Historia

Tańczący z prochami

Hipisi i ubecy w PRL

„Biały marsz” z udziałem młodzieży hipisowskiej - spotkanie w intencji wyzdrowienia rannego w zamachu Jana Pawła II, Kraków, maj 1981 r. „Biały marsz” z udziałem młodzieży hipisowskiej - spotkanie w intencji wyzdrowienia rannego w zamachu Jana Pawła II, Kraków, maj 1981 r. Witold Kuliński / Forum
Jak polscy hipisi szukali ziemi obiecanej w PRL.

W styczniu 1970 r. na biurko Władysława Gomułki trafia pismo od gen. brygady Tadeusza Pietrzaka, podsekretarza stanu w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych PRL. Informuje on I sekretarza PZPR o rozbiciu w Krakowie grupy szykującej założenie tajnej organizacji niepodległościowej. Inicjatorzy kontaktowali się m.in. ze środowiskiem hipisów, w którym mieli wielu znajomych. Sami byli zamieszani w marcowe protesty studenckie 1968 r. Tak oto sprawa hipisowska nabrała wagi sprawy państwowej. Towarzysz Gomułka wydał milicji polecenie: „Popatrzmy się na ruch hippisów”.

Dzieci chwasty

To urzędowe przyglądanie się hipisom w PRL opisuje obszernie Bogusław Tracz w książce „Hippiesi, kudłacze, chwasty. Hipisi w Polsce w latach 1967–1975”. Autor jest pracownikiem Instytutu Pamięci Narodowej w Katowicach, a książka – rozszerzonym doktoratem obronionym na Uniwersytecie Jagiellońskim. Hippiesami (w tej pisowni) nazwano polski odpowiednik uczestników tzw. kontrkultury z lat 60. XX w. Amerykańska prawica uważała hipisów za piątą kolumnę ideologii komunistycznej, propaganda PRL za przyczółek dywersji ideologicznej państw kapitalistycznych. Skrajności zwykle się spotykają.

„Kudłacze” i „chwasty” to przykład peerelowskiej mowy nienawiści. Kudłacze to kryptonim akcji rozpracowywania hipisów przez milicję drogą infiltracji, śledzenia i kontroli korespondencji. Chwasty (drwina z dzieci kwiatów) to termin ze słownika propagandy wymierzonej w hipisów.

Frapujący fenomen hipisów za tzw. żelazną kurtyną doczekał się w wolnej Polsce wielu opracowań, w tym Kamila Sipowicza („Hipisi PRL-u”) oraz badaczy kultury współczesnej i subkultur młodzieżowych, takich jak prof. Wojciech Burszta, prof. Czesław Robotycki, dr Jerzy Wertenstein-Żuławski oraz związani przez lata z POLITYKĄ dr Mirosław Pęczak i dr Mariusz Czubaj. Osobne miejsce zajmują „Drogi kontrkultury” socjolożki Aldony Jawłowskiej, biblia kontestującej system części polskiej inteligencji lat 70., i „Hipisi. W poszukiwaniu ziemi obiecanej” psychiatry Kazimierza Jankowskiego.

W świecie anglosaskim flower power, dzieci kwiaty, były zjawiskiem masowym i znaczącym. W Polsce i kilku innych krajach Europy Wschodniej (w tym ZSRR) – nigdy takiej roli nie odegrali, ale zaznaczyli swą obecność. W ciągu niespełna dekady potworzyły się w większych polskich miastach hipisowskie środowiska z własnymi liderami, ulubionymi miejscami spotkań, najczęściej w klubach studenckich, ale też na zlotach pod gołym niebem. Próbowano nawet tworzyć komuny (np. w Ożarowie), dochodziło do spotkań z artystami zafascynowanymi nonkonformizmem tej młodzieży. W Warszawie jednym z organizatorów klubowych spotkań z hipisami był działacz ZSP Grzegorz Kołodko.

Prędzej Jezus niż Kościół

W Krakowie tamtejsze środowisko hipisowskie wzbudziło zainteresowanie samego Tadeusza Kantora, mistrza awangardowego teatru i happeningów, a także ks. Adama Bonieckiego, którego dom był otwarty (nieraz do przesady) dla hipisów, na czele z Ryszardem Terleckim ps. Pies. Próbowali ewangelizować hipisów księża Leon Kantorski w Podkowie Leśnej i Andrzej Szpak, organizator pielgrzymek do Częstochowy. Tyle że ruchu do Kościoła raczej nie ciągnęło, prędzej do Jezusa czy Buddy.

Jeden z liderów ruchu, Józef Pyrz ps. Prorok, niedoszły absolwent teologii katolickiej, nie chciał być kojarzony z klerem. Pies, przeciwnie niż Pyrz, miał bliskie kontakty z księżmi w Krakowie. Także w Poznaniu hipisi byli goszczeni na dyskusji w duszpasterstwie akademickim, którym kierował wtedy o. Konrad Hejmo. Wcześniej grupa hipisów uczestniczyła w mszy w intencji żołnierzy amerykańskich poległych w Wietnamie. Po mszy odczytano fragmenty słynnego poematu „Skowyt” Allena Ginsberga.

W Warszawie hipisi zamawiali msze za dusze zmarłych idoli muzycznych. Msza za Jimiego Hendriksa doczekała się krytyki w piśmie Towarzystwa Krzewienia Kultury Świeckiej: czy można odprawiać nabożeństwo za kogoś, „komu obca była katolicka moralność i mentalność”, pytał retorycznie autor artykułu. W 1968 r. u krakowskich dominikanów odprawiono mszę jazzową w aranżacji Tomasza Stańki i przedstawiono mszę beatową kompozycji Katarzyny Gaertner w wykonaniu zespołu Trapiści z Podkowy Leśnej. Mimo tak niewinnej i twórczej aktywności hipisów w dziedzinie kulturalnej władza ludowa widziała w nich przede wszystkim antysocjalistycznych wykolejeńców.

Funkcjonariuszem od hipisów był w Warszawie Bogdan Piekarski, młody podporucznik SB. Jego droga życiowa przypominała do pewnego momentu drogę wielu hipisów, których miał nadzorować. Po zawodówce imał się prac fizycznych, w końcu trafił do milicji jako kierowca i tam zdobył średnie wykształcenie. Po maturze wstąpił do PZPR i szkoły oficerskiej w Szczytnie. Na odcinku hipisowskim zasłużył się zdobyciem informatorów i nawiązaniem kontaktów z Prorokiem.

Piekarski proponował rozbicie ruchu od wewnątrz i odcięcie dostępu do niego młodym ludziom poprzez rozmowy ostrzegawcze i informowanie rodziców i nauczycieli. Sam dał przykład, gdy w 1969 r., idąc Nowym Światem, zauważył grupkę hipisów, poszedł za nimi i dotarł pod kawiarnię, pod którą siedziało ich ok. 40. Sprowadził radiowóz i przystąpił do legitymowania. Po skończeniu prawa na UW w 1977 r. Piekarski został oddelegowany do „ochrony” środowiska dziennikarskiego.

Paranoja nad Wisłą

Ruch hipisowski pojawił się w Polsce w połowie lat 60., wygasł w połowie 70. Milicja i propaganda zajęła się wówczas prawdziwą opozycją polityczną, na czele z Komitetem Obrony Robotników i zalążkiem niezależnych związków zawodowych. Nie było już czasu na walkę z urojonym zagrożeniem systemu, jakim hipisi nigdy nie byli, choć niektórzy z nich mogli komunizmu nienawidzić, kochać wolność i swobodę albo protestować przeciwko wojnie w Wietnamie i deklarować się jako pacyfiści odmawiający służby w Ludowym Wojsku Polskim.

Trudno to dziś zrozumieć, że władza miała tyle czasu, by zajmować się jakąś niegroźną dla państwa subkulturą. A jednak to mieściło się w autorytarnej logice państwa realnego socjalizmu, które starało się tropić i likwidować wszelkie przejawy społecznej niezależności. Pacyfistyczny bunt hipisów nie był z założenia antysocjalistyczny, tylko antysystemowy. Szukali wolności w systemie antywolnościowym. Ale w państwie autorytarnym wszystko jest polityką. Aparat bezpieczeństwa starał się ustalić, kto się za hipisami kryje, kto się nimi posługuje do walki z Polską Ludową i społeczeństwem socjalistycznym. W hipisach władza widziała przyczółek rozmiękczania społeczeństwa, a nawet forpocztę zachodnich wywiadów (bo przecież gościli hipisów z Zachodu, którzy mogli być agentami pod maską kontestatorów). I w tym duchu pisała o ruchu zdecydowana większość prasy, zwłaszcza odkąd zaczęły napływać informacje o używkach jako nieodzownym atrybucie hipisowania.

Klej, tri, kompot, ferma – weszły do języka potocznego, budząc w społeczeństwie lęk i odrazę do „zatrutych kwiatów”, które trzeba „wyrzucić razem z doniczką”. Franciszkowi Walickiemu, menedżerowi Niebiesko-Czarnych, zespołu kojarzonego z hipisowską subkulturą, pracownik katowickich władz PZPR oświadczył, że na Śląsku młodzież uczy się i pracuje, a „wynaturzone mody” jej nie interesują.

W prasie milicyjnej wskazywano, że w ramach dywersyjnej roboty państw kapitalistycznych przeciwko młodzieży w krajach socjalistycznych używa się ruchu hipisów jako „nosicieli demoralizacji i deprawacji”, którzy mają siać zamęt ideowy i przemycać styl życia i ideologię krajów kapitalistycznych. Młodzież polską traktowano jako własność państwa i narodu, która nie powinna dostać się pod kontrolę sił obcych.

Hipisi stali się elementem konfrontacji ideologicznej dobrego socjalizmu ze złym kapitalizmem. Obsadzeni zostali w roli, jakiej ani nie mogli, ani nie chcieli odgrywać. Zostali czarnym ludem socjalistycznej propagandy i edukacji z niewymuszoną aprobatą znacznej części społeczeństwa i Kościoła. „Takie coś, jak hipisi, to tylko Żydzi mogli wymyślić” – mówił podczas przesłuchania hipisa funkcjonariusz SB. Paranoje były elementem ówczesnego życia. Skłonność do nich jest w społeczeństwach pokomunistycznych żywa do dziś.

Naród z partią przeciw hipisom

Hipisi zwykle „olewali” państwo, politykę, społeczeństwo i jego normy, Kościół bez większej różnicy. Tak bardzo odbiegali wyglądem, zachowaniem, stylem życia od przeciętnej, że nie tylko władze, ale i zwykli ludzie reagowali szokiem, oburzeniem, niechęcią. Autorytaryzm państwa spotykał się tu z autorytaryzmem społeczeństwa. Przymusowe milicyjne strzyżenie hipisów, nieraz do gołej skóry, „pier...nych Jezusików”, większość społeczeństwa przyjmowała z aplauzem. Na ulicach obrzucano ich wyzwiskami, opluwano, szturchano. Zloty, jakie odbywali w różnych miejscach, przerywały interwencje milicji lub napady młodych kryminalistów zwanych garownikami, czyli innej ówczesnej subkultury.

Tajni współpracownicy donosili milicji o pozytywnych reakcjach społecznych na wielkie akcje „Porządek” i „Mak” wymierzone w hipisów. Miejscem dla tych „niepoprawnych pasożytów, chuliganów i przestępców” miały być obozy pracy przymusowej. Taki był głos ludu.

W Gdańsku w połowie 1970 r. proponowano m.in. powoływanie hipisów w wieku poborowym – a większość ruchu tworzyli młodzi mężczyźni z różnych warstw społecznych – do wojska. To samo działo się w Warszawie, gdzie partia mobilizowała swoje agendy do zajęcia się młodzieżą, która „się narkotyzuje i hipisuje”. Ten front zwalczania hipisowskiej subkultury miał duże oddolne i niewymuszone poparcie także dlatego, że wyrażał lęki i neurozy szerokiego ogółu ponad podziałami politycznymi czy religijnymi. Najgorszym efektem społecznym ruchu była narkomania, szczegółowo w książce Tracza opisana.

Antropolog kultury zobaczy w hipisach Innego, cierń w autorytarnie uformowanym społeczeństwie, wyzwanie dla konformizmu i myślenia według stereotypów. Prorok emigrował do Francji, jest cenionym artystą. Ryszard Terlecki ps. Pies jest prominentnym działaczem PiS, tak samo jak Marek Kuchciński związany niegdyś z hipisami w Przemyślu. W PRL obaj udzielali się w opozycji i Solidarności. Pyrz nie odżegnuje się od ruchu, Terlecki uważa go za rozdział dawno zamknięty. Marek Garztecki, znany dziennikarz muzyczny, został ambasadorem RP w Afryce. Jerzy Illg szefuje katolickiemu wydawnictwu Znak. Kora i Milo Kurtis zrobili kariery muzyczne. Dawny diler Grzegorz Marchewka ps. Kasiarz pomaga resocjalizować narkomanów.

Polityka 2.2015 (2991) z dnia 06.01.2015; Historia; s. 54
Oryginalny tytuł tekstu: "Tańczący z prochami"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Rynek

Jak PGNiG dosala Zatokę Pucką

Dlaczego mieszkańcom nadmorskiego Kosakowa przeszkadza, że morze jest słone?

Ryszarda Socha
12.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną