11 listopada - ostatni dzień niewoli
Prezentujemy Państwu fragment książki Romana Starzyńskiego (brata Stefana, przedwojennego prezydenta Warszawy), w którym autor opisuje przebieg rozbrajania żołnierzy niemieckich i przejęcie władzy przez polskie oddziały w Łodzi 11 listopada 1918 roku.
Zmiana warty – żołnierze Polskiej Siły Zbrojnej obejmują posterunek przed Komendą Miasta Warszawa, 10 XI 1918 r.
Centralne Archiwum Wojskowe

Zmiana warty – żołnierze Polskiej Siły Zbrojnej obejmują posterunek przed Komendą Miasta Warszawa, 10 XI 1918 r.

Rozbrajanie Niemców w Warszawie przez byłych Dowborczyków, 10 listopada 1918 r.
Centralne Archiwum Wojskowe

Rozbrajanie Niemców w Warszawie przez byłych Dowborczyków, 10 listopada 1918 r.

Rozbrajanie Niemców w Warszawie, 10 listopada 1918 r.
Wikipedia

Rozbrajanie Niemców w Warszawie, 10 listopada 1918 r.

Roman Starzyński, Cztery lata w służbie komendanta. Przeżycia wojenne 1914-1918. Wyd. w koedycji: Tetragon i Instytut Wydawniczy Erica, 520 s.
Materiały promocyjne

Roman Starzyński, Cztery lata w służbie komendanta. Przeżycia wojenne 1914-1918. Wyd. w koedycji: Tetragon i Instytut Wydawniczy Erica, 520 s.

W ten sposób narastały siły niepodległościowe w Łodzi, gdy na froncie zachodnim sytuacja Niemców była coraz gorsza i pod wpływem tej sytuacji pewność siebie Niemców i na terenie okupacji zaczęła słabnąć. W powietrzu czuć było rewolucję. Coraz wyraźniej oczekiwaliśmy powszechnej mobilizacji pod egidą P.O.W. Aż przyszły wieści o rozprzężeniu dyscypliny wojskowej w Austrii, dochodziły słuchy o rokowaniach pokojowych cesarza Karola z Koalicją, o tworzeniu się „zielonych armii” itp. Cenzura nie puszczała jeszcze wszystkich tych wiadomości, jakie nadchodziły „pocztą pantoflową”, ale między wierszami można już było wyczytać wiadomości o niepokojach w Austrii. W Krakowie powstał Komitet Likwidacyjny, organizujący wojskowe oddziały polskie. We Lwowie rozgorzały walki polsko-ruskie. Na okupacji austriackiej w Królestwie tworzy się nowy rząd polski, tzw. Rząd Lubelski z Ignacym Daszyńskim jako premierem, a gen. Rydzem-Śmigłym jako ministrem wojny i naczelnym wodzem. Nielicznych legionistów, przebywających w Łodzi, nie sposób utrzymać na miejscu. Choć sił mamy mało, coraz to któryś ucieka z Łodzi i przedziera się przez kordon niemiecki i śpieszy do Lublina lub Lwowa.

Nareszcie i my otrzymujemy z Warszawy odezwy Rządu Lubelskiego wraz z poleceniem zorganizowania w dniu 10 listopada manifestacji na rzecz Rządu Lubelskiego. Stronnictwo Niezawisłości Narodowej zwołuje wielki wiec do sali teatralnej na ul. Dzielnej (dziś Narutowicza). Miał przybyć delegat z Warszawy, lecz zawiódł.

Zorganizowaliśmy wiec własnymi siłami. Przemówił por. Biłyk, proklamowaliśmy Rząd Lubelski jako pierwszy rząd Polski, niezależny od władz okupacyjnych, i wyruszyliśmy pochodem z ul. Dzielnej (dziś Prezydenta Narutowicza) przez Piotrkowską na Nowy Rynek (obecny Plac Wolności). I tu przed Magistratem zebrał się tłum kilkunastotysięczny. Wznosimy okrzyki na część Rządu Lubelskiego. Tłum czeka. Ktoś musi przemówić. Nikt na to nie był przygotowany, bo manifestacja była żywiołowa. Koledzy podnoszą mnię na ramiona i mówię, a raczej krzyczę do tłumu. Nieprzyzwyczajony do przemawiania na powietrzu, zachrypłem wkrótce i kończę: „Nadeszła wreszcie jutrzenka swobody. Będzie Polska, a raczej już jest Polska. Niech żyje pierwszy rząd Polski w Lublinie”! Mawiałem kiedyś na powietrzu za czasów akademickich. Przemawiałem 1 maja 1914 r. przed Collegium Novum, przed wyruszeniem pochodu akademickiego na obchód pierwszomajowy. Mówiłem na rynku Krakowskim pod pomnikiem Mickiewicza z okazji jakiejś manifestacji akademickiej, ale wówczas mówiłem do kilkuset kolegów. Teraz po raz pierwszy musiałem przemówić do kilkutysięcznego tłumu. Ale jakoś poszło. Milicja niemiecka nie reagowała na manifestację. Spokojnie rozeszliśmy się do domów.

Po południu prezydent m. Łodzi, inż. Leopold Skulski, zwołał w Magistracie posiedzenie przedstawicieli partii politycznych, działających na terenie Łodzi, celem omówienia sytuacji w związku z propozycją władz niemieckich, przejęcia przez władze miejskie straży bezpieczeństwa, czyli tzw. milicji miejskiej, będącej dotąd na służbie władz okupacji. Wraz z porucznikiem Biłykiem reprezentowałem na tym posiedzeniu Stronnictwa Niezawisłości Narodowej. Stronnictwa lewicy zadeklarowały gotowość natychmiastowego przejęcia milicji miejskiej przez zorganizowane związki b. wojskowych, które zapewnią całkowite bezpieczeństwo miasta. Inni wahają się, czy przejmować władzę, my nie nalegamy, bo wiemy, że lada chwila „władza” znajdzie się na ulicy i nikt nie jest w stanie jej podjąć prócz nas, organizacyj wojskowych. Porozumienie organizacyj już dokonane, pogotowie ogłoszone i każdej chwili możemy przystąpić do akcji.

Nazajutrz rano 11 listopada w dziennikach już wyraźnie podano wiadomości o walkach we Lwowie, o rozkładzie w armii austriackiej, o organizacji Rządu Lubelskiego. Niemcy trzymają się jeszcze, ale już widocznie nie panują nad sytuacją. My jesteśmy gotowi, czekamy tylko hasła z Warszawy.

Po południu, jak co poniedziałek, zebraliśmy się w cukierni Gostomskiego. Jesteśmy w komplecie – wszyscy oficerowie legionowi. Nagle wpada do cukierni Wacław Sokolewicz: „Wiecie panowie, milicja niemiecka uciekła z ulic Łodzi. W mieście popłoch. Niemcy chowają się po domach”! Decyzja była jasna. Natychmiast przystępujemy do mobilizacji. Por. Biłyk obejmuje komendę – wydaje rozkazy. Natychmiast zbiórka wszystkich organizacyj w uprzednio umówionym punkcie na dziedzińcu Straży Ogniowej przy ul. Przejazd. Rozbiegamy się w różne strony roznosząc wieści o mobilizacji. Ja wpadłem na chwilę do domu, schwyciłem płaszcz i czapkę wojskową, które włożyłem na cywilne ubranie i w tym oryginalnym stroju stawiłem się na miejsce zbiórki. Tam już nadciągają legioniści, peowiacy, dowborczycy, milicjanci P.P.S. i N.Z.R. Jest nas coraz więcej. Jako najstarszy stopniem miał objąć komendę nad całością generał Suryn, dowborczyk. Por. Biłyk jako jego zastępca wysyła po gen. Suryna, ale go nigdzie znaleźć nie można. Wobec tego por. Biłyk obejmuje prowizorycznie komendę nad całością organizacyj wojskowych i rozsyła rozkazy. Organizują się ad hoc oddziały i wychodzą na miasto. Większe oddziały obsadzają dworzec kolejowy i inne budynki publiczne, patrole przebiegają miasto i rozbrajają pojedynczo spotkanych żołnierzy niemieckich. W ten sposób zaopatrujemy się w broń i tworzymy skład broni przy ul. Przejazd, który, powiększając się stale, uzbraja coraz to nowe oddziały. Coraz więcej mamy karabinów, ale ciągle ich jeszcze za mało, gdyż po za organizacjami wojskowymi zgłaszają się tłumy ochotników, zwłaszcza młodzieży szkolnej, wśród której nie braknie również moich uczniów. Prawie wszyscy z klas VI–VIII zgłosili się do szeregów. Jeden z nich, Linke, zginął tegoż wieczoru pod koszarami niemieckimi na Konstantynowskiej.

Na ulicach ciekawe tłumy przypatrują się, co się dzieje. Żołnierze niemieccy niejednokrotnie sami rzucają broń, odpinają kokardki państwowe z czapek i przypinają czerwone. Zrewolucjonizowani żołnierze gromadzą się w Soldatenheimie przy ul. Średniej (dziś Pomorska). Tam tworzy się Rada Żołnierska, kierowana jednak przez przebranego oficera.

Na mieście rozlegają się pojedyncze strzały. To tu, to tam wywiązuje się walka. Pojedyncze grupy żołnierzy, niezorientowane w sytuacji, usiłują się bronić. Co gorętsza młodzież atakuje opornych. Są już ranni i zabici. Walka rozwija się i może pociągnąć za sobą liczne ofiary. Garnizon niemiecki Łodzi jest dość duży i nie tak łatwo będzie siłą go rozbroić niemal z pustymi rękami.

W tej sytuacji musimy spróbować pertraktacyj. Wreszcie zjawia się jakiś łącznik, który melduje por. Biłykowi, że Rada Żołnierska pragnie mówić z przedstawicielem „des Generals Pilsudski”. Por. Biłyk deleguje mnie i ob. Konopczyńskiego z milicji ludowej P.P.S. do pertraktacyj z Radą Żołnierską. Zarekwirowaną jakąś dorożką udajemy się na ul. Średnią. Na ulicach już – pustka. Gdzieś na peryferiach miasta słychać strzały. Od Radogoszcza po Chojny i od dworca Kaliskiego po Widzew walka trwa. Podobno w koszarach przy ul. Konstantynowskiej oddziały niemieckie, wierne przysiędze, chcą się bronić i fortyfikują koszary. Na Nowym Rynku zawiadamiają nas, że Niemcy z karabinów maszynowych ostrzeliwują ul. Konstantynowską. Spieszymy więc do Soldatenheimu, aby coprędzej powstrzymać walkę. Żołnierze niemieccy na widok moich naramienników oficerskich przyjmują nas wrogo. Ob. Konopczyński łamanym językiem niemieckim wyjaśnia im, że jestem wprawdzie oficerem, ale oficerem „des Pilsudskis”, a nie „Wehrmachtu” i to magiczne słowo „Piłsudski” działa piorunująco. Niemcy się udobruchali i gotowi są do układów.

Rozmawiamy jednak przez tłumacza, Ślązaka, który haniebnie przekręcając nasze słowa tłumaczy zgromadzonym z czym przybywamy. Żądamy zawieszenia broni celem porozumienia się, co do warunków przejęcia miasta. W tej chwili, gdy to oświadczamy, nadchodzi wieść, że rozgorzała na ul. Piotrkowskiej walka. Adiutant gubernatora ustawił dwa karabiny maszynowe w oknach Grand-Hotelu i strzela w obie strony ul. Piotrkowskiej, przecinając miasto na dwie połowy. O koszary na Konstantynowskiej też walka toczy się dalej.

W tych warunkach szybko zapada decyzja. Na samochodach wojskowych wysyłamy mieszane patrole niemiecko-polskie z białymi oraz czerwonymi chorągiewkami. Naszych jest już sporo w Soldatenheimie, gdyż pod ogniem musieli się wycofać z ul. Średniej. Toteż łatwo przychodzi organizacja patroli pacyfikacyjnych. Wyjeżdżają na miasto i w językach polskim i niemieckim ogłaszają wszędzie zawieszenie broni. Akcja ta skutkuje i strzały cichną.

My dalej prowadzimy pertraktacje o wydanie broni, co idzie jednak kulawo ze względu na słabą naszą znajomość języka niemieckiego i brak dobrego tłumacza. Pomimo że obiecujemy Niemcom eskortę do granicy, nie chcą się zgodzić na odjazd bez broni, w obawie, aby w drodze nie byli napadnięci przez powstańców.

Wysyłam więc meldunek do por. Biłyka i proszę o pomoc ze strony kogoś biegle władającego językiem niemieckim. Kiedy odpowiedź przez dłuższy czas nie nadchodzi, jadę niemieckim samochodem na ul. Przejazd i wracam z por. Biłykiem, który osobiście zdecydował się objąć kierownictwo pertraktacyj. Jako b. oficer austriacki por. Biłyk znakomicie włada językiem niemieckim. Wygłosił więc dłuższe przemówienie do zgromadzonej Rady Żołnierskiej, wyjaśnił im, że w imieniu „generała Piłsudskiego” objęliśmy władzę w Łodzi i jako Jego żołnierze nie chcemy walki z wojskami niemieckimi. Pragniemy ułatwić im tylko powrót do Ojczyzny, nie możemy jednak zgodzić się, aby odeszli z bronią, która jako łup wojenny należy się Polsce. Dziś, gdy Niemcy i Austria stoją już w ogniu rewolucji, gdy lada chwila pokój będzie zawarty, żołnierze niemieccy powinni jak najszybciej wracać do domu, a broń muszą nam oddać, gdyż jest ona potrzebna do utrzymania porządku. Około 2 po północy zawarliśmy wreszcie prowizoryczny układ, na mocy którego Niemcy oddadzą nam część broni i częściowo z bronią będą odstawieni pod naszą eskortą do granicy, a na granicy oddadzą resztę broni eskorcie.

Po zawarciu układu, wracamy na Przejazd. Tu praca wre w całej pełni. Przychodzą oddziały z patroli, wychodzą na warty, ale gdzie kto stoi, nic nie wiadomo. Trzeba zrobić jakiś porządek, ustalić jakiś plan. Gen. Suryna nie można nigdzie znaleźć przez całą noc, więc por. Biłyk obejmuje definytywnie komendę nad miastem i przystępuje do pracy. Około czwartej uzyskałem zwolnienie na kilka godzin, aby nieco odpocząć. Na ulicach pustka zupełna. Miasto pogrążone we śnie i ciszy, przerywanej jedynie odgłosem kroków patroli, przeciągających wszystkimi ulicami miasta i stojących na straży bezpieczeństwa mieszkańców. Tak upłynął dzień 11 listopada, dzień odrodzenia niepodległego Państwa Polskiego.

Roman Starzyński, Cztery lata w służbie komendanta. Przeżycia wojenne 1914-1918. Wyd. w koedycji: Tetragon i Instytut Wydawniczy Erica, 520 s.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną