Historia

Służba i drużba

Historia panien służących

Szkoła dla służących w Syndenham Hill w Anglii, 1938 r. Szkoła dla służących w Syndenham Hill w Anglii, 1938 r. J. A. Hampton / Getty Images
Wielką scenę historii wprawiał w ruch tłum postaci nieznanych nam zwykle z imienia i skromnie odzianych – służba. Aż do XVIII w. ci ludzie związani byli ze swymi pracodawcami czymś znacznie więcej niż tylko kontraktem finansowym.
Służba i państwo - dom w Nowym Jorku, 1904 r.Museum of the City of New York/Byron Collection/FOTOCHANNELS Służba i państwo - dom w Nowym Jorku, 1904 r.
Służąca pomagająca przy kąpieli - włoska ilustracja z XIV w.Gustavo Tomsich/Corbis Służąca pomagająca przy kąpieli - włoska ilustracja z XIV w.

Historię zazwyczaj umieszcza się w scenerii zamków, dworów, pól bitew, klasztorów, uniwersytetów i ratuszy miejskich, a jej aktorami czyni królów, szlachtę, biskupów i opatów, uczonych i patrycjat wielkich miast. Jest to obraz miły dla oka i rozbudzający wyobraźnię, lecz mocno niekompletny. Brakuje w nim służby.

Dla człowieka średniowiecza i czasów wczesnonowożytnych doświadczenia z nią związane miały charakter kluczowy, ponieważ nieomal każdy był w jakimś momencie życia na służbie lub posiadał służbę. Dziewczęta z arystokratycznych rodzin zostawały na dworze damami we fraucymerze królowej. Synowie miejskiego patrycjatu terminowali w obcych miastach u ojcowskich partnerów w interesach. Córki rzemieślników posyłano na służbę do zaprzyjaźnionych domów, żeby wyuczyły się sztuki prowadzenia domu, a może i jakiegoś kobiecego rzemiosła, szycia albo haftu. Synowie ubogiej szlachty wychowywali się na dworach bogatszych patronów, żeby nabrać ogłady i zdobyć ich względy, jakże przydatne w dorosłym życiu. Dzieci wieśniaków, kiedy tylko podrosły i osiągnęły wiek zdatny do najemnej pracy, wędrowały do najbliższych miast i miasteczek i pracowały w domach mieszczan, żeby uwolnić rodziców od kosztów swego utrzymania i uzbierać pieniądze na start w dorosłe życie, na posag, wpisowe do terminu czy pierwszy własny kapitał. Wszyscy oni, bogaci i biedni, wysokiego czy niskiego rodu, pozostawali u kogoś na służbie.

Służba nie była po prostu pracą w naszym rozumieniu tego słowa. Owszem, miała komponent finansowy, bo wynagradzano trud pracujących i wymagano od nich wypełniania poleceń. Jednak była również ograniczoną w czasie – a niekiedy i dożywotnią – relacją społeczną i emocjonalną, wiążącą obie strony silnymi więzami lojalności i obowiązku. Spośród rozmaitych rodzajów służby najsłabiej widoczna w źródłach jest chyba służba domowa, choć pełniący ją stanowili zaskakująco dużą część mieszkańców wczesnonowożytnych miast, według szacunków – do 30 proc. Andrzej Karpiński, powołując się na taryfę poboru pogłównego z 1659 r., ustalił, że słudzy stanowili 27,5 proc. opodatkowanej ludności Warszawy. Z rejestrów podatkowych wiadomo również, że w 1662 r. we Lwowie parało się służbą 26,2 proc. mieszkańców, w 1680 r. w Lublinie – 16,4 proc., w 1699 r. w Krakowie – 17,7 proc. Szacunki z terenów Rzeczpospolitej nie odbiegają od ustaleń z miast zachodnich, mowa zatem o ogromnej rzeszy ludzi, w istotny sposób wpływającej na kształt ówczesnych rodzin, domostw i miast.

Kiedy wyobrażamy sobie sługę domową, staje nam przed oczami kilkunastoletnia uboga wieśniaczka, która w poszukiwaniu pracy przywędrowała do miasta i najęła się na służbę w mieszczańskiej kamienicy, gdzie szoruje posadzki, gotuje i pali węglem w kuchni, w nocy sypia na podłodze na skąpym sienniku obok łóżka swego chlebodawcy, a wynagrodzenie zbiera pilnie na posag. Rzeczywistość była nieco bardziej zniuansowana, choć najemna pomoc domowa stała się zajęciem wysoce sfeminizowanym. Doprowadziła do tego długoterminowa obniżka płac, która drastycznie zredukowała realne zarobki służby. I tak na przykład w 1695 r. w Tuluzie podatki płaciło 68 kucharzy i tylko dwie kucharki, a w 1789 r. spośród 225 zarejestrowanych kucharzy aż 173 było w istocie kucharkami.

Podobnie działo się w całej Europie. W połowie XVII w. 83 proc. służby w starej Warszawie to kobiety, a w Poznaniu – aż 91 proc. W tym samym czasie w parafiach Cambridge kobiety stanowiły 72–94 proc. służby domowej, a we Francji – ok. 66 proc. Mężczyźni uciekali po prostu do innych zajęć, a w mieszczańskich kuchniach i izdebkach pod schodami zostały kobiety, którym i tak płacono mniej, ekwiwalent jednej drugiej lub w najlepszym razie trzech czwartych identycznej pracy wykonywanej przez mężczyznę. Zapewne nie bez znaczenia było coraz ściślejsze rozdzielanie sfery prywatnej (domowej), do której przypisano kobiety, od sfery publicznej, w której realizowali się mężczyźni.

Najczęściej wstępowano na służbę poza miejscem urodzenia, chociaż zdarzały się takie wyjątki jak Rotterdam, gdzie wśród służących dominowały miejscowe niezamężne kobiety. Jednak zdecydowanie nie wszystkie dziewczęta przybywające do dużych miast na służbę pochodziły z plebsu i urodziły się w wiejskich chatach. W gruncie rzeczy większość z nich pochodziła z mniejszych miast i miasteczek. Były córkami rzemieślników lub nawet kupców, którzy wysyłali swoje córki na służbę do rodzin patrycjuszy. W Anglii co czwarta, niekiedy wręcz co trzecia służąca pochodziła ze szlachty i umieszczano ją pod opieką bogatszej i bardziej wpływowej rodziny, żeby nawiązała stosowne kontakty i zyskała lepsze widoki na przyszłość.

Przez długi czas służba nie była zajęciem docelowym i przewidzianym na całe życie. Postrzegano ją raczej jako pewien etap w życiu młodej dziewczyny, pomagała niezamożnym rodzicom rozwiązać problem, co tu zrobić z dziećmi, które osiągnęły już dojrzałość płciową, a jeszcze nie weszły w związek małżeński. Dziewczęta nie miały w tamtych czasach jasnego rytuału przejścia w dorosłość, ale oczywistymi krokami na drodze do samodzielności było opuszczenie rodzinnego domu i pierwsza posada. Służba była tak oczywistym wyborem dla kobiety, że podejmowało się jej aż 60 proc. Angielek w wieku od 15 do 24 lat. Zwykle spędzały w cudzym domu od 7 do 10 lat. Dostawały dach nad głową oraz wyżywienie, więc oczekiwano, że wynagrodzenie zatrzymają i zaoszczędzą na posag, lecz płace były tak niskie, że z trudem udawało im się zaoszczędzić cokolwiek. Oczywiście zdarzało się również, że służba stawała się zajęciem dożywotnim. Wiele rodzin wiązało się ze swoimi służącymi tak mocno, że uwzględniano je w testamentach, powierzano ich opiece małoletnie dzieci i zapewniano im spokojną, dostatnią starość. Jednak autorytety moralne epoki podkreślały, że najwłaściwszą i najbezpieczniejszą przystanią każdej kobiety jest małżeństwo. Podstawowym obowiązkiem kobiety było rodzenie i wychowywanie dzieci oraz prowadzenie własnego gospodarstwa. Służbę postrzegano jedynie jako etap pośredni, acz niezbędny, żeby dziewczęta nauczyły się prowadzić dom i poczekały z małżeństwem do chwili, kiedy będą finansowo i społecznie gotowe podjąć obowiązki żony i matki. Dopiero w XVIII w. służba stała się bardziej wyspecjalizowaną i długotrwałą, niekiedy wręcz dożywotnią pracą.

Wchodząc pod cudzy dach, służąca stawała się niejako częścią rodziny i oddawała się pod władzę pana domu. Moraliści dopatrywali się korzeni etycznych relacji służby i panów w Liście św. Pawła do Efezjan, w którym zalecał niewolnikom, żeby służyli swoim panom jak samemu Chrystusowi. Od sług oczekiwano zatem przede wszystkim wierności i lojalności, a posłuszeństwo wysławiano jako najwyższą cnotę. Wzajemne zaufanie uważano za fundament relacji służby z chlebodawcami, bo przecież służące znały najskrytsze sekrety swoich pracodawców, przygotowywały im jedzenie, wychowywały dzieci, dzieliły ich niedole, a w potrzebie nawet czasami ratowały ich własnymi funduszami. W uboższych domach służba układała się do snu w tych samych pomieszczeniach co państwo i jadła z nim przy tym samym stole, bo po prostu w domach nie było dość miejsca, żeby wykroić przestrzeń wyłącznie dla służby; dopiero w XIX w. sfery państwa i służby zostają skrupulatnie rozdzielone. Właśnie ta bliskość służby i państwa sprawiała, że wierność była absolutnie kluczowa we wczesnonowożytnej koncepcji służby. Dlatego z ogromną surowością ścigano wykroczenia służby przeciwko chlebodawcom i kradzieże czy przemoc ze strony służby karano znacznie surowiej, niż gdyby popełnili je ludzie obcy.

Służba podlegała swoim chlebodawcom w podobny sposób jak dzieci rodzicom, a w prawodawstwie miejskim kładziono ogromny nacisk na posłuszeństwo i stosowne zachowanie służby. Np. w 1590 r. w Monachium służącym zakazano wychodzić z domu bez wiedzy pracodawcy oraz wynosić jedzenie poza domostwo. Władza pana domu sięgała tak daleko, że jeżeli zaszło podejrzenie kradzieży, pomoc domowa na jego polecenie miała otwierać swoje skrzynie i tobołki, a jeżeli wyszło na jaw, że symulowała chorobę, żeby wyłgać się od swoich obowiązków, pan mógł ją wypędzić bez żadnego finansowego zadośćuczynienia; gdyby zaś choroba okazała się prawdziwa, mógł ją odesłać do „godziwego miejsca”, póki nie wróciła do zdrowia. Ojciec rodziny miał także troszczyć się o moralną i praktyczną edukację służby, przy czym zgodnie z obyczajem epoki obowiązek ten cedowano na żony, podobnie jak wczesną edukację dzieci i wpojenie im stosownych zasad moralnych.

Panie miały zatem uczyć służące manier, dbać, by chodziły do kościoła, nie pozwalać na próżniactwo oraz łagodnie, acz stanowczo korygować ich niewłaściwe zachowanie czy narowy. Angielski poradnik z 1711 r. „The Complete Servant Maid” zaznaczał, że obowiązkiem pani wobec służby jest przede wszystkim nadzór. Powinna wstawać przed wszystkimi służącymi i nigdy nie iść do łóżka, póki się nie upewni, że wszystkie drzwi i okna są należycie zamknięte. Ma utrzymywać wszystkie rzeczy służby w należytym stanie i nieuszkodzone, bo wszystko, co w domu, jest pod jej pieczą. Pod jej nadzorem służąca ma dbać o pokoje i meble, czyszcząc paleniska, zamki w drzwiach, dywany, schody, ścielić łóżka i wietrzyć pokoje. Pani ma też zadbać, żeby służąca była czysta i umyta po skończeniu pracy, nigdy się nie ubierała ponad strój przypisany do jej stanu i nigdy nie odmówiła pomocy innym służącym.

Władze postrzegały gromady młodych niezamężnych kobiet jako potencjalne niebezpieczeństwo dla ładu społecznego. Stąd brało się wspomniane ścisłe poddanie służących władzy pana domu, ale też ingerencje władz miejskich w kontrakty i sytuację służby. Już w XVI w. kontrola nad służbą domową miała trzy cele. Pierwszy był finansowy: ze względu na inflację usiłowano ograniczyć wzrost wynagrodzeń, wyznaczając maksymalne płace dla służących, i regulowano czas trwania kontraktów. W Polsce zawierano zwykle umowy na co najmniej pół roku lub rok i surowo karano za porzucenie służby, ale w innych krajach wymagano jeszcze dłuższych zobowiązań, w Anglii nawet czteroletnich. W niemieckich miastach istnieli specjalni licencjonowani pośrednicy, którzy zajmowali się wyszukiwaniem posad dla służby, lecz nie mogli pomóc służącej, jeśli nie przepracowała na poprzedniej posadzie co najmniej sześciu miesięcy. Każdy, kto opuścił dom bez dobrego powodu (np. śmierć chlebodawcy), był wypytywany i badany przed otrzymaniem nowej posady. Co więcej, ustalono specjalne dni, kiedy służący mogli szukać nowej posady. W Monachium i Strasburgu były to dwa dni co sześć miesięcy, w Norymberdze – zaledwie raz w roku. Zwalczano również namawianie służby do porzucenia posady i np. w Monachium nie wolno było zwabiać dziewcząt na służbę obietnicą małżeństwa ani przekonywać, żeby odeszły ze służby, bo w innym miejscu dostaną większą zapłatę, napiwki, piwo czy pieniądze. Władze miasta sankcjonowały również brak zapłaty, jeśli pracodawca uznał, że służący jest nieodpowiedni lub jeśli służący odszedł bez powodu.

Drugi cel ustawodawców był społeczny: ojcowie miasta starali się utrwalić granice pomiędzy grupami mieszkańców i nie dopuścić do zdrożnego mieszania się służby z mieszczanami oraz uzurpowania sobie przez nią praw i przywilejów przynależnych wyższym warstwom. Świetnym przykładem takich działań są znane już w średniowieczu ustawy przeciwko zbytkowi, które w XVI w. uległy zaostrzeniu. Regulowały m.in. strój mieszkańców miasta i szczegółowo wyliczały, jakie kto mógł nosić materie, ozdoby czy kosztowności, co oczywiście miało wizualnie oddzielić od siebie różne warstwy społeczne i nie pozwolić, żeby biedota utrzymująca się z pracy rąk upodabniała się do patrycjuszy, a prostytutki chodziły odziane równie bogato jak uczciwe niewiasty. W polskich miastach również uchwalano specjalne wilkierze przeciwko zbytkowi służebnic, które w zgodnej opinii panów rajców powinny zadowalać się najprostszymi i najmniej jaskrawymi sukniami. I tak np. w Gdańsku w 1642 r. za barwy stosowne dla robotników i służby uznano kolory cielisty oraz granatowy. Służącym zakazano nosić ozdobne trzewiki, droższe pończochy i ubrania uszyte z kosztowniejszych tkanin oraz ze wszelkiego rodzaju tkanin jedwabnych. Mogły przywdziewać kołnierze i czapki z najtańszych materiałów i pospolitych skórek lisich, wilczych i króliczych oraz najpośledniejszych kunich, a za całą ozdobę musiał im starczyć srebrny pasek do przepasania sukni.

Trzeci cel był natury moralnej: należało poddać cały ten nieokiełznany żeński żywioł, gnieżdżący się w suterenach miejskich kamienic, na poddaszach i strychach, w tylnych domach i piwnicach, kontroli statecznych głów rodzin. Służące były młode, niezamężne, żądne przygód, nieobarczone trudami macierzyństwa i koniecznością prowadzenia własnych domów, ponadto mieszkały z daleka od bacznych oczu rodziców, więc współcześni często uznawali je za zagrożenie. Stereotyp drapieżnych i lubieżnych służących, wykorzystujących swoją pracę jako pretekst dla erotycznych eskapad, pojawia się już w literaturze XIII i XIV w. Władze miast kalkulowały zatem, że dla ich własnego dobra – oraz dla dobra innych członków miejskiej społeczności – należy skłonić służące do życia cnotliwego i pracowitego, i pozostawiać im jak najmniej czasu na płoche rozrywki.

I tak w Norymberdze od 1499 r. służącym nie było wolno iść na tańce bez pani, potem zaś w ogóle zakazano im tańców. We Frankfurcie zastanawiano się wręcz nad zakazaniem wszelkich tańców dla wszystkich, „ponieważ służące uwodzą tam innych służących i popychają ich nie tylko do czynów wątpliwych moralnie, ale odrywają od pracy na dłużej, niż jest to stosowne”. Innym wymownym przykładem tego rodzaju jest myślenie luminarzy Strasburga, którzy w 1665 r. wypowiedzieli się następująco: „Przedłożono nam wiele skarg, że pewne wdowy żyjące tutaj mają na swoim utrzymaniu dwie, trzy lub więcej córek. Te dziewczęta idą na służbę zimą, ale latem wracają do swoich matek, po części dlatego, że chcą nosić kosztowniejsze stroje, niż się pozwala służbie, a częściowo dlatego, że chcą mieć więcej swobody w chodzeniu po mieście, w przechadzaniu się wte i wewte, kiedy tylko chcą. Z naszego doświadczenia wynika, że jest to przyczyną jedynie wstydu, nieskromności, próżności i niemoralności, tak więc należy zwrócić na to czujne oko i jeśli coś takiego zostanie odkryte, zarówno rodzice, jak i córki powinni zostać ukarani grzywną, wyrokiem więzienia, a nawet wygnaniem z miasta, żeby posłużyć jako przykład dla innych”. Po paru wiekach nadal wzrusza prostoduszna wiara władz miejskich, że chlebodawca przypilnuje płochej dziewczyny lepiej niż jej własna matka.

Służące broniły się przed tymi ograniczeniami, uciekając ze służby i często zmieniając miejsce zatrudnienia. Trzeba jednak wspomnieć, że niekiedy moralna odpowiedzialność chlebodawców za służące działała na ich korzyść. We Frankfurcie pan domu musiał płacić za poród swojej służącej, jeżeli zaszła w ciążę, i bez względu na to, kto był ojcem, utrzymywać ją wraz z dzieckiem przez trzy miesiące po porodzie: stało za tym przekonanie, że gdyby przypilnował dziewczyny właściwie, nie zaszłaby wszak w ciążę. Zdarzało się, że niechciane ciąże wynikały z przestępstw seksualnych. Z badań Susan Amussen wynika, że w Anglii postrzegano służące jako „seksualnie dostępne” w obrębie domu, gdzie pracowały, i często nie były objęte zwyczajową obroną przed wykorzystaniem seksualnym. W polskich aktach sądowych również odnotowano mnogość spraw o zgwałcenie przez pryncypałów, ich krewnych lub innych służących, dziewcząt usługujących w mieszczańskich domach.

Typowa jest tutaj sprawa Reginy, która przywędrowała do Krakowa z Mysłowic, i w 1721 r. zeznała: „w niedzielę ku wieczorowi byłam w kuchni, obracałam pieczenią, potem jegomość przyszedł, wziął mnie za rękę i zaprowadził na łóżko kuchennej (…). Wołałam, mówił, nie takie ja tu miewał dziewczęta, nie wołały, potem i drugi raz do mnie przyszedł (…), znowu tak czynił, i płakałam, bo mnie bolało, gdym płakała w kuchni, mówiła mi kuchenna (…). Pan z tobą igra, sprawi ci odzienie”. Sytuacja ciężarnych służących była bardzo trudna. Ich ciąża, najoczywistszy znak niemoralności i cudzołóstwa, zagrażała dobrej reputacji całego domu i rodziny, zwykle więc, kiedy tylko wyszła na jaw, służącą pospiesznie odprawiano. Ze strachu przed konsekwencjami dziewczęta starały się jak najdłużej ukrywać ciążę, po czym rodziły samotnie i w ukryciu, a dziecko niejednokrotnie zabijały zaraz po urodzeniu lub porzucały pod kościołami czy szpitalami.

Oprócz nadużyć seksualnych służącym groziła brutalność chlebodawców. Prawo pozwalało panom karcić je biciem – podobnie jak własne żony i dzieci – ale z umiarkowaniem i bez powodowania trwałych obrażeń. Tymczasem z akt sądowych wynika, że służące bywały nieledwie torturowane i zdarzało się, że „do ławy powrozem [mnie przywiązał] pomagając wodą, bił, katował tak długo pięściami, a świecami do boku groził – obiecując świecami spalić, powiadając – że cię zabiję i tu w domu zakopię – ręce poprzybijam do ławy”. Pracodawcy nadużywali swojej dominującej pozycji na różne sposoby. We francuskim popularnym gatunku literackim misčres służba powszechnie narzeka na lodowate pomieszczenia do spania, nędzne jedzenie, brak snu i złe traktowanie. Listę tę należy uzupełnić jeszcze o zaleganie z wypłacaniem należnego uposażenia, chociaż tutaj służbie w sukurs przychodził Kościół, nakazując regulowanie doczesnych zobowiązań przed śmiercią, stąd też często zobowiązywano spadkobierców, żeby przede wszystkim uregulowali zaległe pensje służby.

Jak to możliwe, że wobec tylu ograniczeń i niebezpieczeństw młode dziewczęta decydowały się opuszczać rodzinne domy i podejmowały się ciężkich i niewdzięcznych prac domowych? Dla młodej prowincjuszki, przybywającej do miasta ze wsi albo małego miasteczka, służba miała wiele zalet, a podstawową było, paradoksalnie, bezpieczeństwo. Jako służąca mogła stosunkowo łatwo i legalnie wejść do miasta, po czym zacząć się utrzymywać z pracy własnych rąk. Dla wielu nisko urodzonych i ubogich dziewcząt praca była koniecznością, a nie rozpościerało się przed nimi zbyt wiele opcji zarobkowych i alternatywą dla służby była praca na dniówki lub prostytucja czy żebractwo. Jeżeli zdecydowała się na służbę, przekraczając bramy miejskie, często nie musiała się martwić ani samodzielnie organizować sobie życia w nowym, nieznanym miejscu. Nierzadko posada już na nią czekała, ponieważ jeszcze zanim wyruszyła z domu, jej zatrudnienie zostało ustalone przez miejscowego księdza, starszą siostrę, krewniaka, którzy poręczyli za jej pracowitość oraz dobre zachowanie. Na służbie miała zapewniony wikt, dach nad głową oraz przyodziewek, więc nie musiała lękać się głodu ani przeznaczać większości wynagrodzenia na koszty utrzymania. Mogła przeznaczyć oszczędności na posag, pożyczać pieniądze na procent, zdobywać umiejętności, planować założenie własnego sklepu czy wejście w spółkę rzemieślniczą z jakąś wdową.

Służba nie wymagała takiego wysiłku fizycznego jak praca w rolnictwie, ponadto dawała niejako polisę na przyszłość: jeśli dziewczynie nie powiodłoby się na rynku małżeńskim, mogła liczyć na długotrwałe zatrudnienie, bo zdobyte z czasem umiejętności, sympatia pracodawców i wiedza o ich przyzwyczajeniach rekompensowały jej słabnące siły. Poza tym oprócz rzeszy złych panów, których spotykamy w aktach sądowych, istnieli również prawi, uczciwi pracodawcy, rzetelnie wypełniający swoje zobowiązania i odpłacający lojalnością za lojalność. Dobrą służbę domową ceniono i w wymiarze praktycznym – nie bez powodu średni czas pobytu londyńskiej służącej u jednej rodziny wyliczono aż na cztery lata – i moralnym, bo w epoce wczesnonowożytnej wierność i lojalność stanowiły podstawy porządku społecznego, a rodzinę uważano za mikrokosmos państwa. Od ładu panującego w rodzinach zależał ład całego kraju, stąd te usilne starania władz miejskich, żeby związać służące z istniejącą hierarchią społeczną i moralną.

Dopiero w XVIII w., raczej w jego drugiej połowie, służba stała się kontraktem czysto finansowym i straciła społeczną estymę, aż wreszcie Diderot napisał o niej, że jest najnikczemniejszym zajęciem.

Polityka 14.2015 (3003) z dnia 30.03.2015; Historia; s. 70
Oryginalny tytuł tekstu: "Służba i drużba"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kultura

Niezwykły film o Tonym Haliku

Nowy film przypomina postać Tony’ego Halika – polskiego podróżnika, honorowego „białego Indianina”, nieustraszonego reportera, który realizm magiczny uprawiał w życiu i pracy.

Aneta Kyzioł
18.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną