Niezwykłe życie lidera północnoirlandzkich protestantów

Big Man
Zmarły we wrześniu lider północnoirlandzkich protestantów Ian Paisley był jedynym człowiekiem w XX w., który założył partię polityczną i Kościół. Odegrał kluczową rolę w polityczno-religijnym konflikcie, z którym przez lata nie mogła się uporać brytyjska demokracja.
Ian Paisley podczas wiecu, 1966 r.
Corbis

Ian Paisley podczas wiecu, 1966 r.

Ian Paisley na spotkaniu z liderem Sinn Fein Gerrym Adamsem, 2007 r.
POOL New/Reuters/Forum

Ian Paisley na spotkaniu z liderem Sinn Fein Gerrym Adamsem, 2007 r.

Z żoną Eileen, która wspierała jego karierę polityczną.
Art Widak/Corbis

Z żoną Eileen, która wspierała jego karierę polityczną.

Był naprawdę wielki: 195 cm wzrostu, 109 kg płomiennej wiary i kilka milionów śmiertelnych wrogów w Ulsterze i Republice Irlandii. Miał szerokie ramiona i szczękę, spodnie zawsze nosił podciągnięte aż pod pachy. Nie palił, nie pił, nie chodził do kina, bo uważał tę rozrywkę za zbyt frywolną. Nad wszystkim górował jego głos, tubalny, prorokujący. Wielebny Ian Paisley zawsze mówił wielkimi literami. Przez pół wieku jego słowa wywoływały ciarki u katolików z Irlandii Północnej, a matki katoliczki straszyły nim dzieci.

Korzystał ze swojego głosu jak z armaty. Jak armata grzmiał przerażająco i monotonnie. Gdy w 1985 r. brytyjska premier Margaret Thatcher zawarła ze swoim irlandzkim odpowiednikiem porozumienie, które uwzględniało wpływ Dublina na politykę w Ulsterze, Paisley zwołał wiec przed ratuszem w Belfaście. 100 tys. słuchało go w napięciu, a wielebny miał tylko cztery słowa dla Thatcher: Nigdy! Nigdy! Nigdy! Nigdy! W tym z grubsza zawierał się cały program polityczny Paisleya. Nie – dla równych praw dla katolików w Ulsterze. Nie – dla zjednoczenia Ulsteru z Republiką Irlandii. Nie – dla rozmów pokojowych z irlandzkimi nacjonalistami. Gdy lata później ulsterski polityk, katolik i negocjator w konflikcie północnoirlandzkim John Hume zapytał Paisleya, czy zamilkłby, gdyby ze słownika usunięto słowo nie, wielebny odrzekł: Nie.

Ten sam Paisley, który przez pół wieku był nieformalnym, lecz niekwestionowanym królem irlandzkich protestantów i który przez całe życie krzyczał nie, pod koniec życia powiedział tak dla pokoju w Irlandii Północnej. Bez jego błogosławieństwa tzw. porozumienie wielkopiątkowe z 1998 r. pozostałoby świstkiem papieru, a nie aktem kończącym wojnę domową w Ulsterze. Gdy zmarł 12 września 2014 r. w wieku 88 lat, jeden z byłych liderów Irlandzkiej Armii Republikańskiej Martin McGuinness, którego Paisley niemal całe życie wyzywał od wcielonego szatana, ze łzami w oczach przyznał: Straciłem przyjaciela.

Bóg znalazł go na polu, gdy pomagał zaprzyjaźnionemu farmerowi. Następnego dnia Ian zajrzał do miejscowej kaplicy i zapowiedział na niedzielę swoje pierwsze kazanie o wskrzeszeniu Łazarza. Miał 16 lat, kazanie trwało trzy minuty. Jak potem wspominał, zabrakło mu pary – chyba ostatni raz w życiu. Szybko został pastorem, nie podobały mu się jednak umizgi Kościoła prezbiteriańskiego do katolików, brzydziła go atmosfera ekumenizmu i w wieku zaledwie 25 lat postanowił założyć własny Wolny Kościół Prezbiteriański. Nowa wspólnota co roku, przez kolejne 57 lat, wybierała Paisleya na swojego duchowego lidera.

Był zwolennikiem biblijnego protestantyzmu, literalnego odczytywania pisma: oko za oko, ząb za ząb. Jeden z jego katolickich adwersarzy zauważył trafnie, że Paisley nauczał tak, jakby nie było Nowego Testamentu. Niejednokrotnie po jego kazaniach wierni chwytali za kamienie. Zdarzało się nawet, że wielebny z ambony wskazywał dla nich kierunek. Raz podał adres Włocha-lodziarza, papisty, który miał czelność wprowadzić się do protestanckiej dzielnicy. Innym razem namawiał do ataku na domy policjantów, którzy blokowali tradycyjny przemarsz protestantów przez katolickie kwartały.

Wymykał się jednak jednoznacznej ocenie. W swoich kazaniach walczył głównie z instytucjami i ideami, nie z konkretnymi ludźmi. Jeden z brytyjskich reporterów w połowie lat 70. trafił na nabożeństwo do kościoła Paisleya na Ravenhill Road w Belfaście. Powinniście wiedzieć – Paisley zwrócił się w pewnym momencie do wiernych – że dziś, w tym właśnie miejscu, jest pośród nas człowiek z Fleet Street (londyńska ulica pełna redakcji), z tej pieczary grzeszności. To on – zagrzmiał wielebny, wskazując palcem na biedaka. Wszyscy odwrócili głowy. – I mam tylko jedno do powiedzenia, gdy siedzi pan tu niezaproszony i nieprzedstawiony – wycedził i zamilkł na chwilę, gdy tłum rwał się już do linczu. – Powiem tylko, że jest pan tu bardzo mile widziany.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną