętnikach: „W latach 1937 i 1938 widziałem coraz jaśniej, że antysemicka akcja młodzieży wszechpolskiej zatruwa jej duszę jadem iście pogańskiego nacjonalizmu (...) Organizowane były te wybryki w ten sposób, że na Uniwersytet [Lwowski] przychodziły bojówki złożone ze studentów Politechniki i one wyrzucały żydowskich słuchaczy z ławek, które zajmowali polscy akademicy, do »getta ławkowego« albo i całkiem z sal wykładowych, przy czym opierających się Żydów bito pałkami aż do silnego ich pokrwawienia, niejednokrotnie też grupy bojowców przerywały wykłady, wzywając studentów do natychmiastowego udania się na wiec akademicki, samowolnie, bez zezwolenia rektora, zwołany”.

Jesienią 1936 r. głośny stał się artykuł Marii Dąbrowskiej „Wstyd doroczny”, zawierający protest i apel pisarki: „Każdy początek roku akademickiego przynosi we wszystkich prawie miastach Polskich rozpętanie się ekscesów antyżydowskich, urągających już nie tylko cywilizacji, ale najelementarniejszym uczuciom ludzkim i obywatelskim. (...) Czyż ten, co pałkę, nóż, kastet i ukryty w teczce studenckiej łom żelazny uczynił dziś symbolem polskiego akademika, jest w stanie, jeżeli nie zrozumieć, to bodaj odczuć słowa, dyktowane przez uczciwość i ciężką troskę obywatelską”.

„Wszechpolak” napisał wówczas w odpowiedzi: „Nie straszcie nas kulturą, bo zobaczycie, że różnimy się zupełnie, że nie miękki fotel klubowy, czy wygoda kawiarnianego stolika, ale moc ducha – choćby w brutalnych wyrażona formach – jest naszym ideałem!”.

Działania bojówek nie były z pewnością incydentalne, ale jeszcze bardziej wszechobecna była towarzysząca im antysemicka propaganda. Hasło „odżydzenia Polski” stało się w tym czasie naczelnym postulatem obozu narodowego – programem w nieskończoność rozwijanym i uzasadnianym na łamach prasy nacjonalistycznej i w niektórych tytułach katolickich, takich jak „Mały Dziennik”, wysokonakładowe pismo wydawane przez franciszkański Niepokalanów. Domagano się wprowadzenia „paragrafu aryjskiego” we wszystkich urzędach, szkołach oraz instytucjach użyteczności publicznej. Postulowano odebranie Żydom majątków, praw obywatelskich, zakazanie pisania po polsku i „oczyszczenie kultury narodowej z żydowskich naleciałości”. Ksiądz Stanisław Trzeciak, jeden z głównych ekspertów Kościoła od spraw judaizmu, demaskował przyrodzone Żydom nieprawości jako wynikające z „etyki Talmudu” i pisał, że „Żyd nawet chrzczony, Żydem w duszy zostaje”. Przez łamy prasy przetoczyła się fala artykułów żądających „odżydzenia” parków miejskich, kolei, kąpielisk i domów wczasowych, by Polacy nie musieli znosić widoku „budzących obrzydzenie chałatowych spacerowiczów”.

W połowie lat 30. w publicystyce nacjonalistycznej coraz częściej pojawia się słowo getto. Pierwotnie odwoływano się do tego pojęcia, żądając nadania Żydom statusu obywateli drugiej kategorii, jednak z czasem zaczęto przypominać o jego pierwotnym znaczeniu, wychwalając usankcjonowaną niegdyś przez Kościół instytucję zamkniętej dzielnicy mieszkaniowej. „Dzięki akcji Stronnictwa Narodowego jest też dziś, jak nigdy, na czasie hasło – Żydzi do getta. My Żydów z Polski całkiem usuniemy – zapowiadał „Wszechpolak” we wrześniu 1937 r. – Dla przestępców są więzienia. Odgrodzone od życia wysokim murem, zakratowane, pozamykane i pilnie strzeżone. Więźniowie chodzą w ubraniach odróżniających ich od otoczenia. Jeśli się ich wypuszcza na zewnątrz, to pod opieką i o specjalnej porze. Dla chorych na zaraźliwe choroby, dla trędowatych są stworzone warunki, które reszty społeczeństwa nie narażają na skutki zetknięcia z nimi. Nie można tu robić wyjątków. I nie wolno dopuszczać do tego, żeby ci trędowaci w życiu społeczeństwa rej wodzili. (...) Trzeba ich odgrodzić od nas! Drutu! Drutu! Kolczastego drutu i Żydzi do getta!”.

Rok później na ulicach miast i miasteczek pojawiły się kolorowe plakaty „Żydzi do getta”. Pod rysunkiem przedstawiającym miotłę zgarniającą mrowie małych postaci o charakterystycznych wydatnych nosach napisano: „»Getto« – to zamknięty teren, gdzie Żydom wolno żyć i zarobkować. Dopóki Żydów całkowicie z Polski nie usuniemy, trzeba im we wszystkich dziedzinach życia polskiego wyznaczyć »Getto«”. Poprzez artykuły, plakaty, ulotki – a także wystąpienia endeckich polityków na wiecach, organizowanych w miastach i miasteczkach – antysemickie klisze przesączały się do społecznej wyobraźni. Nacjonalistyczna agitacja była odpowiedzialna nie tylko za awantury na jarmarkach, Przytyk, Brześć i getto ławkowe, ale także – za odczłowieczenie wizerunku Żydów. W gazetach i na plakatach pojawiły się krzykliwe grafiki operujące prostymi skojarzeniami: brud – wszy – Żydzi – tyfus. „Dzielnica żydowska gniazdem tyfusu w Warszawie!” – grzmiał w tytule „Warszawski Dziennik Narodowy”. Ta sama gazeta domagała się w 1939 r. urządzania przymusowych kąpieli dla Żydów.

Najbardziej radykalny był pod tym względem język „Falangi”. „Nalewki czekają dezynfekcji – pisał tygodnik w 1938 r. – Tylko że tam już nie płoty, ale całe domy, bloki, ulice trzeba burzyć (...). I wrzątku nie żałować, bo to wszystko brudne, zaplute, zażydzone i parszywe (...). Mówią nawet, że jest to jedyna dzielnica w Warszawie, dla której żaden nalot samolotowy nie jest groźny. Najcięższa bomba zawiśnie w powietrzu (...) taka tam ciężka atmosfera. A jeśli te wszystkie czarne republikany, karaluchy, demokraty chałatowe i pluskwy zechcą rozleźć się po całej stolicy – dam jeszcze jedną radę (...). Otoczyć Nalewki wysokim murem. Zawalić wszystkie przejścia kamieniami”.

Komentując podobne artykuły, socjalistyczny „Robotnik” pisał: „Jest to pośrednia apoteoza pogromów! Apetyty antysemitów endeckich rosną: wkrótce zapewne wystąpią z projektem powszechnego wytępienia Żydów przy pomocy gazów”.

Z pewnością radykalny antysemityzm narodowców trzeba widzieć w kontekście panującej w II RP kultury politycznej, zdominowanej przez krzykliwe hasła i programy, często zupełnie fantastyczne i niemające pokrycia w rzeczywistości. Nawet jeśli endecy z sympatią pisali o antyżydowskiej polityce Hitlera, w Polsce nie było ustaw norymberskich ani nocy kryształowej. Czy jednak retoryka nienawiści wobec Żydów, tak mocno obecna w życiu politycznym i społecznym lat 30., pozostała bez wpływu na postawy Polaków wobec Żydów w okresie okupacji? Trudno nie postawić tego pytania.

Autor jest adiunktem w Instytucie Studiów Politycznych PAN.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Nauka

Ożywianie mózgu po śmierci i transplantacja głowy. Czy istnieją granice neuronauki?

Badaczom udało się wznowić niektóre funkcje mózgów pobranych od świń, a inny naukowiec chciałby przeprowadzić transplantację ludzkiej głowy.

Piotr Rzymski
22.04.2019
Reklama