Wenecja kontra Konstantynopol

Ćwierć i pół ćwierci cesarstwa
Dzieje Wenecji i Konstantynopola są jak pozytyw i negatyw tej samej fotografii. Gdy jedno z miast rosło w potęgę, drugie osuwało się w polityczny niebyt. I nie była to zbieżność przypadkowa, bo pierwsze przez długie stulecia żywiło się ciałem drugiego.
Wenecja widziana okiem ilustratora XIV - wiecznej „Księgi cudów świata”.
DeA Picture Library/DeAgostini/Getty Images/FPM

Wenecja widziana okiem ilustratora XIV - wiecznej „Księgi cudów świata”.

Polityka

Domenico Tintoretto, „Zdobycia Konstantynopola” w 1204 r., obraz z poł. XVI w.
AKG IMAGES/EAST NEWS

Domenico Tintoretto, „Zdobycia Konstantynopola” w 1204 r., obraz z poł. XVI w.

U zarania wieków średnich, po upadku Rzymu, Konstantynopol był stolicą świata, zwaną często po prostu miastem. Dodatkowych określeń nie potrzebował, podobnie jak jedyny w całym chrześcijaństwie cesarz. Dwór, urzędy centralne, patriarchat i setki tysięcy mieszkańców tworzyło gigantyczny ośrodek konsumpcji, na którego potrzeby pracowały miliony poddanych imperium.

Natomiast to, co miało się stać Republiką św. Marka, było wówczas tylko grupą zabagnionych wysepek, gdzie uchodźcy z twardego lądu chronili się przed pustoszącymi Italię barbarzyńcami. Niedostatek ziemi i słodkiej wody zmuszały do wymiany dóbr z sąsiadami. Skromny był to handel, obejmujący warzoną na miejscu sól i ryby z przybrzeżnych łowisk. Położenie nad laguną przynosiło jednak wymierne korzyści. Jej spokojne wody stanowiły dogodne schronienie dla statków, a uchodzące do niej rzeki – naturalne drogi transportu. Toteż w ciągu kilku dziesięcioleci osady weneckiego archipelagu wyrosły na czołowego przewoźnika północnego Adriatyku. Gdy w VI w. cesarstwo postanowiło zbrojnie odzyskać Italię, wenecka flota wsparła je w tym przedsięwzięciu, przewożąc bizantyńskich najemników do obleganej przez Ostrogotów Rawenny.

Wysiłek ten, choć z punktu widzenia Konstantynopola marginalny, został dostrzeżony i doceniony. Sam Justynian II zaszczycił w 565 r. wyspy wizytą, hojnie nadając dworskie tytuły miejscowym notablom. Wenecja nie była jeszcze nawet miastem. Na Rialto, jej przyszłym politycznym centrum, pasły się krowy. Dziesięć wysp stanowiło bizantyńską jednostkę administracyjną nazwaną z czasem dukatem (od 697 r.), z cesarskim dowódcą wojskowym rezydującym na najbardziej na północ wysuniętej spośród nich, Grado. Militarna obecność Greków szybko topniała i wkrótce faktyczna władza znalazła się w rękach miejscowych możnych.

Poddani kalifa 

Póki na morzach dominowały statki z lewantu, wenecjanie zmuszeni byli ograniczać się do groszowych zysków z obsługi lokalnego rynku. Wszystko zmieniło wtargnięcie na scenę polityczną Arabów. W ciągu kilku dziesięcioleci mieszkańcy Kartaginy, Aleksandrii i ruchliwych portów Syrii stali się poddanymi kalifa pozostającego w stanie permanentnej wojny z państwami chrześcijan. Jednak to nie bariery polityczne stanowiły największy problem; kupcy zawsze potrafili je zręcznie omijać.

W 618 r. cesarz Herakliusz musiał zaprzestać darmowego rozdawnictwa żywności mieszkańcom Konstantynopola. (Chociaż wiedział, jak chyba nikt inny, że głodny lud bywa nieobliczalny, a hojność władzy jest jej najlepszą legitymacją; odcięcie stolicy od zaopatrzenia w afrykańską żywność było w końcu jego pierwszym krokiem na drodze do obalenia swego poprzednika). Tymczasowa w zamyśle decyzja, podjęta w najcięższych chwilach wojny z Persją, okazała się jednak trwała także po jej zwycięskim końcu. Najżyźniejsze bowiem prowincje padły niemal natychmiast łupem Arabów.

Od ustanowienia cesarstwa do Rzymu, a później Konstantynopola, rok w rok spływał strumień zbieranych w naturze podatków. Istniał złożony i skrupulatnie nadzorowany system, w którym państwo czarterowało statki, wyznaczało porty, trasy, terminy i stawki przewozowe dla tysięcy ton pszenicy, oliwy, bobu i suszonych owoców. Choć organizacja ta była przymusowa, to uczestniczący w niej prywatni przedsiębiorcy otrzymywali coś, czego wolnorynkowa gospodarka nigdy by im nie zaoferowała – olbrzymie, regularne zamówienia wypłacalnego zleceniodawcy. Przez sześć stuleci kilka tysięcy statków znajdowało stabilne zatrudnienie na stałych szlakach łączących południowe wybrzeże Morza Śródziemnego z północnym.

Krach tego systemu sprawił, że wczorajsi potentaci musieli zainteresować się rynkami uważanymi dotąd za drugorzędne, dostosować asortyment do potrzeb innej, znacznie bardziej zróżnicowanej klienteli i zapoznać się z nowymi drogami handlowymi. Tam nieuchronnie zderzali się ze znającymi lokalne warunki od podszewki, miejscowymi drobnymi przewoźnikami. Działając poza systemem od zawsze, byli oni operatywni i elastyczni. Wynik konkurencyjnego starcia był łatwy do przewidzenia.

 

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną