Kto dopuścił Hitlera do władzy

Wielka pomyłka
Objęcie przez Adolfa Hitlera 30 stycznia 1933 r. stanowiska kanclerza Republiki Weimarskiej było zdarzeniem zaskakującym. Takiego obrotu spraw nie spodziewała się nie tylko opinia publiczna, ale także większość klasy politycznej.
Hitlerowski zjazd w Buckebergu, 1934 r.
ULLSTEIN/BEW

Hitlerowski zjazd w Buckebergu, 1934 r.

Prezydent Republiki Weimarskiej Paul von Hindenburg i Adolf Hitler, 1933 r.
Bettmann/Corbis

Prezydent Republiki Weimarskiej Paul von Hindenburg i Adolf Hitler, 1933 r.

Komentując to, co się stało 30 stycznia 1933 r., Sebastian Haffner, jeden z najbardziej przenikliwych obserwatorów nazizmu, pisał: „W zwyczajowy sposób, w jaki pisze się historię, nie można oddać sensu tego wydarzenia. W 1890 r. Wilhelm II dymisjonuje Bismarcka. Z pewnością było to kluczowe wydarzenie w niemieckiej historii, ale nie odcisnęło się na biografii żadnego Niemca z wyjątkiem wąskiego kręgu bezpośrednio zainteresowanych. Życie toczyło się jak poprzednio. Żadna rodzina się nie rozpadła, przyjaźń nie została złamana, nikt nie uciekł z kraju. Nikt nie stracił spotkania ani nie odwołano żadnego przedstawienia w teatrze. Zakochani, szczęśliwie lub nie, byli nadal zakochani, biedni trwali w biedzie, bogaci pozostali bogaci. Teraz porównajmy to do sytuacji z roku 1933: »Hindenburg posyła po Hitlera«. Oto trzęsienie ziemi, które potrzaskało życie 66 milionów ludzi”.

Zaledwie kilka tygodni wcześniej noworoczne wydania czołowych niemieckich dzienników wieszczyły początek końca NSDAP. Komentatorzy byli zgodni, że naziści przegapili swój czas, a teraz czeka ich stopniowa utrata wpływów i powrót na margines sceny politycznej. „Wzlot i upadek Hitlera”, „Republika uratowana” – głosiły nagłówki gazet. Jak zapewniał „Frankfurter Zeitung”: „gwałtowny atak nazistów na demokratyczne państwo został odparty”.

Ośmieszony i oszukany

Istotnie, pod koniec 1932 r. wydawało się, że partia Hitlera grzęźnie w problemach. Niewiele zostało po entuzjazmie z pierwszej połowy roku, kiedy to w lipcowych wyborach do Reichstagu NSDAP zdobyła 37 proc. głosów, stając się największą siłą w parlamencie. Pierwsze rozczarowanie nadeszło 13 sierpnia, gdy prezydent Paul von Hindenburg odmówił mianowania Hitlera szefem rządu i zamiast tego udzielił poparcia pozaparlamentarnemu gabinetowi Franza von Papena. Szef nazistów, któremu zaproponowano jedynie pozbawione znaczenia stanowisko wicekanclerza, poczuł się ośmieszony i oszukany. Jednocześnie w elitach partii, a nawet w najbliższym otoczeniu wodza zaczęły kiełkować wątpliwości co do obranej przez niego strategii.

Hitler, zniechęcony klęską puczu monachijskiego z 1923 r., postanowił zdobyć władzę przy użyciu demokratycznych procedur i zamiast ryzykować ponowne starcie z połączonymi siłami wojska i policji, zaczął walczyć o głosy wyborców. Jednocześnie przyjął zasadę „wszystko albo nic” – wykluczył udział w jakimkolwiek rządzie koalicyjnym lub mniejszościowym, jeśli nie otrzyma w nim stanowiska kanclerza.

Sytuacja była patowa: zwycięska NSDAP wciąż pozostawała w opozycji bez widoków na wyjście z politycznej izolacji. Rekordowe poparcie społeczne, okupione kosztowną kampanią propagandową i ogromną mobilizacją członków partii, zaczęło wyparowywać. Odpływ zaufania ujawnił się podczas kolejnych, piątych już w 1932 r. wyborów. W listopadzie NSDAP straciła dwa miliony głosów i 34 posłów w Reichstagu. Nadal była największą partią w parlamencie, ale trend spadkowy stał się wyraźny.

Kolejny cios przyszedł ze strony prezydenta. Hindenburg znów odmówił desygnowania Hitlera na kanclerza, jeśli NSDAP nie utworzy większościowej koalicji w parlamencie (co było, oczywiście, niewykonalne). Porażka stała się dla nazistów tym bardziej upokarzająca, że prezydent nie ograniczył się do kuluarowych rozmów, lecz wyłożył swoje racje w liście otwartym. „Prezydent uważa – pisał do Hitlera – iż nie może odpowiadać przed narodem niemieckim za przekazanie prezydenckich prerogatyw przywódcy partii, która wciąż podkreśla swoją wyłączność na posiadanie prawdy i która sprzeciwia się prezydentowi osobiście oraz krokom politycznym i gospodarczym, jakie prezydent uznaje za konieczne. W tej sytuacji prezydent ma prawo się obawiać, że gabinet prezydencki prowadzony przez pana nieuchronnie rozwinąłby się w partyjną dyktaturę ze wszystkimi tego konsekwencjami, zwiększając podziały w narodzie niemieckim, na co nigdy nie mógłby się zgodzić, pomny na swą przysięgę i sumienie”.

Załamywał się mit NSDAP jako ugrupowania prącego od sukcesu do sukcesu. Jedno niepowodzenie pociągało za sobą kolejne: grudniowe wybory lokalne w Turyngii zakończyły się dla nazistów katastrofą i spadkiem notowań o 40 proc. Kosztowne kampanie propagandowe z ostatnich miesięcy sprawiły, że partia stała się niewypłacalna, a jej problemy finansowe stanowiły przedmiot drwin lewicowej i liberalnej prasy.

Na domiar złego w szeregach NSDAP, chlubiącej się dotąd zdyscyplinowaniem swoich członków, pojawiły się pierwsze oznaki rozłamu. Buntować zaczęły się lokalne struktury SA (bojówek partii), uważające, że władzę należy wziąć siłą, bez zawracania sobie głowy konstytucją. Z drugiej strony część kierownictwa partii, z Gregorem Strasserem na czele, krytykowała Hitlera za nadmierny radykalizm: lepiej zgodzić się na udział w rządzie koalicyjnym – twierdzono – niż pozostawać w wiecznej opozycji.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną