26 lat po masakrze na pl. Tiananmen
4 czerwca jest w Chinach tabu. Chińczycy wolą zapomnieć niż rozdrapywać rany.
Tegoroczne obchody rocznicy
Twitter

Tegoroczne obchody rocznicy

Plac Tiananmen 26 lat temu
Jeff Widener/EAST NEWS

Plac Tiananmen 26 lat temu

Zhang Xianling ma 78 lat i nie przestaje walczyć. Chodzi o wyjaśnienie losów jej jedynego syna Wang Nana, który dziś miałby 45 lat. Zginął od kuli 4 czerwca 1989 r. „Idę na plac, bo tam dzieje się historia”, to były jego ostatnie słowa. Uzbrojony w aparat fotograficzny (bardzo lubił robić zdjęcia), z kaskiem motocyklowym na głowie poszedł dokumentować historię. Chciał się przyłączyć do demonstrantów, bo walczyli o arcyistotne sprawy: wyplenienie korupcji, państwo prawa, poszanowanie praw człowieka, demokrację...

O 3.30 nad ranem kula wystrzelona z karabinu przeszyła grubą powłokę kasku. Żył jeszcze chwilę, ustaliła pani Zhang w toku prywatnego śledztwa, posiłkując się relacjami świadków, garstki, która wyłamuje się z powszechnej zmowy milczenia. Nikt nie udzielił mu pomocy. Tylko jakaś kobieta uklękła przy zakrwawionym ciele Wang Nana i głośno szlochała. On jest demonstrantem! Jeśli stąd nie pójdziesz, zabiję i ciebie! – usłyszała od żołnierza mierzącego do niej z karabinu.

Tymczasem matka Wang Nana odchodziła od zmysłów.Wierzyłam, że mojego syna aresztowali, nie dopuszczałam myśli o jego śmierci – mówi z błyszczącymi oczami, patrząc na jego roześmiane zdjęcie w ramce. Szukała syna w ponad 20 szpitalach. W końcu zadzwonili z kostnicy z prośbą o identyfikację zwłok. Wang Nana złożono w zbiorowej mogile, na zachodzie placu, tam gdzie trzy dni wcześniej został postrzelony. Pochowano go na tyle płytko, że ulewne deszcze zmyły ziemię i odkryły zakopane tam zwłoki. Wśród nich ciało Wang Nana.

Pani Zhang była wielokrotnie zatrzymywana. Jest współzałożycielką Matek Tiananmenu, organizacji zrzeszającej około 120 bliskich ofiar poległych na placu. Szefowa organizacji, Ding Zilin, jest jeszcze bardziej represjonowana, ona też w zamieszkach straciła jedynego syna. Bólu nie jest w stanie opisać. Postulaty Matek Tiananmenu są, zdawałoby się, banalne: domagają się prawa do żałoby i składania hołdu ofiarom poległym na placu, ujawnienia prawdy o liczbie ofiar. Oficjalne statystyki chińskiego rządu mówią o 241 zabitych. Zagraniczni dziennikarze obecni wtedy na placu mówią o 3, a nawet 4 tys. ofiar. Stąd Matki Tiananmenu oczekują rzetelnego, publicznego śledztwa. – Polacy też przez lata nie mogli ustalić prawdy w sprawie Katynia. Tyle że tam chodziło o dwa kraje, tu walczymy ze swoimi – mówi pani Zhang.

64 (liu si – 4 czerwca) jest w Chinach tabu.Zajścia sprzed 26 lat to skaza na chińskim organizmie. Chiński rząd, jak świetny chirurg, zaleczył tę ranę i nakazuje nam – pacjentom Chińczykom – jej nie rozdrapywać. Zapomnieć o przeszłości i cieszyć się tym, co mamy – wyjaśnia pewien lobbysta, działający w kręgach rządowych, który pod żadnym pozorem nie godzi się na ujawnienie nazwiska. Gdy zaczęły się zamieszki, miał 13 lat. Pozamykano szkoły, więc rodzice wysłali go do znajomych do Szanghaju, bo tam było bezpieczniej. Po powrocie nigdy nie zagadnął rodziców o prawdziwe powody nieoczekiwanych wakacji.

Dzisiejsi rówieśnicy demonstrantów sprzed 26 lat niewiele wiedzą o tamtych wydarzeniach. Song (przyjmijmy, że tak się nazywa) w 1989 r. miał 5 lat, o wydarzeniach czerwcowych dowiedział się w wielkim sekrecie podczas zajęć o stosunkach chińsko-amerykańskich na jednym z pekińskich uniwersytetów. Nauczyciel wyjawił tajemnicę jedynie małej grupce wybranych studentów. Gdy kilka tygodni później studenci pisali pracę roczną o stosunkach ChRL z USA, nauczyciel ostrzegał: jeżeli wspomnicie o 1989 r., nie zdacie egzaminu i wpakujecie się w niezłe tarapaty.

Song reprezentuje pokolenie połowy lat 80. – młodych Chińczyków nieskażonych przeszłością. Mówi bez obaw o sprawach niewygodnych dla rządu i pomijanych przez oficjalne media. Bo trzeba zwracać uwagę na korupcję, cenzurę Internetu, uchybienia partii. Jego rodzice, zgodnie z linią rządu, nie poruszają takich tematów, by nie zaszkodzić wizerunkowi Nowych Chin. – Jeszcze 30, 40 lat temu nie mieli co jeść. Teraz mogą kupić, co zechcą, a nawet wyjechać za granicę – wyjaśnia Song. Dla niego to jednak za mało, ma dosyć kłamstw w podręcznikach i gazetach. W prywatnym mieszkaniu mówi stanowczo, animuszu dodaje sobie uderzając pięścią w stół. Ale publicznie nie odważyłby się tego powiedzieć.

Czy rozmawia z kolegami o wydarzeniach sprzed 26 lat? Czy sądzi, że studenci mogą się zjednoczyć? – Po pierwsze, większość studentów nie wie, co ich koledzy zrobili w 1989 r., a dwa, że powodzi im się na tyle dobrze, że nie mają po co wychodzić na ulice. Większość moich znajomych kombinuje, jak tu zarobić, a nie jak obalić rząd – dodaje. Zamiast polityki liczy się gospodarka. A liczby mówią same za siebie – PKB na jednego mieszkańca w 1989 r. był ośmiokrotnie niższy niż obecnie.

Gdy w 1978 r. Deng Xiaoping, następca Mao Zedonga, wygłosił słynny apel: „Bogaćcie się!”, chiński pracowity naród podchwycił hasło w mig. Po latach pracy mas na rzecz partii, mógł w końcu uszczknąć coś dla siebie. Reforma rolnictwa, przejście od komun do gospodarki prawie rynkowej spowodowały bogacenie się wsi, gdzie mieszkało około 80 proc. Chińczyków. W miastach zmiany dały osobom przedsiębiorczym możliwości szybkiego bogacenia. Deng zawarł pakt z Chińczykami: „Wy pozwalacie nam rządzić, my prowadzimy was do dobrobytu”. Ale w Nowych Chinach bogaciła się tylko nieliczna uprzywilejowana grupa ludzi, przeważnie powiązana z aparatem państwowym.

Prywatyzowane przedsiębiorstwa pozostawały w rękach osób zbliżonych do kręgów partyjnych. Plany równego rozwoju i bogacenia się wszystkich Chińczyków nadgryzał rak korupcji, szmugiel towarów z Hongkongu. W 1988 r. boom, trwający nieprzerwanie od 1984 r., przemienił się w hiperinflację, ceny towarów rosły w astronomicznym tempie, w kontrolowanych przez partię mediach coraz częściej pojawiały się informacje o przywłaszczeniu mienia państwowego.

Zawrzały uniwersytety. „Nie ma modernizacji bez demokracji” – wykrzykiwali studenci z uniwersytetu w Hefei w zachodnich Chinach już w 1986 r., gdy domagali się demokratycznych wyborów do władz uniwersytetu oraz możliwości wystawiania własnych kandydatów. Rok później zaniepokojony Deng Xiaoping zarządził, by – jeśli zajdzie taka potrzeba – zduszać demonstracje studenckie siłą. Niezadowoleni studenci zeszli na dwa lata do podziemia.

Zmieniała się także partia. Pojawił się obóz reformatorów na czele z Hu Yaobangiem, byłym przewodniczącym Komunistycznej Partii Chin. Hu odważnie twierdził, że marksizm-leninizm nie rozwiąże chińskich problemów, nie jest sztywnym dogmatem i że należy go rozwijać i wzbogacać. Nic dziwnego, że Deng odsunął reformatora od władzy.

Hu zmarł nagle na chorobę serca 15 kwietnia 1989 r. podczas posiedzenia partii. Deng Xiaoping i pozostali twardogłowi zabronili żałoby po śmierci byłego lidera, który dla rzesz studentów stał się nadzieją na zmiany. Nazajutrz po jego śmierci na sztandarach coraz liczniej gromadzącej się młodzieży na placu Tiananmen pojawiły się hasła: „Ten jeden, który nie powinien był umrzeć, jest martwy. Ci, którzy powinni byli umrzeć, pozostają przy życiu”. Wkrótce demonstracje przerodziły się w protesty, a do grup studentów zaczęli dołączać robotnicy, dziennikarze, lekarze, a nawet żołnierze.

Z początku z nadzieją na dialog studenci apelowali do władz i domagali się walki z korupcją, prawa do zgromadzeń, wolnej prasy. Przyznaje to po latach jeden z liderów protestu Wang Youcan: „Mówiliśmy głównie o ograniczeniu korupcji i przestępczości, ale dziś bym powiedział, że chcieliśmy wolności i demokracji. Tylko że wtedy chyba nawet nie umieliśmy tak tego nazwać. Moje pokolenie nie wiedziało, co to jest demokracja, państwo prawa, wolności obywatelskie. Szczerze mówiąc, chyba nawet nie bardzo wiedzieliśmy, czego konkretnie chcemy”.

Na demonstrujących wpływ miały wydarzenia w Europie. – Koniec komunizmu w Polsce, Niemczech Wschodnich, Rosjio tym wszystkim dowiadywali się od zagranicznych dziennikarzy, którzy licznie relacjonowali zajścia na placu – wspomina Li Xiaobin, znany chiński fotograf, który w czasie zajść na placu zużył 200 rolek filmu. – Na Tiananmen czuć było radość i fiestę. Potem zaczął się strach.

Do miasta wjechało wojsko. Z początku z lokalnych garnizonów przybyła 38 armia pekińska, jednak za bardzo bratała się z demonstrującymi. Deng Xiaoping ściągnął do stolicy 27 armię z Syczuanu, zaprawioną w bojach, która dekadę wcześniej najechała na Wietnam. Padły strzały, na które zgodę wydał premier Li Peng. Atakowali i demonstranci. Ludzie obezwładniali żołnierzy, ich zwłoki wieszali na latarniach. Podpalenia czołgów z załogą w środku nie należały do rzadkości.

Dla świata symbolem walki z reżimem stała się fotografia człowieka, który samodzielnie zatrzymał kawalkadę czołgów. Z różnej perspektywy jednocześnie uchwycili ją Charli Cole i Jeff Widener, dostali za to odpowiednio nagrodę World Press Photo i Pulitzera. Ciekawy eksperyment przeprowadzili dziennikarze amerykańskiej telewizji CBS podczas realizacji filmu dokumentalnego „Tank Man”. Pokazali fotografię-ikonę czwórce studentów Uniwersytetu Pekińskiego, najlepszej uczelni w kraju. Tylko jeden z nich wyszeptał po dłuższej chwili milczenia: „1989”. I tyle.

Czytaj także: Ludowa republika amnezji

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną