Bartoszewski o getcie i Żegocie

Zarzewie Żegoty
W pierwszych latach wojny sprawa wyjścia z getta czy pozostania w getcie nie była związana z odwagą czy tak zwanym tchórzostwem. (...) Brak było orientacji co do dalszych losów gett; tak samo Polacy jej wtedy nie mieli.
Warszawskie getto jeszcze nie za murami, styczeń 1940 r.
Hugo Jaeger/Time & Life Pictures/Getty Images/FPM

Warszawskie getto jeszcze nie za murami, styczeń 1940 r.

Zofia Kossak w czasie okupacji.
ŻIH/Forum

Zofia Kossak w czasie okupacji.

Getto w 1941 r. Koszmar narastał.
Roger-Viollet/EAST NEWS

Getto w 1941 r. Koszmar narastał.

Władysław Bartoszewski, ps. Ludwik, w latach 40.
ŻIH/Forum

Władysław Bartoszewski, ps. Ludwik, w latach 40.

Leon Feiner, ps. Mikołaj, działacz Bundu.
AN

Leon Feiner, ps. Mikołaj, działacz Bundu.

Panowało przeświadczenie, że przyczajenie się i dostosowanie narodu tak ciężko doświadczonego w historii pozwoli ludziom jeszcze jedno prześladowanie przetrwać, kosztem jakichś strat, ale ostatecznie nie zagłady. To były sposoby rozumowania, które później w czasie wojny bardzo dobrze poznałem, właściwie rozumiałem, a które na ogół nie są i nie były rozumiane przez moje społeczeństwo.

Bardzo uproszczono to zagadnienie. To jest ważne, bo stwarza pewien klimat dla naszej późniejszej działalności, daje też pewien obraz. Dwie rodziny, które moi bliscy chcieli urządzić poza gettem – w początkach, kiedy sobie może nawet nie zdawali sprawy z konsekwencji – nie chciały tego. Jedna utrzymywała, że przeżyją razem ze znajomymi, kuzynami i rodziną – chodzi o Medresów. Druga rodzina, antykwariusza [Wajnsztoka], twierdziła, że na razie mają mieszkanie przy ulicy Orlej, że jakoś tam wyżyją, że mają trochę zasobów pieniężnych – to byli ludzie zamożni – jeszcze ten rok czy dwa lata wojny przeżyją. Żydzi, tak samo jak Polacy, byli szalenie naiwni w czasie wojny, nie orientowali się zupełnie, ile wojna może potrwać. Warszawskie społeczeństwo żydowskie, z którym się stykałem, tak samo jak my uważało, że „do wiosny, może do jesieni, jeszcze kilka miesięcy”. Szczególnie na początku okupacji nikt z przeciętnych ludzi nie zdawał sobie sprawy, że to potrwa cztery czy pięć lat, i uważano, że jakoś przetrwa się te kilka miesięcy. Jeśli ktoś nie był głodny i miał środki na przeżycie, nie przejmował się zagrożeniem. Tak to z początku u nas traktowano. Możemy to różnie oceniać post factum, ale takie były typowe sposoby rozumowania.

Co więcej? Ten antykwariusz z placu Bankowego, Wajnsztok, zatelefonował do mojego ojca, który wtedy był kierownikiem budynków Banku Polskiego, a przedtem urzędnikiem Banku Polskiego. Ojciec nie chciał pracować w Banku Emisyjnym [praca w tym banku uważana była za pewną formę kolaboracji] i został przez biuro likwidacyjne Banku Polskiego zaangażowany na [stanowisko] kierownika likwidacji mienia – w jego gestii były domy, administracja, opał i zarządzanie innymi nieruchomościami. Z tego powodu mógł żądać robotników do prac w tych domach. Wtedy angażowano robotników Żydów, przy czym przez znajomości można było spowodować, żeby władze niemieckie dały więcej robotników, niż było potrzeba. Pod tym pretekstem wychodziło z getta 80–100 osób na tzw. placówkę. Przychodzili do Banku – znam ten przypadek – tam właściwie nie było nic do roboty, porządkowanie, zamiatanie, mycie okien, to była jedna z najlepszych prac, jaka w ogóle była możliwa i nie pod nadzorem niemieckim, tylko pod nadzorem strażników bankowych. Przy tej okazji wielu ludzi uciekało – ci, którzy chcieli uciekać.

Tam właśnie, do banku, przychodził ten znajomy [Wajnsztok] z synem, który dostał się na listę, tam się żywił, zabierał coś ze sobą, ściągał swoich znajomych i tak ta grupa rosła. Mimo to jeszcze w 1941 r. nie chciał uciec. Mówił tak: – Ja tu ucieknę z synem, a tam została żona, jej tak łatwo nie wyciągnę. Tam miał jeszcze rodziców – tych wszystkich osób nie można było wyciągnąć...

Któregoś dnia bankowi odmówiono przysłania robotników. Wajnsztok [przedtem] powtarzał: – Jak ja będę widział, że już jest źle, to ja zostanę. Ale któregoś dnia już nie przyszedł, bo Niemcy odmówili przysłania robotników, urwał się ten kontakt jak nożem uciął. Nie uciekł. Jest to typowo ludzki przykład, ale bardzo charakterystyczny.

Takich sytuacji było wiele – gdyby człowiek wiedział, że wpadnie, gdyby człowiek wiedział, że go złapią do obozu, gdyby człowiek wiedział, że go zamordują... To były lata 1940 i 1941, znane mi częściowo z obserwacji po powrocie z obozu, częściowo z opowiadań najbliższej rodziny.

Rok 1942 – wiosna. Zdarzyła się taka sytuacja. Mieszkałem wtedy na Żoliborzu, ktoś się do mnie zwrócił, dał jakieś fotografie, prosił o wyrobienie dokumentów i metryk dla jakiejś żydowskiej rodziny (...).

Wtedy miałem dopiero bardzo luźne kontakty z konspiracją, ale powiedziałem, że spróbuję, i zacząłem szukać jakiejś drogi. Kupić [dokumentów] nie mogłem, bo nie miałem pieniędzy, a chciałem to załatwić. Po kilku dniach, przez koleżankę z tego samego domu, Hankę Czaki (...) trafiłem do Zofii Kossak, która ukrywała się również przed gestapo od 1940 r. Z racji jej przedwojennych książek o Śląsku była poszukiwana jako osoba nastawiona antyniemiecko.

Trafiłem wtedy do Zofii Kossak, nie wiedząc, że to jest Zofia Kossak. Poznano mnie ze starszą panią z utlenionymi włosami – nabrałem przekonania, że to jest Żydówka, ponieważ miała bardzo orli nos i jaskrawe włosy. Pomyślałem, że nieudolnie się maskuje. Mówię o tym nieprzypadkowo, ponieważ Zofia Kossak została zatrzymana dwa lata później jako Żydówka. Do Oświęcimia wysłano ją już nie jako Żydówkę – znaleziono przy niej materiały obciążające.

Otóż ja ją poznałem wiosną 1942 r. i ona wtedy powiedziała: – No cóż, chłopcze – była w wieku mojej matki albo i starsza – dlaczego ty się tym interesujesz, o co to chodzi? Powiedziałem, że chodzi o jakieś papiery, że trzeba je załatwić.

– Czy ty ich znasz?

– Nie.

– Czy to nie jest jakaś prowokacja?

– Nie, to jest ktoś z moich przyjaciół.

– No, to coś spróbuję zrobić. Ja sama nic nie mogę, ale spróbuję coś zrobić.

I po kilku dniach dostałem rzeczywiście zupełnie bezpłatnie te papiery, to znaczy jakieś kenkarty [niemieckie dowody osobiste], jakieś karty pracy, jakieś metryki i te papiery przesłałem dalej. To był mój pierwszy, zupełnie przypadkowy, czynny kontakt z tą sprawą. Kiedy odbierałem te papiery, zapytałem, czy jeżeli taka sytuacja by się powtórzyła, mogę się zwrócić o pomoc ponownie, czy to jest możliwe. Powiedziano mi, że w takim zakresie, jak te papiery, to tak, a poza tym – czy ja mam jakichś znajomych Żydów, którym trzeba pomóc, czy znam ukrywających się, czy ktoś o tym wie?

Powiedziałem, że ja osobiście w tej chwili poza gettem nie znam żadnych ludzi, którzy by potrzebowali pomocy, ale szereg moich znajomych czy znajomych moich rodziców takie osoby zna i w ciągu kilku dni na pewno się taka sprawa wyłoni.

Wtedy usłyszałem: – No, to może będziemy się komunikować. Dano mi kontakt konspiracyjny i w ten sposób – od strony spraw żydowskich – wróciłem do konspiracji. To był już maj, najpóźniej czerwiec, kilka tygodni przed akcją zagłady w getcie w 1942 r. Wtedy, jak to się mówi, byłem młody i głupi, powierzono mi do załatwienia szereg spraw, które wymagały jakiegoś ryzyka.

Zetknąłem się z gronem kilku starszych pań. Wkrótce dowiedziałem się, kim są, bo były bardzo nieostrożne, ale początkowo nie wiedziałem. Była to więc Zofia Kossak. U Zofii Kossak poznałem starszą panią, która się okazała Wandą Krahelską-Filipowiczową, znaną z tego, że dokonała zamachu na gubernatora carskiego Skałłona w Warszawie w 1904 r.; była żoną ambasadora Filipowicza ze Stronnictwa Demokratycznego. Osoba związana w młodości z PPS, później chyba bezpartyjna demokratka (...). Ta pani miała zupełnie inne poglądy niż Zofia Kossak, która była katoliczką, a ta ateistką raczej, [spotkały się] na gruncie charytatywnym. Zacząłem z nią zbierać materiały: komuś trzeba pomóc, jakieś metryki wystukiwać. Małe prace, tego nie można przeceniać, robić z tego wielkiej organizacji. To było kilka pań, które chciały działać na zasadach dawnej filantropii, XIX-wiecznej, takiej z Orzeszkowej. Ale to było grono kobiet do gruntu szlachetnych, uczciwych, które nie patrzyły na żadne konsekwencje. Z nimi współpracowały młode dziewczęta, głównie harcerki, które one wciągnęły do tej akcji. Wśród tych harcerek była taka Marysia Tomaszewska, która z Zofią Kossak siedziała w Oświęcimiu, Staszka Wdowińska, która potem brała udział w działalności Rady (...).

Była tam jedna z sióstr urszulanek, wtedy właściwie nie sióstr, lecz postulantek, kandydatek na siostry, która mieszkała w zakonie urszulanek, na ulicy Gęstej róg Dobrej w Warszawie, i pomagała w lokowaniu dzieci w zakładach sióstr. Cała ta akcja, zresztą powiadam, zupełnie niepolityczna, dotyczyła raczej pomocy kobietom i dzieciom, bo te panie miały takie możliwości. Łatwiej im było gdzieś ulokować kobietę czy dziecko, a robiły to bez żadnego poparcia i jeżeli były potrzebne pieniądze, czerpały je z ofiarności społecznej, a nie z żadnych instytucji polskich czy żydowskich.

Takie były początki. Początki, które są przez wielkich polityków w ogóle pomijane, bo wydają się im nieważne. Bo ani to jeszcze nie była Rada Pomocy Żydom, ani Bund, ani Delegatura, ani PPR.

To była po prostu ludzka działalność niewielkiego grona. Jak wielka była ta działalność, żeby jej nie przeceniać? Kiedy te panie potem składały sprawozdanie, gdy zlikwidowano Komitet, który powstał latem 1942 r., sprawozdanie dotyczyło stukilkudziesięciu osób, którym udzieliły pomocy, prawie wyłącznie kobiet i dzieci. Część tych osób była urządzona na stałe, część korzystała z pomocy doraźnej. (...)

By nie pozostawiać fałszywego obrazu [trzeba powiedzieć, że] równolegle z tymi początkami toczyła się działalność poszczególnych tajnych organizacji, zanim powstała Rada i bez wiedzy owych pań. Była konspiracja. Wiem, że pepeesowcy pomagali rodzinnie i organizacyjnie swoim przedwojennym towarzyszom pepeesowcom Żydom czy towarzyszom z Bundu. To były bodajże jedne z pierwszych wzajemnych kontaktów organizacji podziemnych – PPS i Bundu. (...)

Otóż bundowcy mieli bodajże pierwsze kontakty, korzystali z pomocy, przy czym ta pomoc z początku okupacji dotyczyła raczej żywności, nie potrzeba im było innych [form] pomocy, dopóki nie będzie wiadomo, co dalej. (...)

Równolegle z inicjatywą Zofii Kossak czy [Wandy] Krahelskiej-Filipowiczowej pojawiały się inne. To były inicjatywy prywatne, branżowe: lekarz pomógł koledze lekarzowi Żydowi, adwokat Polak pomógł adwokatowi Żydowi, którego znał sprzed wojny, nauczyciel – nauczycielowi. Znajomi [pomagali] znajomym urządzić się poza gettem, dostać fałszywe papiery czy przechować jakieś rzeczy. Te działania były nierejestrowane i dość częste. Pamiętajmy, że tak działo się z początku, kiedy nie było za to kary śmierci. Ludzie uważali to za kwestię przyzwoitości nie wobec bliskich przyjaciół, lecz nawet wobec obcych ludzi: trzeba pomóc. Takie nastawienie z początku wcale nie było rzadkie, tak w kołach inteligencji, jak i w środowiskach robotniczych.

W 1942 r., kiedy zyskałem kontakty, o których mówię, sytuacja rozwijała się po prostu lawinowo. Pamiętam, jak wielkie wrażenie zrobiła po polskiej stronie murów getta w Warszawie egzekucja na ulicach w kwietniu 1942 r. kilkudziesięcioosobowej grupy inteligencji żydowskiej z getta. (...)

Z początku w społeczeństwie polskim panował pogląd, że dla Żydów jest przewidziana przyszłość, a Polaków czeka gorszy los. Nam dzisiaj to się może wydawać nielogiczne, ale ja informuję o tym, co wtedy słyszałem. I polska inteligencja, i chłopi uważali, że Żydzi są bardziej upokarzani, bardziej ograniczani materialnie, ale kto wie, czy nie jest im pisane na przykład przymusowe wysiedlenie – bo niby pierwotnie tak się w Niemczech mówiło, natomiast nas, inteligencję polską, [Niemcy] chcą zniszczyć.

Pozory polityki niemieckiej na to wskazywały, bo zanim nastąpiła zagłada gett, miała miejsce akcja „AB”. Polaków z łapanek wysyłano do Oświęcimia, a Żydów z łapanek ulicznych do Oświęcimia nie wysyłano. (...)

Kwiecień 1942 r. był bodajże pierwszym momentem, kiedy ludzie myślący zastanawiali się nad niemiecką polityką wobec getta. Opisywała to polska prasa podziemna, a już przedtem poruszały opinię przypadki mordowania ludzi schwytanych poza gettem, mordowania niejednokrotnie publicznie. Co prawda nie na wielką skalę, ale jednak takie fakty były. Publiczne egzekucje Polaków nastąpiły kilka miesięcy później. Ciągle mówię tylko o Warszawie.

W lecie 1942 r., kiedy zaczynała się akcja w getcie, właściwie – zagłada getta warszawskiego, miałem już dość rozgałęzione kontakty konspiracyjne. Przede wszystkim – nie umiem stwierdzić z całą pewnością, czy to nastąpiło tuż przed rozpoczęciem zagłady czy też po rozpoczęciu zagłady, ale w każdym razie w lipcu – poznałem Feinera. To był pierwszy mój kontakt z kimś, o kim wiedziałem, że jest przedstawicielem żydowskiego podziemia, a nie zwykłym, ukrywającym się człowiekiem. Kontakt nawiązaliśmy w taki sposób: pracowałem w nienoszącej żadnej nazwy grupie Zofii Kossak, później nazywanej pierwszą Komisją Komitetu. Zofia Kossak poleciła mi pójść do kawiarni Szwajcarska na spotkanie z łączniczką żydowskiego podziemia. Opisała mi, jak ona wygląda, podała mi jakieś hasła, miałem się przysiąść do stolika, zagadnąć ją na temat oczu czy coś takiego. Ona miała być również poinformowana o tym, jak wyglądam, i po wymianie kilku zdań miałem z nią omówić sprawę dalszego spotkania.

Dobrze wszystko zapamiętałem, bo to było moje pierwsze spotkanie tego rodzaju. Łączniczką okazała się Ewa (...), prawdziwe nazwisko Raabe, z męża Wąsowiczowa, wdowa po artyście grafiku Wąsowiczu, który umarł naturalną śmiercią w 1942 r., ukrywając się gdzieś w Otwocku pod Warszawą.

Ta pani – w żałobie, ze złotym krzyżykiem na dekolcie – siedziała w Szwajcarskiej, podszedłem do niej, zagadnąłem, zaczęliśmy rozmowę. Potem przeszliśmy do innej kawiarni na Nowym Świecie, gdzie poznała mnie z „Mikołajem” [Feinerem]. Myślałem, że to nieporozumienie, że to nie jest przedstawiciel żydowskiego podziemia. Ten człowiek wyglądał na ziemianina, który przyjechał do Warszawy po zakupy. Miał siwe sumiaste wąsy, różową cerę, jowialny sposób bycia, raczej przypominał jakąś postać z Fredry, takiego trochę przecharakteryzowanego szlagona, a nie – ukrywającego się Żyda. Ani w spojrzeniu, ani w sposobie bycia nie było w nim nic tzw. żydowskiego, co myśmy znali. Później, gdzieś w 1943 r. na jesieni, kiedyśmy się już z Feinerem dość blisko znali, często się widywaliśmy, mieszkaliśmy obaj na Żoliborzu, spacerowaliśmy nieraz wieczorami, rozmawiając sobie o sytuacji, Feiner powiedział, przyglądając mi się: – Panie Ludwiku [konspiracyjny pseudonim Władysława Bartoszewskiego], pan to właściwie naraża mnie swoim wyglądem... Bo ja zawsze byłem taki chudy, chudszy niż teraz, niedożywiony, z dużym nosem, rzeczywiście kilka razy zatrzymywali mnie Niemcy do sprawdzania papierów – miałem autentyczne, co się zaraz wyjaśniało.

O ile mi wiadomo, w czasie wojny [Feiner] ani razu nie był zatrzymany do sprawdzenia, oprócz tego był starszy i nawet podczas łapanek go nie zatrzymywali. Ten pierwszy kontakt z Feinerem miał doprowadzić do zdobycia kilkudziesięciu metryk; wypytywał mnie dość podejrzliwie o różne rzeczy – wiedział zresztą, że przychodzę od Zofii Kossak, która miała wtedy pseudonim Pani Zofia, Ciotka albo Weronika. Pseudonimy te były tak szeroko znane, że gestapo przesłuchiwało liczne inne osoby używające takich pseudonimów. Dowodem absolutnej beztroski [w kwestiach] bezpieczeństwa Zofii Kossak jest to, że ukrywała się w Warszawie przed gestapo, mając fałszywe papiery na nazwisko Zofia Sikorska. Było to dość szczególnym pomysłem, zważywszy że każdy gestapowiec wiedział, kim jest Sikorski, tak że przy pierwszym lepszym sprawdzeniu na ulicy samo nazwisko mogło spowodować zainteresowanie: kto to jest, czy to nie jakaś rodzina. Niemniej ona się pod tym nazwiskiem ukrywała dłuższy czas. Była to osoba wielkiego serca – tutaj małą dygresję zrobię, dotyczącą zresztą spraw pomocy – ale zupełnie niepoczytalna z punktu widzenia zasad konspiracji. Dla niej zgubić w tramwaju gruby brulion z notatkami, co prawda zaszyfrowanymi, było rzeczą zupełnie codzienną, a ludzie szaleli ze strachu, bo nie wiedzieli, co ona tam zapisała. A również w jej stylu było, że ukrywając się przed gestapo i mając tak wątpliwe papiery, wsiadła w pociąg i pojechała po żydowskie dziecko do Krakowa i przywiozła do Warszawy dziewczynkę, która zresztą przeżyła wojnę. (...) Ja byłem w tej starej kobiecie, w jej postępowaniu, wprost zakochany. Wydawało mi się niedościgłym wzorem.

W lecie 1942 r., mniej więcej w czasie kiedy nawiązałem z Feinerem kontakt, który był podtrzymywany za pośrednictwem łączniczki Ewy, to jest Wąsowiczowej, tworzył się już taki Tymczasowy Komitet Pomocy Żydom. To nie była jeszcze Rada, to był Komitet. (...) Został nazwany Tymczasowym Komitetem imienia Konrada Żegoty. Dlaczego Komitetem imienia Konrada Żegoty – pytało mnie o to wielu badaczy.

To sprawa nie do uwierzenia prosta. Żegota nie istniał poza fantazją Zofii Kossak. Ona mianowicie o tych dzieciach, którymi się opiekowała, mówiła „moje Żydzięta”. Zwracano jej uwagę, że lepiej tego [określenia] nie używać, bo jednak ona była bardzo nieostrożna. Mieszkała ze swoją matką staruszką, wtedy blisko 80-letnią, w domu starców prowadzonym przez księży misjonarzy na Radnej 14 i potrafiła tak mówić przy mieszkających tam staruszkach, często sklerotyczkach, półanalfabetkach, które nie ze złej woli, ale z głupoty, mogły między sobą rozmawiać. To mogło się wynieść poza dom. (...) Ignacy Barski [adwokat] zwrócił uwagę Zofii Kossak:

– Pani Zofio, to jest niedopuszczalne.

A ona mu odpowiedziała:

– To niech nie będą Żydzięta, to niech będą Żegocięta – i zaczęła mówić Żegocięta. Pomysł literacki. Później, kiedy tworzono Tymczasowy Komitet, ona mówi:

– No, już są Żegocięta, niech będzie Komitet Żegoty.

Chodziło o to, że jeśli jakieś papiery i notatki by wpadły w ręce gestapo, będą nosiły cechy działalności filantropijnej, niekoniecznie wobec Żydów: jakieś pokwitowania, sprawozdania, a nigdy nie wiadomo, co się stanie. Niemcy mało się interesowali działalnością filantropijną. Żeby jeszcze bardziej ubrać w formę konspiracyjną, nazwaliśmy to, wspólnie zresztą z nią i jeszcze z kilkoma osobami, Tymczasowym Komitetem imienia Konrada Żegoty. Ten Konrad był zupełnym przypadkiem. Pod tą przypadkową nazwą się zaczęło. Potem Żegota stała się synonimem dla kilku różnych spraw.

A mianowicie:
• dla Rady Pomocy Żydom nazywanej Radą Żegoty;
• dla Referatu Żydowskiego w AK nazywanego Referatem Żegoty;
• dla Referatu Żydowskiego w Delegaturze Rządu, nazywanego Referatem Żegoty; choć to zupełnie osobna instytucja;
• dla akcji pomocy w ogóle nazywanej akcją Żegoty, nawet w odniesieniu do osób, które o Radzie w ogóle nie wiedziały, z Radą zupełnie się nie stykały, a pomagały z własnych środków gdzieś w terenie.

Tak więc Żegota miała co najmniej cztery różne znaczenia.

Od redakcji: Jeśli próbować ustalić jedną datę – będzie to 4 grudnia 1942 r., kiedy powołana została do życia konspiracyjna Rada Pomocy Żydom, znana pod kryptonimem Żegota. Pomyślana była – i faktycznie działała ­– jako ciało społeczne przy Delegaturze Rządu RP na Kraj. Jako organizacja związana z rządem po to, by pomagać Żydom, była tworem unikatowym w okupowanej Europie.

W Radzie reprezentowane były stronnictwa i organizacje polskie i żydowskie: PPS-WRN, RPPS, SL, SD, Bund (żydowska partia socjalistyczna), ŻKN (Żydowski Komitet Narodowy), FOP (Front Odrodzenia Polski), Związek Syndykalistów Polskich, Stronnictwo Demokratyczne. Przewodniczącym został Julian Grobelny (PPS-WRN), wiceprzewodniczącym Tadeusz Rek (SL) i Leon Feiner (Bund), sekretarzem Adolf Berman (ŻKN), skarbnikiem Ferdynand Arczyński (SD).

Jeżeli przyjmujemy 4 grudnia 1942 r. jako datę sformalizowania inicjatywy, to przypomnieć trzeba, że już we wrześniu tego roku powstał Tymczasowy Komitet Pomocy Żydom, z inicjatywy i pod przewodnictwem znanej pisarki Zofii Kossak-Szczuckiej (secundo voto Szatkowskiej).

Okoliczności i wydarzenia poprzedzające powstanie RPŻ Żegota przedstawia jeden z jej założycieli (jedyny żyjący!) i członek Rady, który pełnił również funkcję zastępcy kierownika Referatu Żydowskiego Delegatury Rządu, Władysław Bartoszewski.

Cenny archiwalny materiał źródłowy, który poniżej drukujemy za zgodą i z poprawkami autora, to fragmenty obszernego referatu-sprawozdania, jakie Władysław Bartoszewski wygłosił w 1963 r. w Jerozolimie, w Instytucie Pamięci Jad Waszem.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną