Filtry przeszłości
Badania nad pamięcią historyczną przynoszą nie mniej zaskoczeń niż badania nad historią. Potwierdza to świeżo wydana książka o tym, jak Polacy pamiętają II wojnę światową.
Niemiecki He 111 nad Polską, wrzesień 1939 r.
Bundesarchiv/Wikipedia

Niemiecki He 111 nad Polską, wrzesień 1939 r.

Materiały promocyjne

Już prawie 40 lat temu w „Wariacjach pocztowych” Kazimierz Brandys pisał: „Przeszłość się dziedziczy w postaci wspólnej nieprawdy dla powszechnego użytku”. Nie jest to bynajmniej domeną naszych czasów, w każdej bowiem epoce instrumentalizowano i monopolizowano przeszłość zgodnie z bieżącymi lub dalekowzrocznymi potrzebami. W zależności od nich sięga się do wybranych pokładów historii, jednych bohaterów stawiając na piedestał, innych grzebiąc głęboko. Z różnym skutkiem. W każdym razie, politykę historyczną – czy też jak się nieraz obecnie mówi – politykę pamięci uprawiali Bolesław Krzywousty i Władysław Jagiełło, Jan III Sobieski i Józef Piłsudski.

Między uprawianą przez Marszałka a obecną polityką pamięci można znaleźć niemało analogii. Np. w dwudziestoleciu spory o odzyskiwanie niepodległości jako żywo przypominały dzisiejsze o 1989 r., zaś te o rewolucję 1905 r. mają sporo wspólnego z dyskusjami o latach 1970 lub 1980. Co istotne, w międzywojniu niemałe kontrowersje budziło w dalszym ciągu powstanie styczniowe. Dystans czasowy nie stanowił większego problemu – wszak w 1933 r. upływało tyleż lat od tamtego szaleńczego zrywu co w 2009 r. od wybuchu II wojny światowej.

Skoro powstanie styczniowe miało olbrzymi wpływ na historyczną świadomość dwudziestolecia, nie należy się chyba dziwić, że ogólnoświatowa hekatomba, jaką była II wojna, jest do dzisiaj najważniejszym składnikiem pamięci historycznej Polaków, punktem odniesień kultury wysokiej i popularnej, tematem zażartych sporów, źródłem trudnych (czasami niemożliwych) do obalenia i sprostowania mitów czy stereotypów. Skłaniała kolejne ekipy do jej kreatywnego wykorzystywania, historyków do opisywania (też zresztą nieraz kreatywnego), socjologów zaś do analizowania jej nie tyle materialnych, ile mentalnych skutków. Chociaż pierwsze takie badania przeprowadzono już w latach 60., na naprawdę szerokie, niepomijające nawet skromnego zaułka pamięci, nieobarczone żadnymi politycznymi tabu i nieobawiające się rozdrapywania bolesnych ran trzeba było poczekać do 2009 r.

Te pierwsze po 1989 r. kompleksowe badania przeprowadzono w specyficznych warunkach politycznych i społecznych, po trwającym dekadę prawdziwym boomie zainteresowania II wojną, dyskusji o Jedwabnem, utworzeniu Muzeum Powstania Warszawskiego. W tym samym czasie analizowanie pamięci stało się wręcz odrębną dziedziną nauki, z własnym językiem, instrumentarium, pojęciami, rzeszą badaczy – historyków, socjologów, antropologów czy kulturoznawców. Badania nad pamięcią osiągnęły taki stopień rozwoju, że można było (i można do dzisiaj) mieć nieraz wrażenie, że istotniejsze od faktów jest ich pamiętanie. Trudno autorytatywnie stwierdzić, co doprowadziło na progu XXI w. do wybuchu tej prawdziwej rewolucji pamięci: czy fakt, że historia stała się codziennym składnikiem kultury masowej, zainspirował polityków, czy też raczej ich działania pobudziły masy.

Przykładem skutecznego użycia pamięci w polityce mogą być wybory prezydenckie 2005 r., kiedy z jednej strony sukces Muzeum Powstania Warszawskiego, z drugiej przypomnienie Donaldowi Tuskowi „dziadka z Wehrmachtu” przyczyniły się do zwycięstwa Lecha Kaczyńskiego. Nic też dziwnego, że przeszłość wpisano do inwentarza najważniejszych narzędzi polityka.

Kultura pamięci przerodziła się szybko w konkurs pamięci, w którym różne strony sceny politycznej licytowały się w patriotyzmie, pamięci i upamiętnianiu. Wyraźnie można to było zauważyć po ogłoszeniu w 2008 r. opracowanej przez profesorów Pawła Machcewicza i Piotra M. Majewskiego koncepcji Muzeum II Wojny Światowej, ukochanego dziecka premiera Donalda Tuska. Fala krytyki przynosiła zarzuty od przesadnego uniwersalizmu, pozostawiającego w cieniu wyjątkowość polskich drugowojennych doświadczeń, po zbytnią „europeizację pamięci”, prowadzącą do relatywizacji pojęć „sprawca” i „ofiara”.

Ta medialna dyskusja – o przeznaczonym przecież dla szerokiego odbiorcy muzeum – toczyła się w wąskim gronie historyków, publicystów i socjologów. Kierownictwo muzeum (wspomniani Machcewicz i Majewski) zdecydowało się więc na krok najrozsądniejszy – zamówienie badań socjologicznych pokazujących, co społeczeństwo naprawdę sądzi o II wojnie i jak ją pamięta. Raport z przeprowadzonych przez Pentor Research International badań był gotowy na obchody 70 rocznicy wybuchu wojny: wtedy zresztą podpisano akt erekcyjny Muzeum II Wojny. W jaki sposób wyniki wpłyną na muzealną ekspozycję, zobaczymy za kilka lat. Na razie pozwoliły autorom – Piotrowi T. Kwiatkowskiemu, Lechowi M. Nijakowskiemu, Barbarze Szackiej i Andrzejowi Szpocińskiemu – na dopełnienie i zamknięcie dotychczasowych badań nad pamięcią II wojny.

Ich wydana ostatnio książka „Między codziennością a wielką historią. Druga wojna światowa w pamięci zbiorowej społeczeństwa polskiego” jest prawdziwym przewodnikiem po polskiej pamięci II wojny. Jak każdy dobry przewodnik, została napisana językiem zrozumiałym nie tylko dla elitarnego odbiorcy; „trasy” poprowadzono przez pamięć tak, żeby pokazać zarówno miejsca znane i lubiane, jak i nieznane, a czasami zaskakujące (albo wręcz żenujące). Warto przyjrzeć się niektórym zaułkom.

Jeżeli podczas badań przeprowadzanych w 1970 r. 55,9 proc. ankietowanych pamiętało II wojnę, to w 2009 r. już tylko 6,6 proc. Prawda jest brutalna – wkrótce, najdalej za kilkanaście lat, zostanie w przypadku II wojny przekroczona granica między tzw. pamięcią komunikatywną, trwającą najczęściej trzy pokolenia, kiedy dziadkowie mogą wnukom przekazać swoje przeżycia, a pamięcią kulturową, kiedy wspomina się wydarzenia leżące poza możliwościami obserwacji żyjących.

Trudno powiedzieć, jaki wpływ na kształt pamięci o II wojnie będzie miał brak jej bezpośrednich świadków. Wszak, jak pisze Barbara Szacka, „wydarzenia wielkiej historii stają się nośnikami pamięci rodzinnej, a pamięć rodzinna umacnia pamięć zbiorową”. Nie ulega wątpliwości, że to w rodzinach przechowano pamięć zarówno o Katyniu, jak i deportacjach z Kresów czy wypędzeniu Niemców. Ale jednocześnie rodzinny filtr, przez który przepuszczana jest przeszłość, jest często pryzmatem załamującym pamięć pod niezwykłymi nieraz kątami. Kiedyś powodem mogła być rozbieżność między dominującą w rodzinnych opowieściach, zwłaszcza kobiecych, pamięcią nie tyle o dokonaniach bohaterskich, co o szarej wojennej codzienności (pamiętam opowieści babki, że podczas Powstania Warszawskiego nie obchodziło jej, kto strzela, lecz jak przed kulami uchronić dzieci!). My zaś nie chcieliśmy (i chyba w dalszym ciągu nie chcemy) być dumni z tego, jak przetrwaliśmy, tylko jak walczyliśmy.

Obecnie zaś olbrzymia większość żyjących świadków była podczas wojny dziećmi, z natury rzeczy przyswajającymi sobie rzeczywistość w odmienny sposób niż dorośli. Nic też dziwnego, że w przekazywanej wizji przeszłości Niemiec równie często strzelał, co rozdawał cukierki. Jeżeli też wspominały strzelającego i zabijającego Niemca (Rosjanina, Ukraińca...), nie musiały być to wcale własne doświadczenia, lecz nabyte już po wojnie, dzięki zarówno opowieściom innych, jak szkole, muzeom czy mediom.

Zresztą – jak wynika z przeprowadzonych w 2009 r. badań – bezpośredni świadkowie są ważnym, ale bynajmniej nie najważniejszym kanałem wiedzy o II wojnie. Wyprzedzają co prawda publikacje naukowe, muzea, wystawy, podręczniki szkolne, a nawet Internet, ale pozostają daleko w tyle za telewizją, gazetami, radiem, a przede wszystkim filmem. To media bowiem w największym stopniu kształtują nasze zbiorowe postrzeganie przeszłości. Biorąc pod uwagę zarówno poziom nieprawdy historycznej w peerelowskich filmach wojennych, jak i komercjalizację współczesnych mediów (zwłaszcza masowych), ich nikły często profesjonalizm, bazowanie na sensacji (np. absurdalne teorie śmierci Władysława Sikorskiego), skutki mogą być (i są) fatalne.

Na pytanie socjologów o najbardziej znane wojenne filmy, najwięcej ankietowanych wskazało na „Czterech pancernych”, „Stawkę większą niż życie” i „Czas honoru”. Obejrzawszy kilka nowszych odcinków tego ostatniego serialu, rozumiem, dlaczego dołączył do peerelowskich hitów.

W pamięci zbiorowej wojna jest w dalszym ciągu czasem cierpienia i walki, okresem patetycznym i bohaterskim, więc nawet powszechna wiedza o zbrodni w Jedwabnem niespecjalnie zmienia pogląd, że Polacy nie zostali podczas wojny skalani czynami niegodnymi. Jeżeli jacyś zdrajcy i renegaci mają twarz i imię, to są to wyłącznie komuniści, z Bolesławem Bierutem, Karolem Świerczewskim i Wandą Wasilewską na czele. Nietrudno jest natomiast zgadnąć, że o czołówce polskiego panteonu bohaterów (Maksymilian Kolbe, Irena Sendlerowa, Władysław Anders, Władysław Sikorski i Tadeusz Zawadzki „Zośka”) zadecydowały zarówno wizyty w kościele czy kinie, jak i szkoła.

Są jednak dziedziny, w których wpływ mediów czy szkoły jest stosunkowo niewielki. Zaskakiwać może, że większość (57,9 proc.) osób ankietowanych w 2009 r. mieszkała w tym samym miejscu (lub okolicy), w którym wojnę przeżyła rodzina. Nic też dziwnego, że w pamięci zbiorowej trwałe są odrębności regionalne, w tym zarówno służba w Wehrmachcie, jak i w Armii Czerwonej.

Wyciągnięcie w 2005 r. „dziadka z Wehrmachtu” miało również swoją dobrą stronę, pokazując skalę problemu (od zakończenia kampanii wrześniowej po koniec 1944 r. najwięcej – może nawet 300 tys.! – polskich obywateli sprzed 1939 r. nosiło mundury niemieckie). Jednak ten fakt nie ma raczej szans na wejście do kanonu pamięci ogólnonarodowej, obok Katynia, Powstania Warszawskiego czy tzw. rzezi wołyńskich. Te ostatnie w niemałym stopniu zdecydowały o schizofrenicznym przełomie w zbiorowej pamięci – już nie Niemcy, lecz Ukraińcy postrzegani są jako najważniejsi wrogowie. Narodowościowych zaskoczeń jest zresztą w zakamarkach naszej zbiorowej pamięci znacznie więcej. O ile można zrozumieć, że wśród narodowości, z którymi najczęściej stykano się podczas wojny, znaleźli się Niemcy, Rosjanie, Żydzi, Ukraińcy i Anglicy, o tyle przekonanie, że kontakty były wtedy częstsze z Węgrami niż z Białorusinami, skłania mnie do głębokiej refleksji nad sensem zawodu historyka.

Jak pisze Andrzej Szpociński: „pamięć o przeszłości nie może się obyć bez historii”. Trudno się z tym nie zgodzić. Wypada mieć jednak nadzieję, że nie będzie się również obywać bez historyków!

Piotr T. Kwiatkowski, Lech M. Nijakowski, Barbara Szacka, Andrzej Szpociński, Między codziennością a wielką historią. Druga wojna światowa w pamięci zbiorowej społeczeństwa polskiego, Wydawnictwo Naukowe Scholar, Muzeum II Wojny Światowej, Gdańsk–Warszawa 2010 

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną