Historia

Mięso polityczne

Przedwojenne spory o ubój rytualny

Nielegalny rzezak drobiu, czerwiec 1939 r. Nielegalny rzezak drobiu, czerwiec 1939 r. Narodowe Archiwum Cyfrowe
Współczesny spór o rytualny ubój zwierząt to ledwie cień awantury, która wstrząsnęła przedwojenną Polską. Wówczas szło o to, kto zdobędzie władzę po śmierci Piłsudskiego i czy w Rzeczpospolitej jest miejsce dla Żydów.
Ks. Stanisław Trzeciak. Pierwszy dostrzegł, że broniąc praw zwierząt, można boleśnie ugodzić w finanse gmin żydowskich.Narodowe Archiwum Cyfrowe Ks. Stanisław Trzeciak. Pierwszy dostrzegł, że broniąc praw zwierząt, można boleśnie ugodzić w finanse gmin żydowskich.
Prezydent Warszawy Stefan Starzyński. Toczył z rzezakami walkę o obniżenie stawek.Narodowe Archiwum Cyfrowe Prezydent Warszawy Stefan Starzyński. Toczył z rzezakami walkę o obniżenie stawek.
Posłanka Janina Prystorowa. W lutym 1936 r. wniosła na forum sejmu projekt ustawy o ochronie praw zwierząt.Narodowe Archiwum Cyfrowe Posłanka Janina Prystorowa. W lutym 1936 r. wniosła na forum sejmu projekt ustawy o ochronie praw zwierząt.

Gdy obóz sanacyjny zorientował się, że utracił wpływy w Radzie Miejskiej Warszawy, zmienił ustawę samorządową i narzucił stolicy komisarycznego prezydenta. Po krótko urzędującym Marianie Zyndram-Kościałkowskim urząd ten objął w sierpniu 1934 r., specjalizujący się w dziedzinie finansów publicznych, Stefan Starzyński. Miasto znajdowało się wówczas w opłakanym stanie. Kasa miejska świeciła pustkami. Mieszkańcy musieli na co dzień zmagać się z psującymi się wodociągami, dziurawymi ulicami i tłumami żebraków. Tymczasem rząd postawił Starzyńskiemu jasne zadanie: uporządkować stolicę i odzyskać w niej sympatię dla sanacji. Nowy prezydent potrzebował szybko sukcesu i wówczas narodził się pomysł obniżki cen mięsa.

Tymczasem branżę rzeźniczą w Warszawie zmonopolizowali Żydzi. Mięso koszerne cieszyło się opinią najzdrowszego i najłatwiej znajdowało nabywców także wśród chrześcijan. Nawet utworzone przez Romana Dmowskiego stowarzyszenie Rozwój, mające wspierać polskich przedsiębiorców, w swych ubojniach uśmiercało zwierzęta wedle reguł szechity.Uboju dokonywuje się w ten sposób, że nożem zadaje się w szyję bydlęcia podwójne cięcie, od siebie i do siebie i to w sposób zdecydowany, bez wahań, momentalnie jedno po drugiem, bez najmniejszej przerwy” – objaśniał ogólne zasady szechity rabin Nachum Asz w wydanej wówczas rozprawce. Tak wykrwawić zwierzę mieli prawo jedynie wyselekcjonowani specjaliści. „Rzezakiem rytualnym może być jedynie człowiek religijny i nieposzlakowany, obeznany z przepisami rytuału żydowskiego ze szczególnem uwzględnieniem kwestyj związanych z ubojem. Kandydat na rzezaka winien złożyć wobec rabina teoretyczny i praktyczny egzamin” – tłumaczył czytelnikom Nachum Asz.

Elitarność profesji powodowała, że rzezacy mogli narzucać wysokie opłaty za swe usługi, ok. 10 gr od kilograma zwierzęcia. W sklepie kilogram wołowiny kosztował ok. 1 zł. Żeby obniżyć cenę o kilkanaście groszy, Stefan Starzyński zażądał, by rzezacy zmniejszyli pobieraną opłatę o połowę. Nakaz zignorowano. Wówczas prezydent postawił ultimatum, nakazując rzeźniom wyrzucić na bruk starych rzezaków i potem zatrudnić jedynie tych, którzy zgodzą się na redukcję zarobków. W odpowiedzi oficjalny protest ogłosił Związek Rabinów Rzeczpospolitej, oznajmiając, że nie zatwierdzi uprawnień do szechity nowym pracownikom.

Opór rabinów doprowadził Starzyńskiego do szewskiej pasji. Przygotował więc perfidny odwet. Zapewne wiedział, że ze względów humanitarnych uboju rytualnego zabronili w swym kraju Szwajcarzy, po ogólnokrajowym referendum jeszcze w 1892 r. W ich ślad poszli w 1929 r. Norwegowie. Wreszcie, powołując się na prawa żywych stworzeń, zabronił takich praktyk w Niemczech, zaraz po objęciu stanowiska kanclerza Adolf Hitler. W styczniu 1935 r. prezydent Warszawy również poczuł potrzebę poprawienia losu bezbronnych stworzeń. Na jego polecenie Zarząd Miejski zaprosił dziennikarzy ze wszystkich gazet do rzeźni, aby ci z bliska zobaczyli, jak przebiega ubój rytualny. Widok bryzgającej krwi z poderżniętych gardeł cieląt i ich agonia wywarły piorunujące wrażenie. W mediach zawrzało. Katolicka Agencja Prasowa nazwała żydowskie praktyki rytualnym mordem, domagając się ich delegalizacji. Podobny postulat ogłosił główny organ prasowy obozu sanacyjnego „Gazeta Polska”. Strach przed wzburzoną opinią publiczną sprawił, że rzezacy skapitulowali i obniżyli stawki. Prezydent triumfował, nie wiedząc, jakiego demona udało mu się obudzić.

Narodowa miłość do zwierząt

Do tego momentu ubój rytualny interesował w Polsce jedynie działaczy towarzystwa Rozwój. Aby pognębić konkurencję, w 1923 r. złożyli w sejmie projekt ustawy zakazującej szechity. Jednak nawet posłowie związani z Narodową Demokracją zignorowali ten postulat. Natomiast w 1935 r. pierwszym, który dostrzegł, że broniąc praw zwierząt, można boleśnie ugodzić w finanse gmin żydowskich, był ks. Stanisław Trzeciak. Ubój rytualny stanowiły dla kahałów jedno z głównych źródeł dochodów, zaś ks. Trzeciak toczył z gminami wyznaniowymi długoletnie boje. Zarzucał Żydom, iż „wyszydzają w społeczeństwie polskim wszystko, co polskie, katolickie i narodowe, by osłabić w Polsce to, co tworzy spójnię państwa i narodu, by rozłożyć przez wywrotową działalność nasze Państwo od wewnątrz i by je zniszczyć”.

Z tak przebiegłym wrogiem postanowił walczyć za pomocą forteli. Rabini, broniąc tradycyjnej metody zabijania zwierząt, powoływali się na konstytucyjne artykuły 110 i 111, gwarantujące mniejszościom swobodę praktyk religijnych. Ks. Trzeciak napisał więc szybko pracę „Ubój rytualny w świetle Biblii i Talmudu”. Udowadniał w niej, że to przesąd niemający uzasadnienia w świętych księgach. Wśród rabinów zawrzało. „Do kwestjonowania wartości Talmudu jako źródła prawa dla żydów i jako interpretatora prawa Mojżeszowego ze stanowiska religji żydowskiej nie są w każdym bądź razie powołani przedstawiciele innych wyznań” – odpisał rabin Gminy Wyznaniowej w Częstochowie Nachum Asz.

Jednak kwestia praw zwierząt nagle stała się interesująca dla narodowców. Wszystko dlatego, że w maju 1935 r. zmarł Józef Piłsudski i zarówno starzy endecy, jaki i młodzi działacze Obozu Narodowo-Radykalnego uznali, iż pojawiła się szansa na zdobycie władzy. Państwo znajdowało się w fatalnym stanie ekonomicznym, narastała frustracja, wybuchały strajki. Antysemityzm stał się nośną ideą; sukces Hitlera dowodził, że tą drogą można przejąć rządy. Od połowy 1935 r. lawinowo rosła w Polsce liczba antyżydowskich wystąpień. Pod koniec roku podczas posiedzenia rządu minister spraw wewnętrznych Władysław Raczkiewicz przedstawił raport o przypadkach tumultów w kilkudziesięciu miejscowościach, podczas których m.in. niszczono żydowskie sklepy i bito właścicieli. Wprawdzie policja zatrzymywała sprawców, jednak obóz sanacyjny znalazł się w defensywie i zupełnie nie miał konceptu, jak z niej wyjść.

Sanacyjni animalsi

Pomysł na to znalazła Janina Prystorowa. To, że z żoną byłego premiera Aleksandra Prystora lepiej nie zadzierać, wiedziano w Warszawie od dawna. Kiedy Piłsudski po raz ostatni w życiu się zakochał, w pięknej lekarce Eugenii Lewickiej, to Prystorowa zmusiła męża, żeby wystąpił przeciw przyjacielowi. Razem z Aleksandrą Piłsudską we trójkę zaszczuli Lewicką, doprowadzając do zakończenia romansu i jej samobójczej śmierci.

Na początku lutego 1936 r. o posłance Prystorowej ponownie zrobiło się głośno. Tym razem, zaskakując niemal wszystkich, wniosła na forum sejmu projekt ustawy chroniącej prawa zwierząt. Jej mąż (wówczas już marszałek senatu) znów stał po stronie małżonki. Posłanka Prystorowa proponowała, aby ze względów humanitarnych zabronić uśmiercania zwierząt bez uprzedniego ich ogłuszenia. Potem zaś ciało należało dzielić jedynie wzdłuż, a nie w poprzek. Za złamanie tych reguł miała grozić kara trzech miesięcy aresztu i grzywna do 3 tys. zł. W projekcie ani słowem nie wspominano o Żydach, ale wszyscy wiedzieli, że reguły szechity nakazywały wykrwawić przytomne zwierzę, a za koszerną uznawano jedynie przednią część tuszy (tylną sprzedawano po niższej cenie chrześcijanom).

Skonsternowany rząd zebrał się, aby ustalić, jakie zajmie stanowisko. Wiceminister wyznań religijnych i oświecenia publicznego ks. Bronisław Żongołłowicz w dzienniku pod datą 6 lutego 1936 r. opisał dyskusję, podczas której ministrowie wyrażali zupełnie sprzeczne opinie, przeważnie nie rozumiejąc, o co w ogóle chodzi. „Mają gminy żydowskie z tego (uboju – przyp. aut.) 13 mln, z czego 6 mln idzie na opiekę Żydów biednych. Zniesienie uboju nie da korzyści i zysków. Zrujnuje gminy żydowskie” – ostrzegał ks. Żongołłowicz. Ale premier Marian Zyndram-Kościałkowski nie potrafił podjąć zdecydowanych działań.

Projekt ustawy trafił więc do sejmowej komisji administracyjno-samorządowej, która swym głównym ekspertem uczyniła… ks. Trzeciaka. Na próżno Żongołłowicz podczas jej posiedzenia usiłował przekonać posłów, że planowany zakaz będzie sprzeczny z konstytucją. Równie bezskutecznie minister rolnictwa Juliusz Poniatowski przestrzegał przed gwałtownym spadkiem konsumpcji mięsa i ruiną producentów. Prace nad ustawą Prystorowej toczyły się w błyskawicznym tempie.

Zaniepokojeni Żydzi utworzyli Komitet Obrony Uboju Rytualnego i zwołali w Warszawie na 11 marca 1936 r. wielki zjazd rabinów. 800 delegatów ogłosiło protest przeciw odbieraniu prawa wyznawcom judaizmu do jedzenia mięsa. Nawet daleka od życzliwości wobec religii socjalistyczna partia Bund wsparła ziomków i zorganizowała 17 marca w dużych miastach strajk protestacyjny robotników żydowskich. Obrońcom uboju rytualnego udało się pozyskać oświadczenie rządów 17 państw europejskich oraz USA głoszące, że nie zamierzają zabraniać Żydom tradycyjnych metod uśmiercania zwierząt.

Ludzie i zwierzęta

Nim 19 marca 1936 r. ustawa wróciła do sejmu, obudził się Kościałkowski. Wedle zapisków Żongołłowicza, premier uznał, że nowe prawo zbliży Rzeczpospolitą do „hitleryzmu i bolszewizmu”, a do tego „skazuje Żydów bez mięsa na śmierć” i co ważniejsze, „zamyka Polsce światowy kredyt”. Na jego polecenie minister Poniatowski zgłosił poprawki umożliwiające prowadzenie uboju rytualnego osobom, którym władze wydadzą specjalne koncesje. Rząd godził się jednak na całkowity zakaz uboju rytualnego przez władze samorządowe w tych regionach kraju, gdzie Żydzi stanowili mniej niż 3 proc. ludności. Kompromis, choć nikogo nie zadowalał, został przyjęty 20 marca niewielką większością głosów. Środowiska narodowe natychmiast przystąpiły do walki w samorządach lokalnych o całkowitą delegalizację procederu. Największym sukcesem endeków było uchwalenie takiego dekretu przez sejm śląski. Ale zanim ustawa weszła w życie z początkiem 1937 r., Ministerstwo Rolnictwa i Reform Rolnych zrobiło wszystko, aby zminimalizować jej skutki. Masowo wydawano koncesje rzezakom i punktom rzeźnym w wielkich miastach. Gorzej sprawy miały się na prowincji, zwłaszcza na Kresach, gdzie urzędnicy z ochotą przystąpili do uprzykrzania życia Żydom.

„Raz przyszedł posterunkowy i kazał sobie pokazać nóż rzezacki. Gdy mu go pokazano, zabrał go” – tak zapamiętała początek 1937 r. mieszkająca w Sołotwinie (województwo stanisławowskie) córka miejscowego rabina Ewa Tanenzapf. Jej ojciec, jako jedyny w okolicy, posiadał uprawnienia rzezaka drobiu. Wszyscy Żydzi żądali więc od niego, by zabijał ich kury i kaczki, choć nie otrzymał rządowej koncesji. Wiedząca o tym policja odwiedzała jego dom regularnie, urządzając kolejne rewizje. Najgorliwiej pilnowano rabina przed świętem Rosz Haszana, gdy wyznawcy judaizmu tradycyjnie jedli potrawy z drobiu.

„Tato rżnął w ukrytych miejscach, które co chwila zmieniał, bo dowiadywano się o nich. Zaczął się pościg. Cały posterunek był w ruchu” – opisywała Tanenzapf. Mająca 15 lat dziewczyna stała wtedy na czatach i ostrzegała ojca, gdy zbliżali się policjanci. Ten zaś uciekał z niedobitymi kurami w inne miejsce. Z Sołotwiny przeniósł się do wioski Monasterczany. „Stamtąd przeszedł do wioski Dźwiniacz. Tymczasem z miasta wysyłano tam drób na dorożkach” – wspominała panna Tanenzapf. Ją samą w końcu aresztowano, mając nadzieję, że ojciec stawi się na posterunku, aby odebrać córkę. Ten jednak wybrał obowiązek wobec wspólnoty i nadal zarzynał drób. „Gdy mię wypuszczono, ludzie wychodzili mi naprzeciw. Po raz pierwszy ucieszono się mną” – wspominała. Wraz z ojcem stali się w Sołotwinie lokalnymi bohaterami.

Cena mięsa

Nie zawsze awantury kończyły się tak szczęśliwie, jak w przypadku rodziny Tanenzapf. W Brześciu nad Bugiem, gdzie mieszkało 40 tys. Żydów i stanowili połowę ludności miasta, zakaz uboju rytualnego przyniósł skutki, których mało kto się spodziewał. 13 maja 1937 r. starszy posterunkowy Stefan Kędziora otrzymał donos, że w chłodni na małym rynku ukryto mięso z uboju rytualnego. Razem z drugim policjantem znaleźli tam „10 cielęcych zadków”. W raporcie Komendy Wojewódzkiej Policji Państwowej (KWPP) napisano, że „w chwili wkładania mięsa na dorożkę, którą zamierzali przewieźć do rzeźni miejskiej, st. post. Kędziora został ugodzony sztyletem z tyłu w bok. Przy dorożce znajdował się wówczas Ajzyk Szczerbowski, właściciel zajętego mięsa”. Zraniony policjant zdołał wydobyć broń i postrzelić, jak mu się wydawało, napastnika. Tak naprawdę strzelał do niewłaściwej osoby. Do policjanta podkradł się bowiem syn rzezaka Welwel Szczerbowski. Wedle relacji dziennika „Robotnik”, młodzieniec rozwścieczony utratą mięsa sztyletem rzeźnickim „pchnął straszliwie Kędziorę od tyłu”.

Ranny policjant i postrzelony Ajzyk Szczerbowski trafili do szpitala. Ale Żyd przeżył, a policjant po godzinie zmarł. Wieść o tym rozniosła się lotem błyskawicy. „O godz. 10 nastąpiły pierwsze wypadki bicia Żydów, wybijanie okien i demolowanie wystaw sklepów żydowskich na małym rynku przez nieliczną grupę kobiet” – donoszono w raporcie KWPP. Wkrótce wielu Polaków poszło za przykładem krewkich pań i zamieszki ogarnęły całe miasto. „Początkowo rozruchy nie miały charakteru masowego i nie były zorganizowane. Dopiero pod wieczór uwydatniła się pewna planowość akcji antyżydowskiej, gdzie napływowy element ze wsi, jak i świat przestępczy, począł dokonywać kradzieży z rozbitych sklepów” – zapisano w sprawozdaniu KWPP, dodając, że biciem Żydów najintensywniej zajmowali się: „bezrobotni, młodzież pozaszkolna i kobiety”.

Wedle korespondenta „Robotnika”, wieczorem w Brześciu „rabowano, nawet potężnie. Jakiś dziadyga przeklinał Żydów, że chwycił dwa buty, przez omyłkę na jedną nogę… Jakiś młodzieniec z wyniesionych części ze sklepu, tuż, na ulicy montował rower, ale brakło mu kierownicy”. Natomiast zdaniem endeckiego „Warszawskiego Dziennika Narodowego”, Polacy wykazali się niezwykłą uczciwością. „Tłum niszczył wszystko metodycznie – rozdeptywał zegarki, łamał radia i rowery, darł pieniądze i weksle – ale cudzej własności sobie nie przywłaszczał” – podkreślano. Dopiero mobilizacja policji z całego powiatu i wyprowadzenie na ulice wojska przywróciło porządek.

Aresztowano prawie 200 uczestników zajść, odnotowano kilkadziesiąt przypadków pobicia Żydów, na szczęście nikt nie zginął. Przez następne dni panowała w Brześciu bardzo napięta atmosfera, ale policja sprawnie tłumiła wszelkie próby wywołania nowych zamieszek. Władze przywróciły spokój, lecz ślady pogromu pozostały jeszcze długo widoczne. „Chodniki są już czyste. Jezdnie wymiecione. Ale domy przedstawiają widok niesamowity. Niszczono nie tylko sklepy, ale i mieszkania prywatne” – opisywało 20 maja 1937 r. wychodzące w Wilnie konserwatywne „Słowo”. Mordercę policjanta po czterech dniach wydała jego własna matka. Został najpierw skazany na karę śmierci, jednak sąd apelacyjny zamienił ją na dożywotnie więzienie.

Aby odebrać narodowcom poparcie młodzieży i najbardziej sfrustrowanej części społeczeństwa, sanacyjni przywódcy utworzyli nowy ruch społeczny – Obóz Zjednoczenia Narodowego. Przejął on endecki program wojny ekonomicznej z Żydami oraz antysemicką retorykę. Na początku 1938 r. sejm uchwalił ustawę całkowicie delegalizującą ubój rytualny. Na 199 posłów obecnych na sali w głosowaniu wzięło udział ledwie 70. Przeciw było pięciu, na czele z Andrzejem Wierzbickim, długoletnim prezesem organizacji pracodawców Lewiatan. Milcząca większość nie popierała zakazu, lecz nie miała już dość odwagi, by się mu przeciwstawić.

Polityka 02.2013 (2890) z dnia 08.01.2013; Historia; s. 55
Oryginalny tytuł tekstu: "Mięso polityczne"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kultura

Butelki z benzyną w formacie JPG, czyli sztuka protestu

Od kilkunastu lat chodzę na demonstracje dopominające się o prawa kobiet czy mniejszości. Grzecznie już było – mówi grafik Jarek Kubicki, twórca plakatów, które stały się wizualnymi symbolami obecnego protestu.

Jakub Knera
28.10.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną