Katastrofy przedsmoleńskie. Zginęły w nich tysiące pasażerów, w tym głowy państw i szef ONZ
Wypadki z przyczyn takich jak w Smoleńsku od lat są zmorą lotnictwa. Towarzyszyły im zwykle teorie spiskowe, ale nigdzie nie urosły do takich rozmiarów jak w Polsce.
Szczątki samolotu, w którym zginął Dag Hammarskjöld.
AP/Fotolink/EAST NEWS

Szczątki samolotu, w którym zginął Dag Hammarskjöld.

Dag Hammarskjöld, sekretarz generalny ONZ
Sam Falk/The New York Times/PAP

Dag Hammarskjöld, sekretarz generalny ONZ

1985 r. Gander, Nowa Funlandia
Steve Liss/The LIFE Images Collection/Getty Images

1985 r. Gander, Nowa Funlandia

2004 r. Mostar, Bośnia i Hercegowina
Maja Zlatevska/AP/EAST NEWS

2004 r. Mostar, Bośnia i Hercegowina

2008 r. Mexico City, Meksyk
Ivan Mendez/EFE/Forum

2008 r. Mexico City, Meksyk

Dlaczego sprawna technicznie, nowoczesna maszyna prowadzona przez doświadczonych pilotów zamiast bezpiecznie wylądować, roztrzaskuje się o ziemię? Pierwsza refleksja, która zwykle się pojawia, to myśl o zamachu lub sabotażu. Szczególnie laikowi trudno zrozumieć, że przyczyną śmierci dziesiątek pasażerów może być tzw. CFIT, czyli kontrolowany lot ku ziemi (Controlled Flight Into Terrain). Piloci zachowując kontrolę nad samolotem, a przed lądowaniem zderzają się z ziemią. Brzmi niemal jak masowe zabójstwo.

CFIT towarzyszy lotnictwu jako jedna z głównych przyczyn katastrof niemal od jego początków. Zginęło w nich tysiące pasażerów, w tym tzw. ważne osoby, niby otaczane szczególną ochroną, podróżujące z najlepszymi pilotami. Jak podaje Międzynarodowe Zrzeszenie Przewoźników Powietrznych (IATA), tylko w okresie styczeń 2010 r. – grudzień 2014 r. w lotnictwie komunikacyjnym doszło do 31 wypadków typu CFIT, w których życie straciło 707 osób. Mimo kolejnych zabezpieczeń w samolotach, coraz bardziej zaawansowanych szkoleń załóg i kontrolerów lotów.

Upadek we mgle

Wypadki lotnicze, które kończyły się śmiercią prezydentów czy premierów, zdarzały się głównie w krajach Afryki, Ameryki Południowej i w Pakistanie. Przed Smoleńskiem w Europie prezydent na pokładzie samolotu zginął tylko raz. 26 lutego 2004 r. przywódca Macedonii Boris Trajkovski leciał na międzynarodową konferencję do Mostaru (Bośnia i Hercegowina). Niewielki dwusilnikowy samolot Beechcraft Super King Air, którym podróżował razem z siedmioma współpracownikami, rozbił się we mgle podczas podchodzenia do lądowania. W Bośni panowały wówczas tak złe warunki pogodowe – oprócz mgły lało – że niektórzy uczestnicy spotkania, m.in. prezydent Albanii, zrezygnowali z podróży.

Nie tylko pogoda upodabnia to zdarzenie do tego, co nastąpiło w Smoleńsku. Po wypadku natychmiast pojawiły się teorie spiskowe. A więc prezydent miał być zamordowany jeszcze przed wypadkiem, padł ofiarą celowych zaniechań kontrolerów lotów, pojawiła się też teoria, że maszynę zestrzelono.

Tymczasem przyczyną tragedii był szereg błędów popełnionych przez pilotów. Ich lista spisana przez komisję bośniackiego ministerstwa transportu jest zaskakująco podobna do wniosków z raportu Millera. Piloci m.in. nie byli odpowiednio wyszkoleni do lądowania w złych warunkach. Mimo to przed startem nie sięgnęli po prognozę pogody, a w trakcie lotu zignorowali ostrzeżenia wieży. Co więcej, podchodzili z o wiele niższej ścieżki niż dopuszczalna. Dopiero na kilka sekund przed zderzeniem, gdy odezwał się alarm, zorientowali się, że popełnili błąd. Nie mieli już wtedy żadnych szans.

Oficjalne dochodzenie nie zamknęło sprawy. Po niemal dziewięciu latach, w styczniu 2013 r., badanie zostało wznowione na prośbę Macedonii, której władze nie były zadowolone z efektów dochodzenia prowadzonego przez Bośniaków. Zwolennicy teorii spiskowych, do których zaliczał się adwokat rodziny zmarłego prezydenta lansujący teorię o zamachu, podkreślali, że morderstwo leżało w interesie wrogów wewnętrznych – bo Trajkovski porozumiał się z mniejszością albańską, czym zapobiegł wojnie domowej – oraz zewnętrznych, niechętnych jego proeuropejskiemu kursowi.

Powołano nową międzynarodową komisję, w której skład oprócz ekspertów z Macedonii i Bośni (Bośniakiem był przewodniczący Omer Kulič) weszli Amerykanie, Niemcy, Chorwaci oraz Serbowie. Badanie trwało dwa lata i potwierdziło w dużej części to, co ustalono wcześniej. Eksperci stwierdzili m.in., że samolot nie był dobrze przygotowany do lotu – nie działały niektóre jego instrumenty pokładowe.

Przerwana tajna misja

Drugie śledztwo, choć prowadzone nieoficjalnie i to po ponad 50 latach, wyjaśniło przyczynę innej głośnej katastrofy. Niedługo po północy 18 września 1961 r. samolot DC-6 Albertina podchodził do lądowania na niewielkim, otoczonym wzniesieniami lotnisku Ndola w brytyjskiej Rodezji Północnej (dziś Zambia). Na jego pokładzie był Dag Hammarskjöld, sekretarz generalny ONZ, oraz 15 towarzyszących mu osób. Ten bardzo wówczas popularny szwedzki dyplomata, nazywany mistrzem światowego pokoju, przybywał z tajną misją. Chciał wynegocjować zawieszenie broni między przywódcami katangijskiej secesji ogarniającej Kongo, młode państwo powstałe z belgijskiej kolonii, a wojskami narodów zjednoczonych, które walczyły z rewoltą. Ponieważ za plecami obu stron konfliktu stanęły największe mocarstwa – USA i ZSRR – zapachniało światowym kryzysem. Za sterami siedzieli dwaj doświadczeni piloci. Panowały bardzo dobre warunki, choć ciemność ograniczała widoczność. Samolot doleciał do lotniska – zatoczył nad nim krąg, ale nie zdołał wylądować. Roztrzaskał się w dżungli, kilka kilometrów od pasa.

Dochodzenie prowadzone przez rodezyjską komisję wskazywało na błąd pilota, który stracił kontrolę nad zniżaniem i po prostu wleciał w drzewa. Czyli znów klasyczny CFIT. Jednak komisja nie była w stanie wskazać jednoznacznie przyczyn katastrofy. Maszyny pasażerskie w tamtym czasie nie były wyposażone w czarne skrzynki, a jedyny pasażer, który przeżył katastrofę, zmarł po pięciu dniach. Zdążył tylko powiedzieć, że samolot zaczął się palić, jeszcze zanim uderzył o ziemię. To wywołało lawinę domysłów, plotek i spekulacji.

Maszyna miała zostać zestrzelona – może z ziemi, a może – co wydawało się bardziej prawdopodobne – przez myśliwiec należący do rebeliantów z Katangi. Inna teoria mówiła o spisku służb amerykańskich, brytyjskich oraz południowoafrykańskich, czyli krajów popierających zasobną w bogactwa naturalne Katangę (z jej złóż pochodził uran użyty do budowy bomb atomowych, które zniszczyły Hiroszimę i Nagasaki). Samolot miał spaść po wybuchu ładunku podłożonego w podwoziu. Znaleźli się świadkowie, którzy widzieli w pobliżu inny samolot, a nawet kilka. Były pracownik amerykańskiej bazy nasłuchowej na Cyprze miał usłyszeć, jak pilot niezidentyfikowanej maszyny informował przez radio, że doleciał do samolotu Hammarskjölda, następnie usłyszał trzask wystrzałów, a wreszcie okrzyk „Trafiłem go!”. Wiele osób w to uwierzyło, choć na szczątkach DC-6 nie znaleziono żadnych śladów po pociskach czy eksplozji. Jeszcze w 1961 r. eksperci ustalili, że samoloty rebeliantów miały zbyt mały zasięg, by dolecieć w okolice Ndoli.

Spekulacje potęgowały wyniki autopsji ochroniarzy sekretarza generalnego. Nosili ślady ran postrzałowych, które jednak – jak ustaliło śledztwo – powstały po eksplozji nabojów z magazynków ich służbowych pistoletów, wywołanej pożarem wraku. Sam Hammarskjöld miał nawet przeżyć katastrofę i zostać dobity na ziemi. Brzmi znajomo, prawda?

Kolejne rewelacje, m.in. zebrane w książce „Who Killed Hammarskjöld?”, doprowadziły do tego, że sprawą zajął się sekretarz generalny ONZ Ban Ki-moon, który powołał komisję ekspertów pod przewodnictwem szefa sądu najwyższego Tanzanii. Ta w czerwcu 2015 r. zarekomendowała ponowne zbadanie katastrofy ze względu na istniejące prawdopodobieństwo zamachu. Na razie do tego nie doszło.

Bo pilot się nie myli

Być może oenzetowska komisja nie powstanie nigdy. Sprawa wydaje się ostatecznie zamknięta po ustaleniach szwedzkiego eksperta Svena Hammarberga. O ponowne przeanalizowanie wszystkich prawdopodobnych przyczyn katastrofy, także tych związanych z zamachem, poprosiła go w połowie 2012 r. społeczna tzw. komisja Hammarskjölda, kierowana przez brytyjskiego prawnika, byłego sędziego sądu apelacyjnego Anglii i Walii, sir Stephena Sedleya.

Hammarberg, były pilot wojskowych odrzutowców, dokonał zaskakującego odkrycia. Na mapach okolic lotniska, które dostali piloci DC-6, nie zaznaczono wzniesienia leżącego na trasie samolotów podchodzących do lądowania w Ndoli. Właśnie tego, o które się rozbili.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną