Przeciw Targowicy - armia bez wodzów

Armia bez wodzów
18 maja 1792 r. w granice Rzeczpospolitej wkroczyły wojska rosyjskie i konfederaci targowiccy, by rozprawić się z reformami Sejmu Wielkiego. Rozpoczęła się ostatnia regularna wojna w dziejach republiki szlacheckiej.
Wojciech Kossak, „Po bitwie pod Zieleńcami”.
repr. Tadeusz Późniak/Polityka

Wojciech Kossak, „Po bitwie pod Zieleńcami”.

Portret Stanisława Augusta. Na piersi Poniatowskiego rosyjski order św. Andrzeja. Malował Marcello Bacciarelli.
Wikipedia

Portret Stanisława Augusta. Na piersi Poniatowskiego rosyjski order św. Andrzeja. Malował Marcello Bacciarelli.

Wieszanie targowiczan na Rynku Starego Miasta w Warszawie, 9 maja 1794 r.
Wikipedia

Wieszanie targowiczan na Rynku Starego Miasta w Warszawie, 9 maja 1794 r.

Ta wojna nie mogła być wygrana. Po stronie polsko-litewskiej zabrakło zarówno dość licznej armii, jak i odpowiednich wodzów. Tych ostatnich Cat-Mackiewicz scharakteryzował w trzech krótkich zdaniach: „Książę wirtemberski, wódz armii litewskiej był zdrajcą, jego następcy byli do niczego. Książę Józef na siodełku angielskim wykazywał wielką odwagę żołnierską, był to jedyny z Poniatowskich kochający się w boju, był może najlepszy z dowódców, ale daleko mu było do genialności. Kościuszko pełen zapału i owej determinacji, do której wzywał król bez przekonania, był wodzem bez wielkiego talentu”.

Armia litewska

Zacznijmy od nieszczęsnej armii litewskiej. Na jej czele stał najpierw czystej wody zdrajca – może największy w rodzimych dziejach na tak wysokim stanowisku – a później już tylko godni politowania nieudacznicy. Książę Ludwig von Würtemberg rozpoczął karierę wojskową w armii pruskiej, gdzie dosłużył się stopnia generał-majora. W 1784 r. ożenił się z Marią Czartoryską, córką księcia Adama i Izabeli Czartoryskich. Mocno przez nich forowany, w 1790 r., kiedy Rzeczpospolita w sojuszu z Prusami szykowała się do wojny z Austrią, przeszedł na polską służbę. I wkrótce objął komendę nad armią litewską. Fakt ten u wielu wywołał zgorszenie i zdziwienie.

Pierwsze z odczuć wiązało się z fatalną opinią towarzyszącą księciu. Jego życie osobiste pozostawiało wiele do życzenia nawet w epoce, w której przymykano oko na skandale obyczajowe. Zdziwienie wynikało z faktu, iż w Polsce zapewne znalazłoby się kilkudziesięciu dowódców nieustępujących w niczym zięciowi księcia Adama. No, może poza urodzeniem, koligacjami dynastycznymi i mającym całkiem określoną wagę poparciem Czartoryskich...

Niespodziewany awans księcia wirtemberskiego starał się krótko przed wojną z Rosją dość nieudolnie tłumaczyć Stanisław August, przywołując ustawę sejmową obligującą go do sprowadzenia z zagranicy trzech generałów. Tyle tylko, że mieli to być dowódcy o znanych nazwiskach i dużym doświadczeniu wojennym, wśród nich generał Kalkreuth. Ale skoro późniejszy obrońca Gdańska przed wojskami Napoleona w 1807 r. nie został „wypożyczony”, król Staś zadowolił się dobrym do szklanki i miłostek Ludwigiem von Würtembergiem, pomimo że sam Czartoryski już od pewnego czasu nie był zbyt dobrego zdania o swoim zięciu.

W przededniu wojny z Rosją książę wirtemberski zachowywał się dziwnie. Ociągał się z wyjazdem do armii, a kiedy po naciskach ze strony króla wyjechał na Litwę, zaszył się w Wołczynie i nie okazywał żadnego zainteresowania sprawami wojskowymi. A właściwie przejawiał zbyt duże zainteresowanie, tyle tylko, że zmierzające do wystawienia swoich podkomendnych na sztych wroga. Jego zamysły nie powiodły się jedynie dzięki czujności i sprawnemu działaniu funkcjonariuszy komisji cywilno-wojskowej w Łomży. Zatrzymali oni kuriera wiozącego do Berlina listy księcia. Ich treść była szokująca. Oto wódz armii litewskiej informował, iż z pełnym rozmysłem nie koncentruje jej poszczególnych jednostek, aby osłabić opór i ułatwić działania rosyjskiego generała Kreczetnikowa. Czując się nieswojo w mundurze generała Rzeczpospolitej, prosił także, aby go wytłumaczono przed carycą i zapewniono ją o jego rzeczywistych intencjach.

Dowody zdrady księcia były oczywiste i wydawało się, iż rozliczy go sąd wojskowy. Za sprawą Stanisława Augusta stało się inaczej. Monarcha postanowił utajnić skandal. Zdrajcy pozwolono na wyjazd z Warszawy, a szczytem wszystkiego było oddanie mu za pośrednictwem pruskiego posła kompromitujących go listów. Łotr odchodził z armii honorowo, „z uwagi na słabość zdrowia”. Pomimo zabiegów króla, wkrótce cała sprawa stała się znana opinii publicznej, a rola, jaką odegrał w niej władca, wywołała falę oburzenia i negatywnych komentarzy. Skandal poważnie podważył zaufanie do Stanisława Augusta.

Po księciu dowództwo armii litewskiej objął generał porucznik Józef hr. Judycki, „jedno ze smutnych zer wśród wyższego oficerstwa schyłku Rzplitej”. Jednak to zero różniło się od poprzedniego tym, iż było dalekie od zdrady. Niestety, również od jakiejkolwiek myśli o możliwości zwycięstwa. Swoje niedołęstwo i całkowitą niekompetencję Judycki prezentował zaledwie przez kilka dni. W bitwie pod Mirem, 10 i 11 czerwca, dał się pobić mniej licznemu wrogowi, zaprzepaszczając swoją bezczynnością wspaniałą szarżę jazdy generała Bielaka. Już 17 czerwca Judycki został pozbawiony dowództwa, a jego miejsce zajął generał-major Michał Zabiełło. Nie dokonał on wielkich wojennych czynów, ale udało mu się uniknąć większych strat i doprowadzić wojska litewskie w pobliże Warszawy. Zaś po starciu pod Zelwą zarówno on, jak i jego żołnierze zasłużyli na słowa podziwu samego generała Kreczetnikowa, weterana trzech wojen tureckich („Dodać tu muszę, że sam byłem... zaskoczony postawą i sztuką dowodzenia żołnierzy polskich. Bili się doskonale”). Zabiełło uratował również godność. To on, po akcesie króla do targowicy, był autorem dramatycznych słów: „Damy się wyrżnąć, ale broni nie złożymy; zginiem z głodu”. I choć zapewnienia tego nie zrealizował, to w przeciwieństwie do brata Józefa, późniejszego marszałka konfederacji litewskiej i arcyłajdaka, który miał skończyć na szubienicy, po złożeniu dymisji wolał wybrać emigrację niż wysługiwać się targowiczanom.

Armia koronna

„Bardzo pochlebna jest dla mnie ufność, którą we mnie pokładają, ale wyznaję, że mam największą niespokojność co do sposobów, jakimi bym potrafił nie zawieść jej. Może doszedłem do tego, że potrafię z dobrą wolą i rozumem pułk prowadzić w ogień, ale nie miałem czasu dojrzeć na generała komenderującego i pozyskać dość wiadomości i talentów na zapełnienie tak ważnego miejsca...” – pisał generał-lejtnant Józef Poniatowski do stryja. Miał 29 lat, pewne doświadczenie wyniesione z armii austriackiej, gdzie dał się poznać jako świetny kawalerzysta, nigdy jednak nie dowodził jednostką większą od batalionu. Krótko przed wojną Poniatowski opracował rewolucyjny w założeniach „Projekt względem uformowania korpusu odpornego i ogólnych onego potrzeb”. Na gruncie polskim była to po raz pierwszy tak jasno sformułowana zasada koncentracji sił i stworzenia odwodów celem ich użycia na decydujących kierunkach działania. Tadeusz Kościuszko nie uzewnętrzniał swoich niepokojów w podobny sposób, ale i on, jako wysoki rangą oficer, nie miał się zbytnio czym pochwalić; udział w walkach o niepodległość Stanów Zjednoczonych i biegłość w sztuce fortyfikacyjnej to było o wiele za mało w obliczu wyzwań, jakie niosła wojna z Rosją.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną