Historia

Tylko śmierć jest bezsporna

Kopalnia „Wujek” 35 lat po tragedii: pytania, legendy i spekulacje

Dawid Chalimoniuk / Agencja Gazeta
Dlaczego to właśnie na Śląsku doszło do największego buntu przeciwko stanowi wojennemu, dlaczego to właśnie górnicy z „Wujka” zapłacili najwyższą w kraju cenę?
Ahorcado/Wikipedia

Po 35 latach od krwawych wydarzeń w „Wujku” tylko jedna kwestia wydaje się niepodważalna: zginęło 9 górników, a kilkudziesięciu odniosło rany. Cała reszta – z prawomocnym majowym wyrokiem sprzed ośmiu lat, skazującym funkcjonariuszy plutonu specjalnego ZOMO włącznie – nadal rodzi znaki zapytania.

„Wujek” do strajku przystąpił 14 dnia pamiętnego grudnia, na pierwszej rannej zmianie. Z jednym tylko postulatem: uwolnić Jana Ludwiczaka! Bowiem przewodniczący kopalnianej Solidarności został dzień wcześniej – 13 grudnia, około pierwszej w nocy – niezwykle brutalnie aresztowany, wleczony po schodach na oczach sąsiadów i zakrwawiony, wrzucony do milicyjnego wozu.

Atak na kopalnię „Wujek”

Decyzja o odblokowaniu strajkujących kopalń zapadła rankiem 15 grudnia. Część sił milicyjnych i wojskowych pojechała do Jastrzębia-Zdroju, gdzie tego dnia w „Manifeście Lipcowym” padły pierwsze strzały stanu wojennego. Pozostałe oddziały ruszyły na kopalnie katowickie, które już strajkowały albo przygotowywały się do protestu.

Rozkaz o odblokowaniu kopalń w pierwszej kolejności przyszedł z góry, przekazany przez gen. Czesława Piotrowskiego, ministra górnictwa i energetyki, członka WRON. – Motywował to ostrą zimą i deficytem węgla – wspominał gen. Jan Łazarczyk, szef Wojewódzkiego Sztabu Wojskowego. Z kolei gen. Jerzy Gruba, komendant KW MO – wówczas jeszcze pułkownik – tak mówił o pierwszoplanowej roli Piotrowskiego w województwie katowickim i rozkazach dotyczących węgla: – Tu rządziło wojsko, a nie milicja! Zima ostra, a węglowe składy po jesiennych strajkach puste. – Jeżeli ludzie nie będą mieli ciepła i prądu – przekonywał Piotrowski – to ten misternie przygotowany stan wojenny w ciągu paru dni szlag trafi! – i ja to rozumiałem.

Wyznaczona na godziny popołudniowe akcja na „Wujku” została przełożona na następny dzień, ponieważ w kopalni trwała msza polowa.

16 grudnia ok. godz. 10 kopalnia została otoczona. Strajkujący wpuścili mediatorów, z płk. Piotrem Gębką, którego ojciec po powrocie z Belgii pracował w „Wujku” od 1947 r. – i wysłuchali racji o stanie wojennym. Spłynęły po nich jak woda. Atmosfera była wyraźnie konfrontacyjna. Górnicy ze swojej strony przedstawili postulaty, w których, oprócz uwolnienia Ludwiczaka, dopisano: znieść stan wojenny i wypuścić internowanych. A więc żądania wówczas nie do spełnienia. Górnicy zaczęli przygotowywać się do obrony kopalni, milicja i wojsko – do siłowego odblokowania.

Płk Gębka przekazał przełożonym, że sytuacja jest napięta, a interwencja grozi rozlewem krwi. Mówił o determinacji górników i o ich „uzbrojeniu”, szczególnie groźnym przy walkach wręcz: dzidy, piki, kilofy, łańcuchy, styliska…

Atak na kopalnię – starą i ciasno zabudowaną – zaczął się o godz. 11. Fachowcy potem ocenili, że miał charakter walk w mieście i taką zresztą taktykę próbowano stosować. Ale bliżej prawdy jest w moim przekonaniu spojrzenie na ten dramat jak na bój średniowieczny. Starcie ostre, nawet krwawe – ale trup nie słał się gęsto. Póki co.

Aż nadeszła 12:31 – ppłk Kazimierz Wilczyński, dowódca sił ZOMO, które wdarły się do kopalni, słał przełożonym dramatyczne relacje: – Ostra walka, atakują czym mogą, wielu rannych... Czy mogę użyć broni?!  Do tego pytania, brzemiennego w skutki, wracano potem wiele razy.

Chwilę później w tajnych dziennikach sztabowych odnotowano z radiowego nasłuchu odpowiedź płk. Jerzego Gruby, komendanta milicji w Katowicach: – Broni nie używaj, poczekaj na rozkaz.

W dzienniku, równolegle prowadzonym przez SB, skrócony zapis wyglądał tak: – Nie, czekaj na rozkaz.

Ten przecinek, wielokrotnie długopisami i ołówkami pogrubiany, stał się po latach przedmiotem prokuratorskiego śledztwa i sądowych dociekań: był w istocie czy dopisano go później?

– Zadzwoniłem do gen. Czesława Ciastonia, wiceministra MSW, który odpowiadał za sytuację na Śląsku, a on do Czesława Kiszczaka – mówił gen. Gruba w rozmowie z POLITYKĄ w 1991 r. – Był zakaz użycia broni.

Ale strzały padły jeszcze przed pytaniem o broń.

– Dzisiaj wiem, że szło tylko o legalizację pewnego stanu rzeczy – mówił Wilczyński. – Użycia broni żądali ode mnie podwładni, ci z pierwszej linii. Albo broń, albo… wycofają  się.

O 13.02 Wilczyński rozkazał: – Przerwać ogień! Po kilku minutach powtórzył: – Pododdziały nie strzelać!

To był czwarty dzień stanu wojennego. W jego trwaniu nie miała się przelać ani jedna kropla polskiej krwi – o co apelował, i w co może nawet naiwnie wierzył, gen. Wojciech Jaruzelski.

W „Wujku” zginęło na miejscu 6 górników, 3 zmarło w szpitalu, a 21 zostało postrzelonych.

Strajk w „Wujku” brutalnie rozgromiono

Ta krwawa historia wywarła na dalszy bieg polskich wydarzeń szczególne piętno. Zaczęła się 13 grudnia, około pierwszej w nocy, w mieszkaniu Jana Ludwiczaka, przewodniczącego Solidarności. Temu prologowi warto przyjrzeć się bliżej.

Ostrze siekiery przebiło na wylot jego drzwi, a następne uderzenia wyrwały je z framugi: – Matko Boska, pozabijają nas, tato! – histerycznie krzyczała Ania, córka Ludwiczaka. Ten krzyk i hałas rozwalanych drzwi obudził cały blok i sąsiadujące z kopalnią osiedle.

Do małego mieszkanka wpadło kilkunastu silnych jak dęby chłopów. Wykręcili Ludwiczakowi ręce do tyłu i skuli kajdankami. Po schodach wlekli jak zaszczute zwierzę – piętro po piętrze, na oczach sąsiadów.

Telefony nie działały, ale nie wyłączono wewnętrznej linii węglowej. Wieść o tym, co się dzieje u kamrata, wnet dobiegła do kilkuset górników z nocnej zmiany. Aresztowano Ludwiczaka! – docierało do każdego zakątka „Wujka”. O internowaniu nikt jeszcze nie słyszał.

Na „nyskę” poleciały donice z kwiatami. Z obudzonych okien i balkonów sąsiednich budynków skandowano: Ge-sta-po!, Ban-dy-ci! Wcześniej na klatce schodowej zmasakrowano dwóch górników, którzy przybiegli na pomoc. Kolejni widzieli już krew na ścianach i schodach. Tej nocy przez mieszkanie Ludwiczaków przeszły setki ludzi – pierwszych świadków krwawego prologu stanu wojennego.

Kopalnia i osiedle kipiały z wściekłości, choć nikt nie znał przyczyn dramatycznych wydarzeń i nawet ich nie dociekał. Mordują kamrata! Dopiero ranne przemówienie Jaruzelskiego uzmysłowiło sytuację.

Jeżeli jednak nocna brutalna akcja miała być elementem zastraszenia, to wywołała odwrotny skutek – odsłoniła pokłady nienawiści wobec władzy, które narastały latami. Już w pierwszych godzinach powstał mur, który kilka dni później trzeba było kruszyć czołgami i śmiertelnymi strzałami.

Jak przyjęliby stan wojenny górnicy „Wujka”, gdyby nie byli świadkami takiej przemocy?

– Na to pytanie nie ma dobrej odpowiedzi – mówi Jurek Wartak, jeden z przywódców strajku. Jeszcze tej nocy górnicy zażądali na wiecu uwolnienia Ludwiczaka. – Strajk zaczął się 14 grudnia na rannej zmianie z tym jednym tylko postulatem...

A gdyby go wypuszczono?

W tym dniu strajku raczej by nie było – a później to już jeden Bóg wie, jak potoczyłaby się nasza historia – uważa Wartak.

Ludwiczaka zwolniono dopiero rok później, przed wigilią. Sporo rozmawialiśmy w następnych latach. Mówił, że nie potrafi sobie wytłumaczyć wydarzeń grudniowej nocy i tak brutalnego rozprawienia się ze strajkującym „Wujkiem”: – Nie prowadziłem kopalnianej Solidarności na Lwów i Wilno, nie zbierałem do wiader legitymacji partyjnych. Sam przewodniczący był zresztą członkiem PZPR. – Nie byliśmy solidarnościowymi radykałami. Raczej przyglądaliśmy się rzeczywistości.

Ale to właśnie tu górnicy drugiego dnia stanu wojennego, jako pierwsi w Polsce, zażądali jego odwołania, uwolnienia internowanych i realizacji porozumień jastrzębskich, które m.in. dawały im wolne soboty i dobrowolność pracy w niedziele. Postulaty górników z „Wujka” docierały w szybkim tempie do zakładów, które dopiero podejmowały decyzje o strajkach. To musiało rozwścieczyć władze na szczeblu wojewódzkim i mocno zaniepokoić te centralne. Przyszedł czas na decyzje.

Czy dlatego „Wujek” został wybrany do przykładowego ukarania  przeciwników stanu wojennego?

Przed rozkazem o zdławieniu strajku wiadomo już było, czym grozi taka akcja w specyficznych warunkach kopalni, kiedy naprzeciwko stoją zdeterminowani górnicy. Dzień wcześniej padły strzały w jastrzębskiej kopalni „Manifest Lipcowy” – 4 górników zostało rannych. Broni użyli funkcjonariusze plutonu specjalnego, co było jednym z powodów zmiany wojewody katowickiego, który stał na czele Wojewódzkiego Komitetu Obrony. Gremium to decydowało m.in. o kolejności odblokowania strajkujących zakładów.

Wieczorem 15 grudnia nominację dostał gen. pilot Roman Paszkowski. Wahał się. – Ale gen. Jaruzelski przekonywał mnie o znaczeniu Śląska dla kraju i dla przedsięwzięcia, które dzisiaj określamy słowami: stan wojenny – wspominał Paszkowski. Był jeszcze inny argument istotnej wagi: – Dowiedziałem się, że w katowickiej organizacji partyjnej, w milicji i SB panował specyficzny klimat, nastawiony na rozwiązania siłowe. Andrzej Żabiński, pierwszy sekretarz, należał do grupy partyjnych jastrzębi spiskujących przeciwko Jaruzelskiemu. – Miałem spacyfikować to towarzystwo – przyznał Paszkowski.

Gen. Paszkowski przyjechał do Katowic 16 grudnia wieczorem. O śmierci górników dowiedział się na schodach Urzędu Wojewódzkiego. O świcie na jego biurku znalazł się raport o wydarzeniach w „Wujku”. Czytał, że milicja użyła broni w obronie własnej: – Wtedy nie miałem prawa nie wierzyć w te ustalenia. Nowy wojewoda od razu spotkał się z górnikami kilku kopalń, które nie strajkowały: – Obiecałem im, że na Śląsku więcej krew się nie poleje – i słowa dotrzymałem.

Nie polała się, ale prawdą jest też to, że tragedia „Wujka” sparaliżowała inne strajkujące zakłady. Pod tym przygnębiającym ciężarem zamarł w zasadzie opór przeciwko stanowi wojennemu. Wyjątkiem była kopalnia „Piast” pod Tychami, w której parę tysięcy górników strajkowało pod ziemią do 28 grudnia. Po „Wujku” przejęli postulat o zniesieniu stanu wojennego. – Chociaż przychodzono do mnie z propozycjami wręcz niewyobrażalnymi – interwencji na dole – to rozmowy przekonały w końcu górników do zaniechania oporu – wspominał Paszkowski.

Stan wojenny zależał od sytuacji na Śląsku?

Po przerwaniu ognia Marian Głuch, jeden z przywódców strajku, zawiadomił dyrektora kopalni o zabitych i rannych. Prosił o karetki i przybycie kogoś z wojska: – Będziemy rozmawiać.

Z Wojewódzkiego Sztabu Wojskowego ponownie przyjechał z kilkoma oficerami płk Piotr Gębka. Rano, jeszcze przed atakiem, próbował przekonać górników do opuszczenia kopalni. Wtedy pożegnały go gwizdy, teraz krzyczano: Bandyta! – Morderca! – Gestapowiec! Wręczono mu kartkę z warunkami zakończenia strajku – do postulatów, które już znał, dopisano trzy nowe: wycofać ZOMO z kopalni. Podać do publicznej wiadomości, że są zabici i ranni. Podać nazwisko dowódcy sił milicyjnych atakujących kopalnię.

– Milicja na pewno wyjdzie z kopalni – zapewnił Gębka. – Reszta żądań jest nierealna. Dodał: – Domagamy się, abyście bez żadnych warunków opuścili kopalnię.

Wojskowej delegacji pokazano ciała zastrzelonych górników. Potem przekazano broń trzech milicjantów zatrzymanych w trakcie walki. Z tą tragiczną wiadomością i pistoletami płk Gębka pojechał do niedalekiej KW MO, gdzie w gabinecie szefa SB, płk. Zygmunta Baranowskiego, zebrali się dowódcy wojska i milicji. To tam planowano kolejną akcję przeciwko strajkującym na Wujku.

– Zameldowałem o zabitych i rzuciłem broń na stół – opowiadał Gębka.

Dochodziła godz. 16. O strzałach, które padły trzy godziny temu – nikt w komendzie nie miał pojęcia. – Wtedy odeszła mi krew – wspominał Gruba. – Jak zginęli?! Od czego zginęli, kiedy nie było rozkazu użycia broni!

Zawiadomiono Warszawę.

W tym czasie obradował tzw. dyrektoriat, którego jednym z ośmiu członków był Mieczysław F. Rakowski – wicepremier. Dyrektoriat to nieformalna grupa, która podejmowała kluczowe decyzja w stanie wojennym. Rakowski niegdyś określił ją jako ciało, które „kontrolowało bieg wydarzeń w kraju”. Wspominał po latach: – Kiszczak odebrał telefon od komendanta Gruby. Informacje były porażające. – Stało się to, co nas prześladowało od pierwszych chwil po wprowadzeniu stanu wojennego: żeby nie doszło do rozlewu krwi. Jaka była reakcja dyrektoriatu? – Była to sprawa bolesna, ale uznaliśmy ją za nieszczęśliwy wypadek na naszej drodze. I Rakowski, podsumowując wydarzenia w „Wujku”, postawił kolejne pytanie, na które także nie ma dobrej odpowiedzi: – Tylko jakich sięgnęłaby ta tragedia rozmiarów w skali kraju, gdyby to radzieccy odblokowywali choćby śląskie kopalnie?

Prawdopodobnie na tym właśnie spotkaniu przesądzane zostały ostatecznie losy Andrzeja Żabińskiego, pierwszego sekretarza w Katowicach, zwolennika „bratniej pomocy” dla ogarniętej kontrrewolucją Polski („Towarzysz zdrowa siła”, POLITYKA 2006). Tę funkcję Jaruzelski zaproponował prof. Zbigniewowi Messnerowi, rektorowi Akademii Ekonomicznej, który od połowy 1981 r. był członkiem Biura Politycznego – jednym z kilku tzw. społecznych.

Wcześniej przysięgałem sobie, że nie dam się wciągnąć do aparatu partyjnego, ale tragedia „Wujka” zdecydowała o mojej zgodzie – mówił Messner. Jego zdaniem atmosfera na Śląsku dalej była dramatycznie wybuchowa. Zresztą uległ fascynacji gen. Jaruzelskim i wierzył, że tylko on może wyprowadzić kraj z politycznego kryzysu. – Generał doskonale wiedział, że powodzenie stanu wojennego zależy od złagodzenia sytuacji na Śląsku.

Wydawało się, że ów zamiar w miarę się powiódł. Województwo zabrało się do rytmicznej roboty; choć nie sposób ocenić, na ile w tej mierze wpływ miała trauma po „Wujku”, a na ile nowy duet władzy: sekretarz Messner i wojewoda Paszkowski, który miał zmienić polityczne i partyjne oblicze Śląska.

Zapytałem kiedyś Messnera, czy próbował się dowiedzieć, jak doszło do tragedii „Wujka”? – Parę razy rozmawiałem o tym z komendantem Grubą: przekonywał mnie, że broni użyto spontanicznie, że jego zakaz był kategoryczny... – wspominał Messner. Zresztą nie spodziewał się niczego więcej: – Już z pozycji sekretarza, a potem wicepremiera i premiera, przekonałem się, że SB pospołu z milicją tworzą państwo w państwie, a partyjna czy rządowa kontrola nad służbami była fikcją.

Władze nie chciały krzyży w kopalni „Wujek”

Jeżeli Rakowski uznał „Wujka” za nieszczęśliwy wypadek na drodze stanu wojennego – to władze z perfidną premedytacją podjęły działania zmierzające do wymazania tego tragicznego wydarzenia z naszej świadomości. Rozpoczęły idiotyczną, trudną do wytłumaczenia, samobójczą walkę z krzyżem.

Pierwszy krzyż pojawił się w miejscu tragedii wieczorem, tuż po wyniesieniu zabitych i rannych. Przyniesiono go z łaźni łańcuszkowej, w której wcześniej strajkujący słuchali mszy. Zniknął, kilka dni później. Postawiono drugi krzyż – przetrwał do nocy z 26 na 27 stycznia 1982 r. Wtedy to pod kopalnię podjechał milicyjny lub wojskowy pojazd z doczepioną liną – widziano z okien okolicznych mieszkań. Drugi koniec liny zarzucono na krzyż. Próbowano go wyrwać, ale mocno tkwił w zamarzniętej ziemi, więc został złamany.

W „Wujku” zawrzało. Groził kolejny strajk. Po cichu pozwolono więc na postawienie trzeciego krzyża, który przetrwał przez cały stan wojenny – pomimo prób odsunięcia go od ludzi i ludzi od krzyża. W pierwszych dniach po tragedii niemal bez przeszkód można było składać pod kopalnią kwiaty i zapalać znicze. W miarę upływu czasu swobody było coraz mniej.

Od 16 stycznia 1982 r. co miesiąc zbierały się pod kopalnią tłumy. Coraz większe. Zapadła więc decyzja, aby przestawić krzyż z ulicy – za ogrodzenie. Pamięć miała się stać wewnętrzną sprawą „Wujka”. Krzyż na razie zostawiono w spokoju, bo w powietrzu wciąż wisiało widmo strajku. W pierwszą rocznicę tragedii dojście do krzyża zablokował kordon ZOMO.

Władze Katowic otrzymały polecenie przebudowy całego układu komunikacyjnego wokół kopalni. Innymi ulicami pojechały autobusy, porozstawiano znaki zakazu – wszystko po to, żeby ten zakątek miasta, który spłynął krwią, oddalić od codziennych spojrzeń. I groźnych refleksji. Pewnej nocy tuż przy krzyżu wyrósł milicyjny posterunek. Za składanie kwiatów i za modlitwę sypały się mandaty, opornych i upartych zatrzymywano. Mur rósł z dnia na dzień.

Jana Ludwiczaka zwolniono z internowania przed wigilią 1982 r. Z bieszczadzkiego więzienia do Katowic jechał w milicyjnej więźniarce. Nie do domu, ale wprost do gabinetu płk. Baranowskiego, szefa SB. – Ze zdziwieniem, ale też niepokojem wysłuchałem jego tyrady, że przełożeni suszą mu głowę za krzyż, bo wokół niego powstał już ołtarz, całkiem przecież niepotrzebny, bo ołtarzy mamy w Polsce i tak zbyt dużo – wspomina Ludwiczak. – Wreszcie przestrzegł, że jako Ludwiczak mogę pod krzyż chodzić, ale jak mnie spotka tam w rocznicę wydarzeń, to zamknie. Rok później Ludwiczak został pod krzyżem na kilka godzin zatrzymany.

W grudniu 1984 r. pod tym krzyżem zostałam pobita przez tajniaków – wspominała Janina Stawisińska, matka Janka, najmłodszego zabitego górnika. Tego roku po raz pierwszy odbył się pod krzyżem apel poległych.

Ukrywanie prawdy o „Wujku”

Z czasem trochę zaczęło się zmieniać: milicja przestała usuwać po uroczystościach wieńce i wiązanki, tylko obcinała szarfy z napisem Solidarność. Na wspomnienie tych chwil ks. Henryk Bolczyk, kapelan górników, nadal się uśmiecha. – Trzy razy odwożono mnie spod krzyża na przesłuchania do SB – opowiada. Oskarżano go o to, że w przededniu pacyfikacji odebrał w kopalni przysięgę górników – że będą walczyć do ostatniej kropli krwi. – Że wszystko jest jak w podręczniku kryminalistyki – oto zbrodniarz wraca na miejsce przestępstwa!

Wreszcie nie wytrzymał i rzucił coś niekoniecznie cenzuralnego. Niech potwierdzi to choć jeden górnik! – Mieli pod kluczem internowanych i skazanych. Mieli możliwość wyrzucania z pracy, szykanowania rodzin. Mogli doprawdy wszystko!

Tamtego wieczoru, 15 grudnia 1981 r., górnicy poprosili księdza o odpuszczenie grzechów. – Nie chciałem podgrzewać atmosfery, więc całą formułkę odmówiłem po łacinie – ot i cała urojona przysięga.

Po zwolnieniu z więzień i internowania w rocznice „Wujka” spotykali się pod krzyżem wszyscy czołowi przywódcy nielegalnej Solidarności. W 1986 r., po zatrzymaniu delegacji z Krakowa, zrodził się Małopolski Komitet Pamięci Górników – w świat poszły apele o budowę pomnika. Rok później demonstrację pod kopalnię przyprowadził Andrzej Rozpłochowski, jeden z radykalnych liderów Śląsko-Dąbrowskiej Solidarności, który w kieszeni już miał emigracyjny paszport w jedną stronę. – Po wiecu zostałem wciągnięty do milicyjnej „suki” i zaczęto mnie bić – opowiada. – Na szczęście pojawił się jakiś tajniak i kazał puścić: panie, Andrzeju, przecież pan nie będzie nam już więcej przeszkadzał. Rozpłochowski kilka lat temu wrócił z emigracji w USA – pierwsze kroki skierował pod krzyż (Maszynista na starych torach, POLITYKA 2010).

Ostatnią próbę ukrycia prawdy o „Wujku” podjęto 1988 r., a więc u schyłku PRL. Solidarność zaczęła już wychodzić z podziemia. W Urzędzie Wojewódzkim w Katowicach złożono wniosek o rejestrację Społecznego Komitetu Budowy Pomnika Poległych Górników.

Został odrzucony. „Powołanie proponowanego stowarzyszenia mogłoby spowodować zagrożenie pokoju i porządku publicznego, ponieważ w składzie założycieli znajdują się osoby karane za czyny przeciwko porządkowi publicznemu (chodziło o skazanych w 1982 r. przywódców strajku – JD). Niezależnie od powyższego istnieje już Społeczny Komitet Budowy Obelisku upamiętniający daty najważniejszych i tragicznych wydarzeń w KWK Wujek związanych z katastrofami i walką załogi o prawa pracownicze”.

Zbliżało się 90-lecie kopalni. Na pomysł wykorzystania jubileuszu, żeby ukryć chytrze dziewięciu zamordowanych pośród wszystkich ofiar śmiertelnych w całej historii „Wujka”, wpadł katowicki PRON.

Ale Solidarność zdecydowanie sprzeciwiła się dopisywaniu do nich niedawnych ofiar pacyfikacji: – Uznaliśmy, że w tym przypadku śmierć nie jest równa śmierci – mówił Stanisław Płatek, lider strajku.

W grudniu 1989 r. pod krzyżem pojawił się prezydent Wojciech Jaruzelski. Witały go transparenty i okrzyki KPN: Morderco, na kolana! Role odwróciły się. Teraz oni traktowali go jak zbrodniarza, który powraca na miejsce zbrodni.

Wtedy mniej, po latach bardziej podziwiałem generała, że w takiej atmosferze pochylił się pod krzyżem górników – wspomina Jerzy Wartak.

Podszedł wówczas do Jaruzelskiego i podał mu rękę. – Mocno oberwałem od swoich, że tym gestem rozgrzeszam zbrodniarza. Prezydent zaprosił do Belwederu kilku górników, w tym Jurka. – Nie wiem, co generał wiedział o „Wujku”, nie wiem, czy mógł zapobiec rozlewowi krwi – mówi. – Ale kiedy przedstawiliśmy przebieg pacyfikacji, kiedy mówiliśmy o bestialskim wyciąganiu rannych z karetek, to ze zdenerwowania drżała mu twarz.

Jerzy Wartak od połowy 2005 r. apelował o pojednanie i przebaczenie za „Wujka”, a w 2008 r. gest pojednania uczynił wobec Wojciecha Jaruzelskiego, czym narobił sobie sporo wrogów („Nadstawianie policzka”, POLITYKA 2008).

Pomnik Poległych Górników odsłonił w 10. rocznicę tragedii – prezydent Lech Wałęsa.

Odpowiedzialni za tragedię „Wujka” przed sądem PRL

Z tragedią „Wujka” musiały zmierzyć się wymiary dwóch sprawiedliwości – PRL i wolnej Polski.

20 stycznia 1982 r. Prokuratura Garnizonowa w Gliwicach umorzyła śledztwo przeciwko członkom plutonu specjalnego. Wszyscy przyznali się do użycia broni, ale twierdzili, że strzelali w górę, na postrach. Nawet wtedy nie uznano takiej argumentacji – niezaprzeczalnym dowodem była przecież „Dziewiątka z Wujka”. Stwierdzono jednak, że „w toku śledztwa nie zdołano zebrać dowodów, dzięki którym można by ustalić, który funkcjonariusz oddał strzał w górę, a który – będąc nawet subiektywnie przekonanym o takim kierunku – w rzeczywistości strzelał na wprost”.

Dla umorzenia ważniejsze było coś innego: „Działania strajkujących, wymierzone przeciwko siłom porządkowym, były bezprawne, bezpośrednio zagrażające życiu i zdrowiu funkcjonariuszy MO, dlatego uzasadniały użycie przez nich broni”.

3 lutego 1982 r. przed Sądem Śląskiego Okręgu Wojskowego, na wyjazdowej sesji w Katowicach, rozpoczął się w trybie doraźnym proces 9 organizatorów strajku. W stanie wojennym kopalnie zostały zmilitaryzowane, stąd górnicy podlegali jurysdykcji wojskowej. Prokuratorzy domagali się kar od 7 do 15 lat pozbawienia wolności. Świadkami oskarżenia byli milicyjni dowódcy i funkcjonariusze plutonu specjalnego.

Tydzień później zapadł wyrok: Stanisław Płatek – 4 lata więzienia, Jerzy Wartak – 3,5 roku, Adam Skwira i Marian Głuch – po 3 lata. Pozostałych sąd uniewinnił. Sala biła brawo.

Oczekiwano od nas drakońskiego wyroku, który zgasi ogniska oporu w całym kraju – wspominał sędzia kpt. Antoni Kapłon, przewodniczący składu. – Nie poddaliśmy się tej presji.

Naczelna Prokuratura Wojskowa szykowała się do rewizji nadzwyczajnej. Ostrożnie, ze względu na społeczne i międzynarodowe echa tragedii. Jednym z powodów zaniechania apelacji były nienaganne życiorysy skazanych. Przodownicy pracy, z odznaczeniami i nagrodami. Od robotniczego państwa i władzy. Sam górniczy kwiat. W żaden sposób nie udało się sprokurować z nich antysocjalistycznych warchołów i wrogów ludowej ojczyzny.

Jak wymierzano sprawiedliwość za tragedię „Wujka”

10 marca 1993 r. doszło do symbolicznej zamiany miejsc. Wcześniej, w grudniu 1992 r., wyrokiem Izby Wojskowej Sądu Najwyższego przywódcy strajku zostali uniewinnieni. Teraz to górnicy, oskarżeni i skazani w lutym 1982 r. zostali świadkami, a świadkowie ich przestępczych czynów zasiedli na ławie oskarżonych. W tej samej sali Sądu Okręgowego w Katowicach.

Oskarżono 24 osoby, w tym gen. Czesława Kiszczaka, ale jego sprawę ze względu zły na stan zdrowia przeniesiono do Warszawy.

Kiszczak miał przyczynić się do śmierci górników, ponieważ podpisał, bez podstawy prawnej, szyfrogram zezwalający na użycie broni palnej i przekazał swoje uprawnienia dowódcom milicji. Procesy trwały i trwały. Generał był uniewinniany i skazywany; sprawy zawieszano ze względu na stan zdrowia i odwieszano. Kiszczak zmarł pod koniec 2015 r. – wcześniej na rozprawach powtarzał: – Oskarżenia nie rozumiem, prawa nie naruszyłem!

Pierwszy proces miał charakter poszlakowy. Ciężka choroba od początku uniemożliwiła sądzenie płk. Wilczyńskiego. Wcześniejsza śmierć uwolniła od oskarżenia gen. Grubę i płk. Baranowskiego. Z milicyjnych dowódców na ławie oskarżonych zasiadł tylko płk Marian Okrutny, zastępca komendanta wojewódzkiego i szef sił, które odblokowywały strajkujące zakłady: zarzucono mu sprawstwo kierownicze w zbrodni zabójstwa. Chorążego Romualda Cieślaka, dowódcę plutonu specjalnego i jego 20 podwładnych oskarżono o użycie broni palnej i narażenie zgromadzonych górników na utratę życia lub ciężkie uszkodzenie ciała.

W 1997 r. zapadł wyrok uniewinniający w stosunku do części oskarżonych, a wobec innych sąd umorzył sprawę ze względu na przedawnienie. W jego ocenie oskarżyciele nie udowodnili wydania rozkazu strzelania, nie dowiedli, z jakiej broni padły śmiertelne strzały, i nie wskazali bezpośrednich winowajców. Przewodniczyła sędzia Ewa Krukowska. – Jedynym wyrokiem, jaki może zapaść w sprawie karnej, jest wyrok, który opiera się na dowodach – uzasadniała. – Podstawą faktyczną wyroku nie może być wiedza, która li tylko graniczy z pewnością, bo taka wiedza zakłada, że istnieje margines wątpliwości, a tych na niekorzyść oskarżonych rozstrzygać nie wolno.

Hańba, sąd pod sąd! – tak zareagowała sala na ten werdykt.

Ale Sąd Apelacyjny w Katowicach dopatrzył się zbyt dużej liczby ławników w składzie orzekającym i uchylił wyrok ze względów formalnych.

Kolejny proces zaczął się w 1999 r. w atmosferze skandalu. Od orzekania próbowali wyłączyć się katowiccy sędziowie (których skład wyłoniono w drodze losowania), tak samo jak adwokaci od obrony. Druga sprawa zakończyła się po dwóch latach podobnym rozstrzygnięciem: uniewinnieniem i umorzeniem z powodu braku dowodów i przedawnienia.

Przewodniczyła sędzia Aleksandra Rotkiel. – Zebrany materiał dowodowy nie dał jednoznacznej odpowiedzi, kto jest winny śmierci górników – uzasadniała. – Oskarżeni działali zgodnie z przepisami dekretu Rady Państwa o stanie wojennym z 12 grudnia 1981 r., a przepisy tego dekretu, dotyczące zwłaszcza wypadków nadzwyczajnych, były obowiązującym wtedy prawem.

Pod koniec tego procesu pojawił się nowy świadek, alpinista Jacek Jaworski, który w stanie wojennym szkolił w Tatrach katowicki pluton specjalny. W trakcie alkoholowych imprez milicjanci mieli ponoć przechwalać się strzelaniem do górników. Jaworski prawdopodobnie sporządził w tej sprawie raport dla podziemnej Solidarności, ale ten tzw. raport taterników gdzieś zaginął.

Sąd Apelacyjny uchylił i ten wyrok, ponieważ doszukał się złamania prawa: „Sprzeciw musi budzić używanie broni w celu rozwiązywania sporów zbiorowych, do których zaliczyć należało strajki zainicjowane w związku z wprowadzeniem stanu wojennego”. Najważniejszy był jednak przekaz – sąd uznał, że górnicy walczyli o dobro wspólne i mieli świadomość bezprawności działań milicjantów! Diametralnie, więc zmieniło się spojrzenie na charakter wydarzeń w „Wujku”.

Kolejna rozprawa zaczęła się we wrześniu 2004 r. – wyrok skazujący zapadł w maju 2007 r.

Przewodniczyła sędzia Monika Śliwińska. – Większość śmiertelnych strzałów oddano, kiedy milicjanci nie byli atakowani – uzasadniała. – Górnicy zginęli od postrzałów w głowę, klatkę piersiową, w jednym przypadku nawet w plecy. Kanały wlotowe były poziome, co wyklucza trafienie rykoszetami – te strzały musiały być precyzyjnie mierzone.

W trzecim procesie działania plutonu specjalnego uznane zostały za zbrodnię komunistyczną. W przeciwnym razie sąd nie mógłby nikogo skazać, ponieważ zarzuty uległy przedawnieniu.

Po raz pierwszy w sądzeniu tego typu zbrodni zastosowano odpowiedzialność zbiorową: sąd nie badał winy poszczególnych członków plutonu, nie dochodził, który z nich i kiedy pociągnął za spust. Wszystkim, którzy użyli wówczas broni w „Wujku”, przypisano niemal jednakową winę.

Rok później wyrok ten utrzymał w mocy Sąd Apelacyjny. Choć dowódcy plutonu Romualdowi Cieślakowi zmniejszono karę z 11 do 6 lat więzienia, a podwładnym zwiększono do 3,5–4 lat (dostali o rok więcej). Apelacji przewodniczył sędzia Waldemar Szmidt – uzasadniając wyrok, oddał cześć 9 poległym górnikom. – Gloria Victis – chwała zwyciężonym, bo polegli w słusznej sprawie – powiedział. – Kara zaś dla tych, którym w sposób niewątpliwy można było wykazać, że dopuścili się czynów przestępczych.

Sąd przyznał, że w toku procesu można było jedynie ustalić, że oskarżeni działali wspólnie, oraz że w wyniku działań niektórych z nich, a za wiedzą pozostałych, śmierć ponieśli górnicy. – Ci, którzy do końca swoim milczeniem osłaniają zabójców, karę odbędą z poczuciem fałszywie pojętej koleżeńskiej wspólnoty – uzasadniał sędzia. – Ci zaś, którzy zabili, pozostaną ze świadomością popełnionej i nie w pełni ukaranej zbrodni.

W kwietniu 2009 r. Sąd Najwyższy oddalił kasację skazanych. Sądowy finał „Wujka”, choć kontestowany za argumentację – umożliwił rodzinom zabitych i rannych dochodzenie odszkodowań.

Kopalnia „Wujek”, pytania, legendy i spekulacje

Zawsze wtedy, kiedy historię próbuje się ukrywać i zakłamywać – a tak było w przypadku „Wujka” – to obrasta ona w legendy i spiskowe teorie. Jedną z nich było właśnie rzekome odebranie przysięgi od górników przez księdza Bolczyka, że będą walczyć do ostatniej kropli krwi.

Pod koniec lat 80., kiedy już wiadomo było, że musi nastąpić zgoda na odrodzenie się Solidarności, w kręgach partyjnych zaczęto kombinować i kojarzyć karkołomnie różne wątki z tragedią w „Wujku”. Uknuto teorię, że to właśnie działacze tego wrażego związku specjalnie podgrzewali atmosferę w kopalni, żeby doszło do ostrej konfrontacji: – Historia uczy, że nic tak nie pomaga przetrwać ideom jak krew na sztandarach – mówiono w kończącym żywot KW PZPR.

Snuję refleksje – a może dwie strony podgrzewały konfrontacyjną atmosferę? Do mojego prowokacyjnego pytania Rakowski odniósł się tak: – Nie zapomnę tego, co powiedział Karol Modzelewski na 10-leciu IPN: „Ja czuję się odpowiedzialny za to, co się stało na „Wujku” również, ponieważ myśmy ich pchali w tym kierunku”. To powiedział Modzelewski, a ja w jego uczciwość wierzę. Bez komentarza.

W wojsku łączono tragedię „Wujka” z możliwą prowokacją wobec gen. Wojciecha Jaruzelskiego, głównego autora stanu wojennego: – Przez cały 1981 r. władze partyjne, z Andrzejem Żabińskim na czele, parły do siłowej konfrontacji z opozycją – mówił gen. Jana Łazarczyk, wtedy szef Wojewódzkiego Sztabu Wojskowego. Żabiński należał do grupy partyjnych jastrzębi – byli w niej m.in. Tadeusz Grabski, Stefan Olszowski i Mirosław Milewski – która dążyła do ostrej rozprawy z kontrrewolucją. Groźnie wymachiwała szabelką katowicka SB i milicja. Nie brakowało tutaj zwolenników interwencji; dzielono już stanowiska po wejściu wojsk Układu Warszawskiego: – Od pierwszych dni stanu wojennego wytykano wojsku, że zbyt łagodnie obchodzimy się z tą całą opozycją – wspominał Łazarczyk.

Jaki cel miałaby taka prowokacja? – Mogę sobie wyobrazić taki tok myślenia, że mogłoby chodzić o skompromitowanie ekipy Jaruzelskiego, a zabici górnicy byliby świetnym pretekstem do zmiany władzy. Albo też krew miała zamknąć na długie lata jakikolwiek dialog z opozycją.

Taki scenariusz mogła np. realizować pod „Wujkiem” (dzień wcześniej pod „Manifestem Lipcowym”) Grupa Perka – specjalny oddział SB, ochrzczony tak od nazwiska dowódcy, działający po cywilnemu i uzbrojony podobnie jak milicyjny pluton specjalny. Jej rola w wydarzeniach na „Wujku” do dzisiaj nie została wyjaśniona. Jerzy Gruba, w tamtych latach komendant wojewódzki, tak scharakteryzował zadania perkowców: – Mieli wchodzić w środek demonstracji i strajków, przejmować kontrolę, identyfikować przywódców, w odpowiednich momentach wyłuskiwać najaktywniejszych. A więc także podgrzewać atmosferę strajków i demonstracji? – Może raczej działać destrukcyjnie na pewne struktury i przedsięwzięcia.

Płk Kazimierz Wilczyński, dowódca oddziałów ZOMO odblokowujących „Wujka”, stwierdził, że z Grupą Perka nie miał łączności radiowej i nie wie, jakie były jej zadania: – Oni komunikowali się bezpośrednio z szefami SB. Górnicy pamiętają, że ich rannych kolegów wyciągali z karetek jacyś cywile.

W październiku 1982 r. funkcjonariusz podobnej grupy z Krakowa zastrzelił w czasie manifestacji w Nowej Hucie jednego z demonstrantów, Bogdana Włosika. Od tej chwili podobnym specgrupom w całym kraju zakazano wchodzić w strajki i demonstracje z bronią. Ich działalność stopniowo ograniczano, a ślady po niej zacierano. W 1988 r. SB rozwiązała te oddziały. Na dobrą sprawę do dziś nie wiadomo, kto wchodził w ich skład. Ppłk Kazimierz Perek zmarł na początku lat 90. Jego żona została zamordowana.

W sprawie „Wujka” badano też tzw. czeski ślad, czyli działania polskojęzycznej grupy specjalnej, w strukturach czechosłowackiej bezpieki. O istnieniu takich grup informowali Polacy z Zaolzia. Sam szedłem tym tropem. MSW – jeszcze Czechosłowacji – odpisało, że w 1981 r. „czechosłowacki kontrwywiad poświęcał uwagę sytuacji w Polsce w ramach akcji „Sever”, skierowanej przeciwko „Solidarności”. Niestety, wszystkie materiały zostały zniszczone.

Cóż, dalej na odpowiedzi czekają pytania: dlaczego to właśnie na Śląsku doszło do największego buntu przeciwko stanowi wojennemu, dlaczego to właśnie górnicy z „Wujka” zapłacili najwyższą w kraju cenę? Przypadek, zbieg okoliczności, chichot historii, a może jeszcze coś innego... A może wszystko razem, po trochu…

A gdyby nie było „Wujka”?

– Zapamiętałem takie zdanie pana Kazimierza Kutza – mówi prof. Jerzy Buzek, działacz podziemnej Solidarności – że Śląsk musiał się jakoś wkupić w Polskę, i wkupił się krwią górników.

Potrzebne było aż tak wysokie „wkupne”?

Ale przecież podobne pytania niemal zawsze stawia się przy ocenach zrywów niepodległościowych. Niemal zawsze stawiają je potomni, wolni już od gorących emocji. Rozsądni i realistyczni. – Jeśli tę tragedię umiejscowimy w całej sekwencji polskich zrywów wolnościowych, a na to zasługuje, to przy stosunkowo małej ofierze krwi osiągnęliśmy tak wiele.

„Wujek” stał się najważniejszym symbolem podziemnej Solidarności – na każdym spotkaniu, w każdym zakątku kraju przywoływana była pamięć tej śląskiej tragedii i podkreślano jej znaczenie. Wszystkie następne dramatyczne wydarzenia były – zdaniem Buzka – jej pokłosiem. Demonstracja górników miedzi w Lubinie, na początku 1982 r., w której padły śmiertelne strzały – wprost nawiązywała do „Wujka”. Ksiądz Jerzy Popiełuszko w każdym prawie kazaniu przywoływał losy górników…

Więc gdyby nie było „Wujka”…

– Nie mam wątpliwości, że bez „Wujka” mielibyśmy mniejsze szanse na przetrwanie. Był taki moment w podziemiu, w drugiej połowie lat 80., moment zupełnego zniechęcenia i zmęczenia – wspomina Buzek. To kwiatom, zniczom i symbolom Solidarności, pojawiającym się dzień w dzień pod krzyżem w kopalni „Wujek”, zawdzięczać należy, że to wszystko się nie rozsypało.

Wydarzenia miały miejsce na Śląsku, ale strzelano do całej Polski, o czym zaświadczają rozsiane groby. – Pewnie Solidarność w późniejszych latach by się odbudowała, ale proces odzyskiwania niepodległości byłby dłuższy. Taką noszę w sobie prawdę o „Wujku” – dodaje Buzek.

I może tylko szkoda, że ta prawda nie jest jedną z tych, które nas potrafią łączyć, także dziś, co potwierdza gorzko rozochocona groźnie ulica.

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kultura

Niezwykły film o Tonym Haliku

Nowy film przypomina postać Tony’ego Halika – polskiego podróżnika, honorowego „białego Indianina”, nieustraszonego reportera, który realizm magiczny uprawiał w życiu i pracy.

Aneta Kyzioł
18.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną