Historia

Strach, strach, jaka to mniszka, strach

Makryna Mieczysławska – oszustka w habicie

Matka Makryna Mieczysławska Matka Makryna Mieczysławska AN
Mieliśmy w połowie XIX w., w ciemnym, smutnym, międzypowstaniowym czasie, wielką świętą. Świętą, która czyniła cuda, prorokowała, nawracała wieszczów, przywodziła do łez papieża, a tłumy – do histerii. Była męczennicą, a w dodatku swoje męki cierpiała z rąk Moskali. Zbyt to piękne, żeby było prawdziwe? W rzeczy samej.
Makrynę witano w Rzymie z rewerencją - przed wizytą u papieża otrzymała kwaterę w klasztorze Trinita dei Monti.AKG/BEW Makrynę witano w Rzymie z rewerencją - przed wizytą u papieża otrzymała kwaterę w klasztorze Trinita dei Monti.

Słowacki uwiecznił ją w poemacie „Rozmowa z matką Makryną Mieczysławską”; Norwid malował ją jako uciśnioną Polskę i zaliczał, obok księcia Adama Czartoryskiego i Mickiewicza, w poczet trojga najważniejszych postaci w narodzie; Krasiński nazywał ją, dla sarmackiego zacięcia gawędziarskiego, „Paskiem przeanielonym i szlachcianką w świetle niebieskim”, a Mickiewicz – „usymbolizowaną Polską” i „żywą skargą narodu”. Pisały o niej gazety w całej Europie, nazywano ją świętą już za życia – tymczasem półtora wieku później pamięta o niej chyba tylko garstka polonistów i historyków XIX w.

Wszystko zaczęło się w latem 1845 r., kiedy w Poznaniu pojawiła się uciekinierka zza rosyjskiej granicy, kobieta lat około 60, „wzrostu raczej miernego – jak pisał ks. Jełowicki – tuszy bardzo ciężkiej, lecz pomimo nóg bardzo opuchłych (…) jeszcze dość żywa w swych ruchach”, i przedstawiła się jako zbiegła z moskiewskiej niewoli matka Makryna Mieczysławska, ksieni bazylianek mińskich.

Istotnie, unici byli prześladowani. Bezwzględna polityka religijna cara Mikołaja I – czyli systematyczne obsadzanie wyższych stanowisk w Cerkwi greckokatolickiej księżmi przychylnymi Moskwie – doprowadziła do zwołania w 1839 r. synodu w Połocku, który unieważnił postanowienia unii brzeskiej i na terenie całego zaboru rosyjskiego wcielił parafie unickie do Cerkwi prawosławnej. Niższe duchowieństwo, zakonnicy i wierni stawiali pewien opór, likwidowano więc klasztory, próbowano wymusić konwersję szantażami, zakazywano udzielania komunii opornym zakonnicom (przyjmowały ją po kryjomu, podczas podwieczorków, z herbatą, jako ciasteczka). Plotki o posunięciach caratu przechodziły za granicę – ale to, co opowiedziała Mieczysławska, przechodziło ludzkie pojęcie.

Matka Makryna zrelacjonowała poznańskiemu arcybiskupowi Leonowi Przyłuskiemu – a potem wszystkim zainteresowanym, czyli prasie, polskim emigrantom, politykom, poetom, tłumom zgromadzonym w kościołach – bezmiar straszliwych cierpień, które przeżyła wraz ze swoimi współsiostrami. Bazyliankom mińskim za to, że odmówiły przejścia na prawosławie, zgotowano siedmioletnią gehennę: zakute w kajdany, zostały pognane najpierw do Witebska, gdzie zrobiono z nich najpodlejsze sługi prawosławnych mniszek, czernic, potem do Połocka, gdzie kazano im budować pałac biskupi, wreszcie do Miadzioł, gdzie znów musiały usługiwać czernicom. W każdym z tych miejsc poddawano je najgorszym mękom: regularnej chłoście, od której ciało odchodziło od kości, głodzeniu, torturom psychicznym, gwałtom, pławieniu w lodowatym jeziorze; oprócz kija była i marchewka – zakonnice kuszono do przejścia na prawosławie orderami, pieniędzmi, a nawet (sic!) kawą. Oczywiście bez powodzenia.

Zeznania Makryny są usiane trupami i przypominają rozciągniętą wersję wierszyka „Dziesięcioro Murzyniątek”. Współsiostry giną na najrozmaitsze sposoby: od rózeg, przysypane ziemią w wykopie, skatowane przez żołdaków, uderzone polanem w głowę przez prawosławną przeoryszę, utopione, wycieńczone. Ilekroć ich liczba poważnie spada, natrafiają na kolejną grupę sióstr, które przyłączają się do nich i traktują Makrynę jako swoją przełożoną. Wreszcie, tuż przed zesłaniem na Syberię, Makryna i trzy jej towarzyszki, wymykając się pijanym strażom, uciekają z niewoli. Rozdzieliwszy się, by przynajmniej jedna zdołała ujść pogoni i o wszystkim opowiedzieć, ruszają do Rzymu, gdzie obiecały sobie spotkanie.

Makryna, co widać z zachowanych zeznań, niewątpliwie miała wielki dar opowiadania i charyzmę; do dziś robi wrażenie jej swada, nieoczekiwane, śmiałe metafory, nawet pewne poczucie humoru, ów Pasek przeanielony, który siedział w ciele – jak mówiono bez ogródek – gospochy. Na poparcie swojej historii miała jednak coś jeszcze: poświadczone lekarską obdukcją ślady straszliwego traktowania, czyli pokrywające całe ciało rany i blizny.

W Poznaniu zrobiła wrażenie piorunujące i arcybiskup Przyłuski wespół z Tytusem Działyńskim wyprawili ją do Paryża, polecając opiece braci zmartwychwstańców – ponoć ze strachu, że władze pruskie wydadzą uciekinierkę Rosji. Chodziło jednak o sprawę większą: Makryna Mieczysławska była kimś, na którego wszyscy czekali, bohaterką jakby skrojoną i uszytą na zamówienie: ową „żywą skargą narodu”, czy raczej: żywym argumentem w sprawach polskich na arenie międzynarodowej.

Watykan, należy pamiętać, Polskę traktował po macoszemu. Swego czasu Pius VI specjalnie błogosławił dziełu targowicy, a urzędujący papież, czyli Grzegorz XVI, który ze strachu przed utratą ziem Państwa Kościelnego drżał przed wszystkimi buntowszczykami, potępił powstanie listopadowe najpierw w brewe, potem osobną encykliką, którą redagował ponoć rosyjski poseł. Makryna i – szerzej, prześladowani unici – miała stać się wymownym „A nie mówiliśmy?” Polaków.

Nie osiągnęłaby zapewne takiego sukcesu, gdyby nie wsparcie Hôtelu Lambert i obrotność zmartwychwstańców, a zwłaszcza jednego z nich, ks. Aleksandra Jełowickiego, którego wyznaczono na jej bezpośredniego opiekuna. Jełowicki, dawny wydawca Mickiewicza, człowiek bywały i sprytny, wyróżniał się biegłością w sprawach dyplomacji i polityki. To on miał zabrać ją do Rzymu; najpierw jednak trzeba było przygotować grunt.

Na dobry początek w kościele polskim w Paryżu wygłoszono kazanie o męczeństwie bazylianki, później artykuły o niej pojawiły się w polskojęzycznej prasie emigracyjnej i zaraz potem w gazetach francuskich, niemieckich, angielskich. Dziennikarze się mylili, podawali nie te nazwy miast, co trzeba, przekręcali imiona i nazwiska – trudno dziś zresztą stwierdzić, czy nie były to pomyłki samej Makryny – ale sława rosła; do Paska przeanielonego ciągnęły prawdziwe pielgrzymki, a francuskie zakonnice, u których mieszkała, codziennie witały ją po polsku, recytując wykutą na pamięć formułę: „Kocham bliźniego jak siebie samego i ciebie, Matko!”. Dowody czci były powszechne – Jełowicki zatem wystarał się, żeby na całej trasie przejazdu do Rzymu biskupi dali pozwolenie na publiczne wygłaszanie jej historii.

Francja ówczesna przypominała dzisiejszą Polskę w tym, że była gruntownie spolaryzowanym krajem gwałtownych przemian obyczajowych: to najstarsza córa Kościoła, ale i ojczyzna wojującego ateisty, pana Homais z „Pani Bovary”. Makryna, żywe świadectwo poświęcenia za wiarę, była dla francuskich hierarchów tym, czym dla polskich jest ojciec Bashobora: fantastycznym produktem propagandowym. Nie miało znaczenia, że nie mówiła po francusku: siedziała na krzesełku z różańcem w ręku, a Jełowicki z ambony przez godzinę lub dwie wygłaszał do tłumów szczegółowy opis jej mąk. I tak miasto za miastem: Lyon, Awinion, Aix-en-Provence, kościół, klasztor, salon pobożnej damy, śniadanie u biskupa; Jełowicki powtarza opowieść czasem i cztery razy dziennie, ma problemy z gardłem. Tłumy walą drzwiami i oknami, wciskają pieniądze, zrywają welon z głowy męczennicy i rozdzierają go na relikwie. Dziennie schodzą w ten sposób cztery welony; trzeba je regularnie uzupełniać.

W Rzymie Makryna, którą poprzedza jej własna sława, pojawia się w dzień Wszystkich Świętych 1 listopada o drugiej nad ranem. Otrzymuje kwaterę w klasztorze Trinita dei Monti, na szczycie Schodów Hiszpańskich. Niemal od razu przychodzi zaproszenie na audiencję, ale na razie z zakonnicą spotykają się kardynałowie. Badają grunt. Grzegorz XVI przyjmuje Makrynę już 5 listopada. Pośpiech jest zrozumiały: obu stronom, polskiej i watykańskiej, zależy na czasie; car Mikołaj lada chwila rozpocznie oficjalną wizytę, papież gromadzi dane. Rozważa nawet pomysł, by ofiara spotkała się ze swoim oprawcą w watykańskich przedpokojach, ale do tego nie dochodzi. Grzegorz XVI, wysłuchawszy Makryny, zapłakał ponoć rzewnymi łzami; zakonnica próbowała to wykorzystać, by wymusić na papieżu naznaczenie Jubileuszu za Polskę. Rzuciła się na posadzkę i, przyłożywszy twarz do pantofli pontyfikalnych, targowała się z nim przez czas pewien, używając rozmaitych teologicznych argumentów czy raczej okrągłych formuł. Na nic. Stanęło na tym, że zeznania bazylianki mają zostać na razie spisane z dochowaniem wszelkiej staranności.

Nie sposób myśleć dziś o rzymskiej wizycie Mikołaja I, nie myśląc o Putinie. Cała rzymska arystokracja odmówiła wynajęcia mu pałacu godnego cesarza, więc, wściekły, siedział w poselstwie; kiedy chciał zwiedzić Galerię Borghese, powiedziano mu, że gdzieś zapodziano klucze. Papież zakazał zapraszania go gdziekolwiek, sam też cara nie odwiedził, przyjął go jedynie na audiencji i, jeśli wierzyć zapewnieniom Jełowickiego, przywiódł do płaczu, oskarżając o zbrodnie i żądając wprowadzenia wolności religijnej dla polskich katolików – choć to chyba raczej pobożne życzenia księdza i zbiór plotek powtarzanych w watykańskich korytarzach.

Historia Makryny bowiem nie doprowadziła do żadnego przełomu politycznego – Watykan powoli negocjował z Moskwą konkordat i starał się zbytnio nie ryzykować. Kiedy we Francji opublikowano pełne zeznanie bazylianki, „spisane z polecenia papieskiego”, Stolica Apostolska gwałtownie odcięła się od sprawy.

W styczniu 1846 r. nadeszła wreszcie anonimowa odpowiedź na skandal, zwana Notą Buteniewa – od nazwiska posła carskiego w Rzymie, który kazał ją przetłumaczyć i wydrukować, po czym własnoręcznie kolportował w kołach opiniotwórczych. Okazało się, że Rosjanie postanowili zbadać sprawę – bić mogła władza sądownicza albo wojskowa, ale biskup łamiący pięścią nosy zakonnicom to jednak pewna przesada. Nota skupiała się na błędach dawno już sprostowanych, ale słusznie zwracała uwagę na wiele nieścisłości w zeznaniach Makryny, równocześnie zapewniając, że biskupi nie mają pod rozkazami żołnierzy, a kobiet w Rosji prawo nie dozwala morzyć głodem ani torturować.

Opinia zachodnia przyjęła to mniej więcej tak jak zapewnienia Putina, że na Krymie walczą ochotnicy, którzy uzbrojenie kupili w sklepach myśliwskich. Książę Czartoryski napisał, że Rosjanie jak zwykle czepiają się szczegółów, a nie odnoszą do meritum; Rossi, poseł francuski w Rzymie, a także wielu rosyjskich ekspatów twierdziło, że wcześniej nie wierzyli w historię Mieczysławskiej, ale skoro Moskwa tak zaprzecza, to rzecz jest pewna. Bakunin opublikował artykuł, że na podstawie swojej znajomości rosyjskich stosunków wierzy w prześladowania zakonnic. W prasie pojawiły się rozliczne świadectwa osób, które niegdyś osobiście znały Makrynę lub postaci z jej opowieści. Ba, pojawiła się nawet plotka o odnalezieniu pozostałych zbiegłych z niewoli sióstr. Petersburg wysłał drugą, bardziej szczegółową notę, ale i tę odparto. Dyplomatycznie Rosja poniosła klęskę.

Tymczasem Makryna działała na wszystkich frontach. Wśród zmartwychwstańców utrąciła jedynego wroga – ks. Semenenkę, który nie ufał jej historii i zadawał kłopotliwe pytania. Przechwyciła kompromitujący go rzekomo list i obwieściła, że otworzy kopertę: jeśli w środku będzie coś dobrego, to przekaże braciom, a jeśli nie – spali. Przeczytała, zrobiła scenę ze spazmami i cisnęła papier w ogień, przez co nikt nie mógł sprawdzić, co Semenenko w istocie napisał. Ale to wystarczyło: został niemalże wydalony z zakonu, popadł w głęboką depresję i ciężką chorobę; do współbraci powrócił dopiero po latach.

Równolegle zaczęły się cuda i proroctwa. Fresk na korytarzu klasztoru na Trinita dei Monti, przedstawiający młodą Marię, został przez Makrynę obwołany świętym wizerunkiem, Matką Przedziwną, słynącą łaskami. To przed nią bazylianka miała przywrócić głos choremu misjonarzowi francuskiemu ks. Blampin, którego przyprowadził do niej Jełowicki. Trafiały się i kandydatki na nowicjuszki, więc zaczęła starania o własny klasztor. Proroctwa, które wygłaszała, były dość dowolne – że wolna Polska będzie na Wielkanoc lub Zielone Święta, „z wiankiem lub z jajkiem”, albo że papieża trzech królów będzie błagało o pomoc. Równocześnie jednak miała przewidzieć śmierć Grzegorza XVI, a Zofia z Branickich Odescalchi zawdzięczała ponoć Makrynie uratowanie całych kapitałów dzięki sprzedaży w odpowiednim momencie państwowych obligacji. Odwiedził ją również papież, który udzielił odpustów dla Matki Przedziwnej – kiedy wychodził, błogosławił wszystkim zgromadzonym, a Mieczysławska, nie znając obyczaju, postanowiła błogosławić razem z nim, co wzbudziło niejaką konsternację.

Tymczasem do Rzymu zjechał Mickiewicz – jak sądzili zmartwychwstańcy po to, żeby się wyrzec herezji towianizmu, a jak sądził sam Mickiewicz – żeby nawrócić papieża na „nowe chrześcijaństwo”. Makryna postanowiła wspomóc swoich opiekunów w zbożnym dziele i nawrócić wieszcza. Stosując cały arsenał środków – pewnego razu po wizycie u niej miał powiedzieć: „Strach, strach, jaka to mniszka, strach!” – po długich korowodach przymusiła wreszcie poetę, by wyspowiadał się u swojego największego wroga i niegdysiejszego wydawcy ks. Jełowickiego. Zygmunt Krasiński, który księdza nie znosił, zanotował: „Dramat to cały – Makryna, Adam i Jełowicki. Błogosławiona a prosta, tytan szturmujący do sztucznych cudów i prozaiczny, mierny, próżny człowieczek. Tragedię bym mógł z tych 3-ch osób napisać”. Niestety, nie napisał.

Spowiedź nastąpiła, ale Mickiewicz nie ugiął się przed papieżem i towianizmu w Rzymie nie potępił; na domiar złego Makryna zaczęła głosić poglądy tak reakcyjne – jak choćby taki, że chłopa trzeba traktować batem – że zmartwychwstańcom zaczęło być z nią nie po drodze. Z początku usunęła się do własnego klasztoru – sfinansowanego ze składek Polaków, głównie księżnej Odescalchi – który mieścił się na terenie dzisiejszego Piazza Vittorio Emanuele. Tam przyjęła pierwsze nowicjuszki. Jeszcze w czasie Wiosny Ludów Krasiński prosił ją o prorokowanie, czy nic nie grozi jego ojcu (z pytaniami o bezpieczeństwo kochanki, Delfiny, wysyłał dla niepoznaki żonę), ale gwiazda Makryny zaczęła przygasać.

Z czasem odsunięto ją zresztą od kierowania klasztorem z powodu dość dowolnego traktowania kościelnych obyczajów (np. wizytowania bez pozwolenia męskich zakazów klauzurowych), znęcania się nad nowicjuszkami i coraz dziwniejszych objawień, które składano na karb dawnych urazów głowy. Zmarła 11 lutego 1869 r., wedle jednych relacji in odore sanctitatis, wedle innych „naokoło siebie widziała piekło”, a wyspowiadała się dopiero po specjalnym papieskim błogosławieństwie, które zdejmowało z niej wszystkie grzechy. Sam papież na wieść o jej śmierci powiedział: „Miała trochę nie po kolei w głowie”.

Legenda jednak trwała, ukazywały się hagiograficzne broszury, a na przełomie wieków Wyspiański umieścił ją jako pozytywną bohaterkę w „Legionie”. Dopiero w 1923 r. jezuita ks. Jan Urban w swojej broszurce „Makryna Mieczysławska w świetle prawdy” po raz pierwszy gruntownie zdemaskował fałszywą zakonnicę, zbierając wszystkie świadectwa polskie i rosyjskie oraz wykazując luki, błędy i przeoczenia. Co ciekawe, środowiska patriotyczne długo obstawały przy świętości Makryny – jeszcze w latach 70. XX w. pojawiały się teksty pisane wśród emigracji londyńskiej, gdzie pracę Urbana uważano za czarną legendę i ugięcie się pod kłamstwami rosyjskiej propagandy.

Co ustalił Urban? Mieczysławska nazywała się zapewne Irena Wińczowa i była żoną rosyjskiego oficera – blizny były zapewne świadectwem wieloletniej przemocy w tym małżeństwie. Owdowiawszy, zaczęła – zapewne z biedy – pracować jako szafarka w kuchni dla ubogich i chorych, prowadzonej przez wileńskie benedyktynki, gdzie zetknęła się z prześladowanymi bazyliankami. Urban sugeruje też, że była przechrzczoną Żydówką (Żydzi w jej opowieściach faktycznie często są bohaterami pozytywnymi), choć trudno orzec, czy autor opiera się na źródłach, czy zadziałały tu antysemickie stereotypy, częste u międzywojennego kleru. Odrzuca też tezy, że Makryna była agentką rosyjską, która miała zamącić w środowisku emigracyjnym, lub, przeciwnie, agentką Hôtelu Lambert grającą rolę na potrzeby propagandowe.

Jak się zdaje, Wińczowa została wyrzucona z pracy w klasztornej kuchni i zaczęła od skromnego oszustwa, podawania się za bazyliankę, by wyłudzić jałmużnę. Aresztowana, była prowadzona etapem do miejsca urodzenia, Lubcza, ale udało się jej uciec konwojentowi. Wiedząc, że na Litwie chodzą już plotki o fałszywej zakonnicy, postanowiła ruszyć na zachód – nie wiedziała, że jej opowieść zyska sławę i kompletnie odmieni jej życie.

Autor jest poetą i pisarzem, stałym autorem naszej Kawiarni Literackiej. W październiku 2014 r. wydał powieść „Matka Makryna”, której narratorką uczynił słynną XIX-wieczną oszustkę, legendarną postać polskiej emigracji. Pracując nad książką, przyjrzał się prawdziwym losom Makryny Mieczysławskiej – postaci zmitologizowanej przez lata – i opowiada o nich w niniejszym artykule, napisanym specjalnie dla POLITYKI.

Polityka 51-52.2014 (2989) z dnia 16.12.2014; Historia; s. 94
Oryginalny tytuł tekstu: "Strach, strach, jaka to mniszka, strach"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kultura

Wojewódzki z Matą o „Patointeligencji” i „Patoreakcji”

Mata, autor „Patointeligencji”, który właśnie opublikował nowy utwór z równie mocnym tekstem: – Społeczną rolą artysty czasami jest wystawienie się na strzał. Ja się czuję z tym dobrze, to zamieszanie czemuś służy.

Kuba Wojewódzki
03.04.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną