Jak arcybiskup Oscar Romero został męczennikiem

Święty pęknięty
Arcybiskupa San Salwadoru w 1980 r. podczas mszy dosięgła kula zamachowca. Kościół potrzebował 35 lat, by przyznać, że był męczennikiem.
Oscar Romero na muralu w San Salvadorze
Margie Politzer/Getty Images

Oscar Romero na muralu w San Salvadorze

W dniu zabójstwa arcybiskupa – jak pisze jego biograf – „powtórzyła się scena sprzed trzech lat z dnia elekcji Romera na biskupa: bogaci świętowali, a ubodzy płakali”.
AP/EAST NEWS

W dniu zabójstwa arcybiskupa – jak pisze jego biograf – „powtórzyła się scena sprzed trzech lat z dnia elekcji Romera na biskupa: bogaci świętowali, a ubodzy płakali”.

1.

W kaplicy przy szpitalu Opatrzności Bożej była tylko garstka najbliższych. 24 marca 1980 r. arcybiskup odprawiał mszę w rocznicę śmierci matki przyjaciela. Czerwony volkswagen z kilkoma mężczyznami w środku wjechał na teren przyszpitalny. Arcybiskup modlił się: „Wiemy, że nikt nie umiera na wieki i że ci, którzy swe zadanie spełnili z głęboką wiarą, nadzieją i miłością, otrzymają koronę chwały. W tym duchu módlmy się za panią Saritę i za nas samych...”. W tym momencie padł strzał w stronę ołtarza. Kula kalibru 22 przebiła serce arcybiskupa. Całego we krwi przewieziono do szpitala, gdzie stwierdzono zgon.

Ostatnie trzy lata życia arcybiskupa San Salwadoru Oscara Romera układały się w kronikę zapowiedzianej śmierci. Stale odbierał telefony z pogróżkami. Rutyną były paskudne liściki, nieraz opatrzone swastyką, w których „nieznani sprawcy” żądali, żeby w kazaniach zaczął atakować marksistów i stanął w obronie ojczyzny, bo inaczej marnie skończy. Prorządowe radio kilkakrotnie przerywało program, żeby ogłosić śmierć arcybiskupa – a to w wypadku drogowym, a to zamachu bombowym czy w wyniku otrucia. To była znana praktyka salwadorskiej bezpieki wobec politycznie niewygodnych osób. Wielu ostrzegano, rozpuszczając plotki o ich śmierci, zanim ich zabito.

Po ponad trzech dekadach zabiegów papież Franciszek i odpowiednie komisje kościelne uznały w końcu Romera męczennikiem Kościoła, co uchyla drzwi do ogłoszenia go świętym. Trzy dni przed śmiercią Romero wyznał znajomemu lekarzowi: „Nie chcę umierać, a przynajmniej jeszcze nie teraz. Nigdy wcześniej nie zależało mi bardziej na życiu. Mówię szczerze: nie czuję powołania do męczeństwa”.

2.

Salwador lat 30. i 40., na które przypadła młodość Romera, był scenerią rebelii chłopskich. Niemal cała ziemia należała do kilkunastu rodzin oligarchów, a ich interesów strzegły wojsko i policja. Autochtoni i metyscy chłopi buntowali się przeciw temu półfeudalnemu status quo. Żądali reformy rolnej, zajmowali obrzeża latyfundiów, organizowali protesty na prowincji i w miastach. Próby takich powstań władze topiły we krwi. Największa rebelia z lat 30. pochłonęła 30 tys. ofiar (w kraju mającym zaledwie 3 mln mieszkańców).

W latach 70., kiedy Romero został biskupem, konflikt w Salwadorze wpisywał się dodatkowo w zimnowojenny schemat. Ludowe ruchy oddolne, także partyzanckie, parły do rewolucji, wyglądały wsparcia to z Moskwy, to z Hawany; a reprezentujący wielką oligarchię rząd, wspierany przez USA, zabijał bądź „znikał” tysiące oponentów i postronnych ludzi, w których widział zaplecze oporu. Usprawiedliwieniem dla zbrodni miała być walka z komunizmem.

W istocie komunizmem nazywano każde nawoływanie do reformy rolnej czy o więcej sprawiedliwości. Częścią „wojny z komunizmem” były polowania szwadronów śmierci na społecznie zaangażowanych księży, tworzących niezwykle silny w Salwadorze nurt teologii wyzwolenia. Teologia ta, której impuls dał II Sobór Watykański, rozwinęła się w Ameryce Łacińskiej pod koniec lat 60. i odczytywała Ewangelię z perspektywy ludzi ubogich. W Chrystusie widziała buntownika przeciwko autokratycznej władzy, który walczy o sprawiedliwość jeszcze „na tym świecie”. Przez kilka dekad teologia wyzwolenia była rodzajem wewnątrzkościelnej dysydencji, uciszanej czy to przez Kongregację Nauki Wiary, czy to przez kolejnych papieży; szczególnie stanowczo – przez Jana Pawła II.

„Straszne łapanki rozpoczęły się w całej okolicy. Z początkiem lutego 1980 r. rozlały się całe rzeki krwi...” – w taki sposób klimat zastraszenia wspominał pewien proboszcz z prowincji. „Pierwszym przypadkiem przemocy, z jakim zetknęliśmy się bezpośrednio, była historia pielęgniarki z parafialnego ambulatorium i jej siostry. Nocą wywieźli je z domu, po czym odnaleziono je nad ranem w zaroślach trzciny; zgwałcono je, torturowano, a potem zabito. Od lutego do grudnia 1980 r. naliczyliśmy 680 zabitych w naszym regionie. Wśród nich było wielu przywódców, chrześcijan z charyzmą, potrafiących zorganizować wspólnoty”. Także wielu księży, którzy ośmielili się stawić czoła rządowi. Uświadamiali i organizowali biednych do walki o swoje prawa. Abp Romero był jednym z nich.

3.

Żywot arcybiskupa z Salwadoru, którego Kościół ogłasza teraz męczennikiem, jest żywotem pękniętym. Analogia z Szawłem przemienionym w Pawła jest tu zapewne niedoskonała, ale w pewnym stopniu uprawniona. Romero nie był wprawdzie prześladowcą zbuntowanych, jak Szaweł prześladowcą chrześcijan, niemniej gdy zostawał biskupem, to oligarchowie świętowali, nie biedota. Księża wspierający buntowników mieli minorowe nastroje.

Postanowienia konferencji biskupów Ameryki Łacińskiej z Medellin z 1968 r., które zalecały przemianę Kościoła trzymającego z władzą w Kościół ubogich, nie podobały się biskupowi Romero. „Drażniły go zarówno sprawy wielkiej wagi [teologiczne], jak otwierane przed prezbiterami nowe możliwości wzmożonego uczestnictwa, konfrontacji i wzajemnej krytyki oraz silniejsza interakcja między duchownymi a osobami świeckimi. Także banalne kwestie, chociażby fakt, że wielu kapłanów przestało nosić sutanny” – pisze biograf Romera Alberto Vitali.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną