Kardynał Wyszyński - pomnik wart uczłowieczenia

Prymas z ludu
Stefan Wyszyński już za życia był pomnikiem, 30 lat po śmierci jest nim jeszcze bardziej, co tylko utrudnia spojrzenie na tę postać.
Sam prymas Hlond prosił Piusa XII, by mianował na jego miejsce właśnie niespełna 45-letniego Wyszyńskiego.
Wojciech Łaski/EAST NEWS

Sam prymas Hlond prosił Piusa XII, by mianował na jego miejsce właśnie niespełna 45-letniego Wyszyńskiego.

Uroczystość inwestytury papieskiej w Watykanie  22 października 1978 r. Prymas Stefan Wyszyński oddaje hołd nowo wybranemu papieżowi Janowi Pawłowi II.
Corbis

Uroczystość inwestytury papieskiej w Watykanie 22 października 1978 r. Prymas Stefan Wyszyński oddaje hołd nowo wybranemu papieżowi Janowi Pawłowi II.

Nie widać chętnych do odbrązawiania Prymasa Tysiąclecia. Przynajmniej w głównym nurcie polskiego życia publicznego. To samo dzieje się z Janem Pawłem II. Jego beatyfikacja dźwiga postać Wojtyły już na najwyższe piętro kultu.

Obaj na swoje pomniki ciężko zapracowali. Wojtyła najpierw swą działalnością w kraju, odkąd został biskupem i kardynałem, a potem swym pontyfikatem – rekordowo długim, bogatym i owocnym. Stefan Wyszyński zapracował na swoją legendę jeszcze dłuższym i pełnym wyzwań prymasostwem. Papieżem nie został, choć byli tacy, nie tylko w Polsce, którzy widzieli w nim pełnokrwistego papabile. Mieli po temu dobre powody. Był poważany przez biskupów Europy jako obrońca chrześcijaństwa w komunistycznej części kontynentu.

Wyszyński kierował Kościołem rzymskokatolickim w najtrudniejszym czasie stalinizmu i podczas kolejnych kryzysów ówczesnego systemu. Był prymasem podczas buntu poznańskiego i przełomu w październiku 1956 r., rewolty studentów i inteligencji 1968 r., masakry robotników Wybrzeża 1970 r., brutalnych represji, jakie znów spadły na robotników w 1976 r., wreszcie podczas strajków 1980 r., które doprowadziły do powstania Solidarności.

Po początkowym wahaniu, jak potraktować ten oddolny masowy i pokojowy ruch na rzecz głębokiej reformy systemu, włączył się do dzieła. Wspomagał przede wszystkim niezależny ruch chłopski pod szyldem Solidarności Wiejskiej. Nie dożył szoku stanu wojennego ani wynegocjowanego przy Okrągłym Stole przejścia do Polski niepodległej i demokratycznej. Czy by jej błogosławił? Tego się już nie dowiemy, ale można przypuszczać, że z błogosławieństwem ociągałby się tak, jak ociągał się z wyraźnym poparciem dla strajków sierpniowych.

Dożył za to początku pontyfikatu Karola Wojtyły i jego pamiętnej pierwszej wizyty w Polsce w 1979 r. W narodowej ikonografii na zawsze pozostanie zdjęcie prymasa padającego do nóg nowo wybranemu papieżowi Polakowi. Miał prawo czuć się współtwórcą tego pontyfikatu. Wybór Wojtyły na papieża wieńczył dzieło prymasa.

Co nie przeszkadza postawić pytania w stylu historii alternatywnej. Jak by się sprawy potoczyły, gdyby Wojtyła nie został papieżem i pozostał w kraju albo gdyby nim został, lecz Wyszyński żyłby znacznie dłużej? Bo w sprawach katolickiej ortodoksji obaj byli zgodni, za to różnili się pokoleniowo, osobowościowo, filozoficznie i politycznie. Wojtyła był bardziej otwarty na świat, mniej celebrował swoją misję, lubił poznawać nowych ludzi i z nimi rozmawiać na stopie partnerskiej. Ale łączyła go z prymasem absolutna lojalność względem Kościoła jako instytucji i względem przekazu wiary katolickiej. Wspólne było też umiłowanie kultu maryjnego, esencji masowego katolicyzmu, posunięte u Wyszyńskiego do skrajności.

Wyszyński miał korzenie ludowe, był synem wiejskiego organisty z dawnego zaboru rosyjskiego. Młodszy o prawie 20 lat Wojtyła wywodził się z, jak byśmy dziś powiedzieli, niższej klasy średniej, był urodzonym już w odrodzonej Polsce synem podoficera. Przyszły prymas skończył prawo kościelne na KUL jeszcze przed wojną. Zrobił doktorat (z pewnymi kłopotami), udzielał się jako kapłan w chrześcijańskich związkach zawodowych, pisywał do prasy katolickiej. Ewidentnie miał żyłkę społeczną, sympatyzował z chadecją, fascynował się tak zwanym korporacjonizmem, czyli systemem rządzenia praktykowanym w Portugalii Salazara i Hiszpanii Franco, próbą znalezienia trzeciej drogi między kapitalizmem i komunizmem.

Nie zajmował jasnego stanowiska w sprawie polskiego antysemityzmu, nie potępił pogromu kieleckiego w 1946 r., może z obawy, że jego wypowiedzi zostaną zmanipulowane przez komunistów, a może dlatego, że do sprawy stosunków polsko-żydowskich miał podejście sprzed epoki Wojtyły, który ma tu zasługi historyczne. Ale prymas nie był faszystą ani nacjonalistą. To warto podkreślić, bo w latach jego młodości znaczna część księży sympatyzowała z endecją. Żyłka społeczna kierowała go ku wykluczonym, a mniej ku warstwom zamożnym i elitom, którym nie ufał.

Wybitny powojenny działacz i intelektualista katolicki Stanisław Stomma tak 10 lat temu opisywał Wyszyńskiego – a znał go dobrze – w rozmowie z POLITYKĄ (22/01): „Do demokracji w dzisiejszym rozumieniu prymas wcale nie parł. Rozumiał, że musi stawać w obronie praw człowieka, że zmiany są konieczne (ale bez rozlewu krwi), a pełna demokracja była rozwiązaniem trudnym. Starał się być sprawiedliwy. Był głęboko ascetyczny, panował nad sobą. Potrafił być bardzo twardy i wymagający, a jednocześnie znajdował w sobie delikatność wobec ludzi. Czasem mówił, że władza też ma swoje nerwy, a tolerancja swoje granice. Ale nie był małostkowy”.

Tego, że Stefan Wyszyński, biskup lubelski z dwuletnim stażem, zostanie prymasem, mało kto się spodziewał. Na kościelnej giełdzie krążyły inne nazwiska. Kiedy w 1948 r. zmarł kardynał August Hlond, prymas Polski od 1926 r., Kościół zdawał sobie sprawę, że to, kto zostanie jego następcą, będzie miało zupełnie nowe znaczenie, gdyż zmienił się ustrój, a do władzy doszli marksiści widzący w katolicyzmie rywala. Ale okazało się, że to sam Hlond prosił ówczesnego papieża Piusa XII, by mianował na jego miejsce właśnie niespełna 45-letniego Wyszyńskiego. Intuicja Hlonda nie zawiodła. Lepszego wyboru ówczesny Kościół nie mógł dokonać.

Kardynał Wyszyński nie był radykałem. Był obrońcą praw kościelnych i religijnych w Polsce, ale nie szukał konfrontacji z władzami Polski Ludowej. Mimo że Watykan przez długie lata w ogóle tych władz formalnie nie uznawał. Prymas zaakceptował – co musiało być dla niego szalenie trudne – niekorzystne, w oczach wielu katolików wręcz upokarzające, porozumienie episkopatu z rządem komunistycznym w 1950 r. Ale dla Wyszyńskiego najważniejsze było, aby Kościół dalej funkcjonował. A zatem: kompromis – tak, upaństwowienie Kościoła – nie. To był wtedy i później drogowskaz Wyszyńskiego.

Wybaczył biskupom, którzy nie stanęli w jego obronie w 1953 r., kiedy został internowany, bo władze chciały w ten sposób złamać moralnie duchownych i wiernych. Po aresztowaniu prymasa papież Pius XII, zdeklarowany antykomunista, wyklina za to Bolesława Bieruta, szefa partii i państwa. Tymczasem Wyszyński na wiadomość o śmierci Bieruta w 1956 r., przecież zajadle zwalczającego Kościół, notuje w dzienniku: „Tyle razy w ciągu swego więzienia modliłem się za Bolesława Bieruta. Może ta modlitwa związała nas tak, że przyszedł po pomoc. Oglądałem się za nim we śnie – i nie zapomnę o pomocy modlitwy. Może wszyscy o nim zapomną rychło, może się go wkrótce wyrzekną, jak się dziś wyrzekają Stalina – ale ja tego nie uczynię. Tego wymaga ode mnie moje chrześcijaństwo”.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną