Powstanie warszawskie: warto było?

Niegasnący spór o powstanie
Mimo że Powstanie Warszawskie było pod koniec II wojny światowej jednym z momentów zwrotnych polityki europejskiej, nie zapadło w powszechną pamięć historyczną. Dla Polaków jednak jest doświadczeniem kluczowym ostatnich 250 lat.
Transporter niemiecki zdobyty przez powstańców Zgrupowania „Krybar”. Zdjęcie wykonano na ul. Tamka 14 sierpnia 1944 r.
Sylwester Braun/Wikipedia

Transporter niemiecki zdobyty przez powstańców Zgrupowania „Krybar”. Zdjęcie wykonano na ul. Tamka 14 sierpnia 1944 r.

Odprawa oddziału powstańczego, sierpień 1944 r.
Ullstein/BEW

Odprawa oddziału powstańczego, sierpień 1944 r.

Ewakuacja ludności cywilnej z obszarów miasta objętych walkami, sierpień 1944 r.
Ullstein/BEW

Ewakuacja ludności cywilnej z obszarów miasta objętych walkami, sierpień 1944 r.

Powstaniu Warszawskiemu, które toczyło się 70 lat temu, poświęcony jest nasz najnowszy „Pomocnik Historyczny”.
Polityka

Powstaniu Warszawskiemu, które toczyło się 70 lat temu, poświęcony jest nasz najnowszy „Pomocnik Historyczny”.

O dysproporcjach pamięci świadczy wyszukiwarka Google. Na hasło „Warschauer Aufstand” podaje ok. 120 tys. stron z Niemiec i w języku niemieckim. To znaczy, że w Niemczech temat jest rozpoznawalny i budzi obecnie pewne zainteresowanie. Jednak jest ono nieporównywalne z zainteresowaniem w Polsce, gdzie Google.pl na hasło „Powstanie Warszawskie” wyrzuca prawie 3240 tys. stron. Dla porównania: rosyjski Google dał ok. 62 tys. wskazań na hasło „Warszawskoje Wosstanije”, a brytyjski na „Warsaw Uprising 1944” – ok. 220 tys.

Polskie powstania z XVIII, XIX i XX w. przeciwko rosyjskiej, pruskiej i austriackiej dominacji są jednym z fundamentów polskiej świadomości historycznej. Zarazem niemal wszystkie wywołały niekończące się debaty na temat sensu i bezsensu ­militarnych zrywów, moralnych zysków i materialnych strat. Apologeci powstań twierdzili, że niezależnie od ponoszonych klęsk przekazywały one następnym pokoleniom ducha wolności i patriotyzmu, że bez powstań Polacy straciliby swą tożsamość i rozpłynęli się w państwach zaborczych. Krytycy natomiast zwracali uwagę, że wszystkie powstania – z wyjątkiem wielkopolskiego z grudnia 1918 r. oraz wojny polsko-bolszewickiej w latach 1919–20 – kończyły się klęską i śmiercią tysięcy ofiar.

Powstanie kościuszkowskie z 1794 r. zamiast uratować okrojoną, ale formalnie wciąż jeszcze istniejącą Rzeczpospolitą, doprowadziło do jej całkowitej likwidacji. Powstanie listopadowe z lat 1830–31 doprowadziło do zniesienia ustalonej na kongresie wiedeńskim (1815 r.) autonomii Królestwa Polskiego w ramach Imperium Rosyjskiego. To samo dotyczy powstań w zaborach austriackim i pruskim w latach 1846–48. Powstanie styczniowe w zaborze rosyjskim (1863 r.) rozwiało nadzieje na liberalizację polityki rosyjskiej i odzyskanie autonomii. Spowodowało drastyczną rusyfikację terenów polskich i doprowadziło do zerwania wielowiekowej solidarności Polaków i Litwinów.

W polskim sporze o Powstanie Warszawskie ścierają się dwa przeciwne porządki myślenia, ujawniające się też w debatach toczonych wokół poprzednich zrywów wojskowych. Tradycja romantyczna ogłasza: gloria victis, chwała zwyciężonym. Hojna danina krwi najszlachetniejszych obywateli „jak kamienie przez Boga rzucanych na szaniec” – jak z patosem głosił w XIX w. Juliusz Słowacki – to cena, którą trzeba było zapłacić za przetrwanie idei narodowej. Przykład bohaterów miał pobudzać do pójścia – jeśli to konieczne – w ich ślady i przygotować kolejny, tym razem zwycięski, zryw.

Z kolei zwolennicy polityki realnej, tzw. pozytywiści i ugodowcy, szydzą z – jak to ujmują – bohaterszczyzny, uważając ją za retorykę moralnej arogancji i braku politycznej rozwagi. Według nich bilans powstań jest ujemny: nie tylko ze względu na nieodwracalne straty ludzkie i materialne wynikające z walk i późniejszych represji, ale również z powodu zapaści cywilizacyjnych po każdej z klęsk, spowodowanych wieloletnią depresją podbitego społeczeństwa i zniszczeniem polskich instytucji.

Cudzoziemcy mają kłopot

Polskie spory wokół Powstania Warszawskiego – toczące się już przed jego wybuchem, a później w trakcie walk i po jego upadku – ciągnęły się w kraju i na emigracji przez całe dziesięciolecia i należą do tych nigdy nierozstrzygniętych kwestii, które przekazywane z pokolenia na pokolenie budzą w Polakach emocje, ale dla obcokrajowców są trudne do zrozumienia. Czy to powstanie miało sens, czy było historycznym błędem? Kto jest winien klęski? Cyniczny ludobójca Stalin? To oczywiste! Wiarołomni alianci zachodni? Oni również. A może – jak głosili nie tylko komuniści – przede wszystkim polski rząd emigracyjny w Londynie, niepotrafiący ułożyć się ze wschodnim sąsiadem, który w 1944 r. miał w ręku wszystkie karty? A może także bezpośrednio władze powstańcze, które nie powinny przeć do rozpoczęcia walki, gdy brakowało podstawowego uzbrojenia?

Cudzoziemcowi początkowo trudno pojąć, dlaczego w tych polskich debatach na temat powstania opinie wyważone, chłodne, szybko toną w morzu rozdygotanych argumentów. Jednak właśnie te skrajne emocje polskich rozmów o bohaterstwie pokolenia „zdradzonego” przez zachodnich aliantów czy też o nieodpowiedzialności polityków, którzy dla politycznego gestu poświęcili tysiące młodych ludzi, sprawiają, że nawet cudzoziemiec zaczyna pojmować, dlaczego w polskiej świadomości rana Powstania Warszawskiego wciąż pozostaje niezabliźniona. Ta trauma dotyka bowiem sedna polskiej myśli i dążeń politycznych dwóch minionych stuleci – najpierw prób odzyskania, a potem utrzymania niepodległości Polski w konfrontacji z dwoma wrogimi sąsiadami: Niemcami i Rosją, przy daleko posuniętej obojętności Francji, Anglii czy USA. I właśnie dlatego nie jest to tylko wewnętrzna polska sprawa i uboczny epizod II wojny światowej, lecz jeden z jej kluczowych momentów w Europie. To właśnie ten europejski aspekt polskiego powstania z 1944 r. skłonił Brytyjczyka Normana Daviesa i Rosjanina Nikołaja Iwanowa do przedstawienia warszawskiego dramatu nie jako samobójczego gestu polskich romantyków, lecz jako oskarżenia angloamerykańskiej i stalinowskiej polityki wobec Polski w czasie II wojny światowej.

Warszawa była ostatnim niemieckim zwycięstwem w II wojnie światowej, ale na tyle wstydliwym, że została wyparta z niemieckiej pamięci zarówno zbiorowej, jak i indywidualnej. Zapewne również dlatego, że przeciwnikiem nie było mocarstwo, lecz naród ujarzmiony i nietraktowany jako pełnoprawny przeciwnik. Walki o Warszawę w 1944 r. były jedną z największych bitew o miasto w II wojnie światowej, ale nie wpłynęły na jej przebieg jak bitwa pod Stalingradem, toczona na przełomie 1942 i 1943 r., która – stylizowana przez propagandę nazistowską na „niemieckie Termopile” – doprowadziła do zniszczenia 6 Armii i była punktem zwrotnym całej wojny, czy bitwa o Berlin w 1945 r., która stanowiła jej akord końcowy. Warszawie, podobnie zresztą jak późniejszym walkom o Budapeszt – równie zaciętym, choć mniej brutalnym – przypadło odległe miejsce w niemieckiej pamięci.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj