Sylwetka Romana Hrabara

Człowiek, który odzyskał 30 tys. dzieci
Roman Hrabar miał 36 lat, kiedy podjął się niemal niewykonalnego zadania – odnalezienia i sprowadzenia do kraju tysięcy polskich dzieci, odebranych w czasie wojny rodzicom i przeznaczonych do wychowania na idealnych nazistów.
Polski obóz przesiedleńczy w Volpriehausen, 1945 r.
Dorota i Tomasz Wojciechowscy/Ośrodek Karta w Warszawie

Polski obóz przesiedleńczy w Volpriehausen, 1945 r.

Roman Hrabar odbiera Order Uśmiechu, 1986 r.
Andrzej Rybczyński/PAP

Roman Hrabar odbiera Order Uśmiechu, 1986 r.

Wiosna 1947 r., amerykańska strefa okupacyjna w Niemczech. Wojskowy jeep szybko pokonuje 140-kilometrową trasę z Regensburga (Ratyzbona) do Monachium. Tuż przed miasteczkiem Landshut drogę zajeżdża mu ciężarówka z niemieckimi numerami rejestracyjnymi. Kierowca jeepa w ostatniej chwili unika zderzenia, wjeżdżając na krawędź nasypu. Ciężarówka znika za zakrętem.

Pijany był? – pyta pobladłego ze zdenerwowania kierowcę pasażer, ubrany w mundur z naszywką Polish Red Cross na rękawie. – Na pewno nie. Chciał nas zmusić do lądowania tam na dole albo strącić zderzakiem. Hitlerowcy jeszcze się nie skończyli – odpowiada prowadzący jeepa. Jego towarzysz milczy. Przypomina sobie słowa, którymi kilkanaście dni temu powitał go w Heidelbergu główny delegat Polskiego Czerwonego Krzyża na Niemcy płk Stanisław Matuszczak: – Będziecie mieli wrogów wszędzie.

Pasażerem jeepa jest prawnik Roman Hrabar, od marca 1947 r. pełnomocnik polskiego rządu do rewindykacji dzieci. Jego misją jest sprowadzenie do kraju tysięcy małych Polaków, wywiezionych w czasie wojny w celu przymusowej germanizacji. Hrabar wie, jak trudne zadanie go czeka. Prowadzone przez ostatnie dwa lata w Polsce dochodzenie ujawniło niebywałą skalę masowych porwań polskich dzieci do Niemiec i Austrii przez doskonale zorganizowany system instytucji, podległych komisarzowi Rzeszy ds. umocnienia niemczyzny Heinrichowi Himmlerowi. Na terenie stref okupacyjnych może przebywać nawet 200 tys. polskich dzieci ze zmienionymi nazwiskami i sfałszowanymi metrykami urodzenia. Te, które trafiły do niemieckich rodzin zastępczych w wieku zaledwie kilku lat, mogą już nawet nie pamiętać swojego poprzedniego życia. Jak je odnaleźć?

Jasne włosy, niebieskie oczy

Ostatnie dni stycznia 1945 r., Katowice. Wojskowa ciężarówka zatrzymuje się przed gmachem Urzędu Wojewódzkiego. 36-letni Roman Hrabar wchodzi do budynku, w którym jeszcze dwa dni temu pracowali hitlerowscy urzędnicy. Dobrze zna Katowice. Chociaż urodził się na Kresach, w Kołomyi, ze Śląskiem związał się już jako 25-letni absolwent prawa. Najpierw pracował w urzędach nadzorujących przemysł górniczy, następnie w Prokuratorii Generalnej. Wojnę przeżył w Warszawie, skąd po powstaniu wyjechał do Krakowa. Ostatnie dni okupacji miasta spędził w więzieniu na Montelupich, aresztowany przez gestapo. Teraz jego zadaniem jest zorganizowanie opieki społecznej dla ludności Śląska.

W ciągu kolejnych miesięcy przez Katowice przetaczają się setki tysięcy repatriantów ze wschodu i zachodu. Gwałtownie wzrasta liczba ludzi, którzy poszukują swoich bliskich, w tym dzieci. Początkowo ich zaginięcia traktuje się jako zwykły element wojennego chaosu. Z czasem dorośli odnajdują się, a wielu dzieci wciąż nie ma.

Roman Hrabar zaczyna analizować zgłoszenia o zaginięciach. Jego uwagę zwracają powtarzające się opisy sytuacji, w jakich dzieci zostały odłączone od rodzin. Były zabierane ze szkół, szpitali, domów, a nawet prosto z ulicy, i umieszczane w specjalnych ośrodkach, skąd następnie wywożono je w nieznanym kierunku. Dzieci odbierano podejrzanym politycznie rodzicom, rozwiedzionym kobietom, wdowom po rozstrzelanych działaczach ruchu oporu. Czasem wystarczyło, by miały jasne włosy i niebieskie oczy, czyli odpowiadały aryjskiemu ideałowi rasy. Ale nie był to warunek niezbędny.

Roman Hrabar przekopuje się przez stosy dokumentów urzędów III Rzeszy. Wnioski są szokujące: wbrew propagandowej pogardzie dla Słowian i „podludzi ze wschodu” hitlerowscy specjaliści od rasy uważali, że Polacy i Niemcy posiadają te same cechy rasowe, a różnią się jedynie układem ich elementów. Ta tzw. teoria krwi pokrewnej była podstawą do przeprowadzania corocznej selekcji polskich dzieci w wieku 6–10 lat, robionej pod przykrywką badań lekarskich. Cenne rasowo dzieci były następnie zabierane rodzicom. Powstał w tym celu specjalny system, obejmujący szkoły, szpitale, nazistowskie zakłady opieki społecznej NSV, ośrodki adopcyjne Reichadoptionstelle, sądy rodzinne, urzędy stanu cywilnego, urzędy meldunkowe oraz działającą w całych Niemczech nazistowską organizację Lebensborn, której zadaniem m.in. była koordynacja działań związanych z „przenaradawianiem” dzieci.

Sosnowska-Sosemann

Pierwszych cennych informacji dostarczają dziennikarze z Polskiej Agencji Prasowej Polpress. Publikują listę nazwisk 49 dzieci z niemieckiego dokumentu, przejętego przez Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego. Znalezisko jest wyjątkowe, ponieważ zawiera zarówno polskie imiona i nazwiska dzieci, jak i te nadane im w ośrodkach germanizacyjnych, a także dane osobowe i adresy ich przybranych rodziców. Trop prowadzi do austriackich okręgów Salzburg i Markt-Pongau.

Kolejne rewelacje przywozi na Śląsk Amerykanka Eileen Blackley, dyrektor Głównej Kwatery Poszukiwań Dzieci UNRRA na Europę. Jej organizacja zebrała mnóstwo informacji o przebywających w Niemczech osamotnionych dzieciach, w tym polskich. Nie było jednak żadnych dokumentów potwierdzających ich prawdziwą tożsamość ani informacji o rodzinach, którym można by je było oddać.

Staje się jasne, że w poszukiwania dzieci na terenie Niemiec muszą włączyć się sami Polacy. Nie jest to jednak proste. Biuro Badań i Studiów przy pełnomocniku okręgu PCK w Katowicach to jeden pokój, w którym tomy akt sięgają sufitu. Roman Hrabar dwoi się i troi, koordynując w tych warunkach akcję obejmującą już cały kraj. I ma pierwsze sukcesy.

Na podstawie analizy dokumentów udaje się rozpracować system, w jaki dzieciom zmieniano polskie nazwiska na niemieckie. Okazało się, że w celu łatwiejszego przyzwyczajenia ich do nowych nazwisk Główny Urząd Rasy i Osadnictwa SS zalecał urzędnikom, by pozostawiali dwie–trzy pierwsze litery bez zmiany. W ten sposób Karwinowski stawał się Karpersem, Mikołajczyk – Mickerem, a Sosnowska – Sosemann. Niektóre polskie nazwiska były tłumaczone na niemiecki: Olejnik – Oelmann, Młynarczyk – Mueller, Ogrodowczyk – Gaertner. Jeśli natomiast dziecko nosiło nazwisko o słowiańskim brzmieniu, nadawano mu typowe nazwisko niemieckie: Cieślak – Schueller, Rzamiak – Kramer, Czesławski – Zallinger.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną