Historia największej bomby na świecie

Bo bomba była za duża
Eksplozja nastąpiła o 11.32 czasu moskiewskiego 30 października 1961 r. W ramach wyścigu zbrojeń Związek Radziecki zdetonował 50-megatonowy ładunek termonuklearny odpowiadający sile wybuchu 50 mln ton trotylu, największą bombę od zarania cywilizacji.
Kopia Car Bomby w Muzeum Broni Atomowej w Czelabińsku, 1992 r.
EAST NEWS

Kopia Car Bomby w Muzeum Broni Atomowej w Czelabińsku, 1992 r.

Eksplozja pierwszej bomby wodorowej Ivy Mike na atolu Eniwetok, 1 listopada 1952.
Wikipedia

Eksplozja pierwszej bomby wodorowej Ivy Mike na atolu Eniwetok, 1 listopada 1952.

Ośrodek badań nuklearnych Arzamas-16 w latach 90. Przedtem jego istnienie objęte było całkowita tajemnicą.
EAST NEWS

Ośrodek badań nuklearnych Arzamas-16 w latach 90. Przedtem jego istnienie objęte było całkowita tajemnicą.

Jeszcze kilkanaście miesięcy wcześniej nic nie wskazywało na to, że jesień 1961 r. przyniesie apogeum nuklearnej rywalizacji między supermocarstwami. Zwycięstwo Johna Kennedy’ego w wyborach prezydenckich z listopada 1960 r. zostało na Kremlu przyjęte niemal z entuzjazmem. Nikita Chruszczow, I sekretarz KC KPZR, miał wręcz żartować, że oto Amerykanie zrobili mu prezent na rocznicę rewolucji. Na tle swego poprzednika, Dwighta Eisenhowera, Kennedy prezentował się jako człowiek kompromisu i zwolennik negocjacji, otwarty na porozumienie ze Związkiem Radzieckim.

Ugodowa postawa amerykańskiego prezydenta została jednak na Kremlu odebrana jako dowód słabości. Chruszczow, przekonany, że bez problemu zdoła narzucić swoją wolę młodszemu i mało doświadczonemu politykowi, zaproponował spotkanie na neutralnym gruncie. Kennedy przyjął ofertę, jednak podczas dwudniowych rozmów, zaaranżowanych na początku czerwca 1961 r. w Wiedniu, kategorycznie odmówił zgody na propozycję radzieckiego przywódcy dotyczącą zjednoczenia Berlina – koncepcję o kluczowym znaczeniu dla Moskwy.

Chruszczow, rozjuszony nieoczekiwanym oporem, stracił panowanie nad sobą i zagroził, że jeśli Stany Zjednoczone chcą wojny, to będą ją miały. Widząc przy tym, że przecenił własne talenty negocjacyjne, zaczął szukać innych argumentów, którymi mógłby zmiękczyć stanowisko Waszyngtonu.

W lipcu 1961 r. na Kremlu odbyło się spotkanie partyjnego kierownictwa z grupą fizyków jądrowych, pracujących dla przemysłu zbrojeniowego. Był wśród nich młody i utalentowany badacz Andriej Sacharow. Właśnie przedstawiony przez niego projekt ładunku termonuklearnego o prawie nieograniczonej mocy wzbudził największe zainteresowanie Chruszczowa. Nawet po latach, w mocno wygładzonych pamiętnikach, nie potrafił ukryć, jak bardzo podnieciła go perspektywa zdobycia nowej broni: „To było coś kolosalnego. Nigdy przedtem nie mieliśmy do dyspozycji takiej potęgi!”.

Wiktor Adamski, jeden z uczestników spotkania, wspominał później: „Wszyscy, włączając Sacharowa, prezentowaliśmy naiwny, patriotyczny pogląd, że powinniśmy skonstruować jak najpotężniejszą i najbardziej skuteczną broń, o czym poinformujemy »potencjalnych wrogów« jak i »ludzi dobrej woli«, tak by mogli wpłynąć na swoje rządy i skłonić je do podpisania całkowitego zakazu prób z bronią jądrową”.

Również sam Sacharow napisał we wspomnieniach, iż miał nadzieję, że eksplozja gigantycznej bomby okaże się ostatnim takim wybuchem w dziejach zimnej wojny. Z drugiej strony, jak przyznał, fascynowało go wyzwanie intelektualne związane z całym przedsięwzięciem, zwłaszcza przezwyciężanie licznych trudności technologicznych podczas konstruowania ogromnego ładunku.

Na polecenie Chruszczowa niezwłocznie przystąpiono do budowy urządzenia, wkrótce ochrzczonego nazwą Car Bomba. Prace prowadzono w Sarowie, niewielkim mieście położonym 500 km od Moskwy i w całości przekształconym w ośrodek badań nuklearnych. Aż do lat 90. istnienie miasta-laboratorium objęte było całkowitą tajemnicą; otoczona zasiekami miejscowość nie figurowała na mapach, nawet w tajnych dokumentach posługiwano się jedynie nazwą kodową ośrodka: Arzamas-16.

Jednak samej informacji o planowanym wybuchu władze radzieckie tym razem nie zamierzały trzymać w tajemnicy. Przeciwnie, już na kilka tygodni przed eksplozją Kreml zaczął informować Zachód o swoich zamierzeniach. Pierwszą niedyskrecję popełnił sam Chruszczow, gdy pod koniec lipca gościł w daczy nad Morzem Czarnym prezydenckiego doradcę Johna McCloya. Radziecki przywódca, rozzłoszczony twardą postawą Amerykanów w sprawie Berlina, zagroził wojną, której „wynik zostanie rozstrzygnięty za pomocą broni termojądrowej” i która „zetrze z powierzchni ziemi Stany Zjednoczone razem z ich europejskimi sojusznikami”. Dodał, że jego inżynierowie zbudowali właśnie 100-megatonową bombę atomową i nie mogą się doczekać, kiedy ją wypróbują. „Powiedziałem im – chełpił się Chruszczow w typowym dla siebie rubasznym stylu – »Nie srajcie po gaciach. Wkrótce będziecie mieli okazję«”.

1 września Rosjanie złamali moratorium, które obowiązywało od 1958 r., i rozpoczęli serię próbnych wybuchów nuklearnych w atmosferze. Pierwsze ładunki miały moc nieprzekraczającą 1 megatony, jednak Zachód był zaniepokojony częstotliwością dokonywanych eksplozji: w ciągu miesiąca przeprowadzono ich 17.

Tymczasem prace w Sarowie trwały. Nieoczekiwanie problemem okazało się dobranie właściwej mocy dla projektowanego ładunku. Pierwotnie, zgodnie z życzeniem Chruszczowa, siłę wybuchu określono na 100 megaton – 5 tys. razy więcej niż podczas eksplozji w Hiroszimie (20 kiloton). Okrągła liczba, odzwierciedlająca gigantomanię systemu, sama w sobie stanowiłaby potężny oręż propagandowy. Nawet w Związku Radzieckim nie było jednak poligonu, na którym można by przeprowadzić tak potężną eksplozję bez ryzyka zniszczenia terenów zamieszkanych.

Ostateczną decyzję w sprawie bomby zakomunikowano światu 17 października, podczas XXII Zjazdu KPZR. „Chciałbym powiedzieć, że nasze testy nowych broni jądrowych przebiegają znakomicie – oświadczył Chruszczow w inauguracyjnym wystąpieniu. – Wkrótce je zakończymy, prawdopodobnie w końcu października. Ich zwieńczeniem będzie detonacja bomby wodorowej o mocy 50 mln ton trotylu. Mówiliśmy wcześniej, że mamy bombę 100-megatonową. To prawda. Nie zamierzamy jednak jej użyć, bo gdybyśmy to zrobili, moglibyśmy sobie wybić wszystkie okna. W związku z tym na razie wstrzymamy się z jej użyciem. Jednakże eksplozja bomby 50-megatonowej będzie stanowić test urządzenia, które w przyszłości pozwoli nam odpalić 100-megatonową bombę. Uchowaj Boże, jak to mówią, abyśmy musieli kiedykolwiek użyć tej bomby nad czyimkolwiek terytorium. (...) Ale jeśli wrogowie pokoju grożą nam siłą, muszą zostać i zostaną siłą potraktowani, i to siłą, która zrobi na nich wyjątkowe wrażenie. Ktokolwiek wciąż nie jest tego w stanie pojąć dzisiaj, z pewnością zrozumie to jutro”.

Amerykańska odpowiedź przyszła cztery dni później i utrzymana była w podobnym tonie. Administracja Kennedy’ego ostatecznie zrezygnowała z pojednawczej polityki. Podsekretarz obrony Roswell Gillpatrick oświadczył: „Żelazna kurtyna nie jest aż tak nieprzepuszczalna, by zmusić nas do traktowania poważnie kremlowskich przechwałek. Obecnie siła uderzeniowa, którą dysponowałyby Stany Zjednoczone nawet po zaskakującym radzieckim ataku na nasze bazy, byłaby równie wielka jak – a być może większa niż – całkowita nienaruszona siła, którą wróg może skierować przeciwko Stanom Zjednoczonym w pierwszym uderzeniu. Krótko mówiąc, posiadamy zdolność do drugiego uderzenia co najmniej tak samo potężną jak ta, którą mogą wykorzystać Rosjanie, uderzając jako pierwsi. Dlatego też jesteśmy przekonani, że Rosjanie nie sprowokują poważnego konfliktu nuklearnego”.

Gillpatrick szczegółowo wyliczał rodzaje broni, w których Amerykanie mają niekwestionowaną przewagę: rakiety międzykontynentalne, bombowce strategiczne, łodzie podwodne Polaris, zdolne wystrzeliwać pociski nuklearne z morskich głębin, lotniskowce, ruchome wyrzutnie rakiet. „Stany Zjednoczone nie muszą sięgać po terrorystyczne metody – wyjaśnił – i budować gigantycznych bomb, które nigdy nie znajdą zastosowania w walce”.

Nazajutrz do kontrataku przystąpił radziecki minister obrony marszałek Rodion Malinowski, strasząc Zachód widmem atomowej apokalipsy, przed którą nie ma ucieczki: „W obliczu bomb atomowych i wodorowych wszelkie schrony nie są niczym więcej niż trumnami i grobowcami przygotowanymi zawczasu. Nie ma takiego bunkra, nieważne jak hermetycznie zamkniętego, w którym można by siedzieć spokojnie i bezpiecznie podczas eksplozji ładunku nuklearnego. (...) Musicie zrozumieć, szaleńcy, że wystarczy zaledwie kilka wielomegatonowych bomb nuklearnych, aby zetrzeć z powierzchni ziemi wasze małe i gęsto zaludnione kraje i zabić was wszystkich w łóżkach!”.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną