Historia

Niemcy w Krakowie

Jak wyglądało życie w okupowanym przez Niemców Krakowie?

Aktorka niemiecka Barbara Meisner (w środku) na miejskim bazarze. Aktorka niemiecka Barbara Meisner (w środku) na miejskim bazarze. Ullstein Bild
Jak wyglądała codzienność w stolicy okupacyjnego Generalnego Gubernatorstwa.
Pamiątkowa fotografia przed Wawelem.MHK Pamiątkowa fotografia przed Wawelem.
Pałac Prasy przy ul. Wielopole. Tu wydawano tzw. gadzinówki.Galerie Bilderwelt Pałac Prasy przy ul. Wielopole. Tu wydawano tzw. gadzinówki.
Spacer krakowskimi uliczkami.MHK Spacer krakowskimi uliczkami.
Krakowski Barbakan na znaczku pocztowym.Alamy Krakowski Barbakan na znaczku pocztowym.
Gubernator Hans Frank podczas wigilijnego spotkania dla niemieckich obywateli, Kraków, 27 grudnia 1939 r.Getty Images Gubernator Hans Frank podczas wigilijnego spotkania dla niemieckich obywateli, Kraków, 27 grudnia 1939 r.

Przed drugą wojną światową w 400-tysięcznym Krakowie mieszkało nie więcej niż tysiąc osób deklarujących narodowość niemiecką. W 1944 r. było ich pod Wawelem już ponad 50 tys., z czego znaczącą część stanowili żołnierze wracający z frontu. Innymi słowy: statystycznie bywało, że podczas okupacji co piąty przechodzień mijany na Grodzkiej czy Floriańskiej był Niemcem. Dla porównania – w półtoramilionowej Warszawie proporcje te wynosiły jeden do dwudziestu.

Mimo to, o czym słychać stanowczo zbyt rzadko, pozostawał Kraków drugim co do znaczenia centrum polskiego oporu: politycznego, intelektualnego i militarnego. Warto o tym pamiętać, wypominając krakowianom – a zdarza się to nie tylko w rozmowach towarzyskich – że odczuwali perwersyjną satysfakcję, iż ich miasto podczas okupacji znów stało się, co prawda niechcianą, obcą, ale jednak stolicą.

W imperialnych planach III Rzeszy Kraków odgrywał szczególną rolę. Jako stolica Generalnego Gubernatorstwa miał się stać czystą rasowo metropolią niemieckiego Wschodu. Po eksterminacji krakowian-Żydów (przed wojną społeczność ta przekraczała 60 tys.) na prawym brzegu Wisły, gdzie w latach 1941–43 istniało getto, zamierzano osiedlić krakowian-Polaków. Stanowiliby tanią siłę roboczą w przejętych przez Niemców przedsiębiorstwach.

Lewy brzeg – z Wawelem, Rynkiem, który nosił teraz nazwę Adolf Hitler Platz, z monumentalnymi Alejami zamienionymi w Aussenring i Błoniami – miał się stać przestrzenią czysto niemiecką. Zresztą nazistowska propaganda nie mówiła o przejmowaniu Krakowa, ale o jego odzyskiwaniu. Miasto zbudowane na planie magdeburskim, z silnym w średniowieczu żywiołem niemieckiego mieszczaństwa, z Kopernikiem, który tu studiował, i Witem Stwoszem, który pozostawił tu po sobie dzieła znacznie istotniejsze niż w Norymberdze, z nadal żywotnym sentymentem habsburskim – wszystko to dawało pożywkę nazistowskim propagandystom.

Powtarzano więc, że Kraków to uralte deutsche Stadt, prastare miasto niemieckie. Hasło to ściągało nad Wisłę różnej maści osadników: kupców i przedsiębiorców, którzy jak Oskar Schindler wietrzyli tu eldorado, urzędników, którzy znajdywali spokojną pracę daleko na zapleczu frontu, młode kobiety, które niekoniecznie chcąc rodzić arcyaryjskie dzieci, próbowały wybić się na samodzielność, wreszcie żołnierzy Wehrmachtu, Luftwaffe i Waffen SS (były tu nie tylko garnizony, ale także szpitale i ośrodki wypoczynkowe, w których spędzali urlopy). Wraz z nimi zjeżdżały żony, dzieci, kochanki, rodzice, pracownicy. Powstała duża społeczność, zalążek nowej, czysto niemieckiej metropolii.

Kawa na Adolf Hitler Platz

W jaki sposób okupanci, zwyczajni Niemcy, organizowali sobie w Krakowie życie? Co ich zaskakiwało, denerwowało albo cieszyło? Czy czuli się tu u siebie? Czy rzeczywiście nie mieli kontaktu z Polakami i Żydami? Czy mogli nie dostrzegać skali terroru, który ogarnął okupowaną Polskę (mieszkali przecież kilkadziesiąt kilometrów od Auschwitz!)? Co po nich pozostało w przestrzeni dzisiejszego Krakowa?

Kwestie te poruszyły Monika Bednarek i Katarzyna Zimmerer, autorki wystawy „Okupanci. Niemcy w Krakowie”, otwartej niedawno (i czynnej do 29 października) w często odwiedzanej przez turystów Fabryce Schindlera. Ta niewielka prezentacja, ścieśniona w stanowczo zbyt małej sali wystaw czasowych, ma charakter pionierski. Nie tylko ze względu na nieprzebadany jeszcze dokładnie temat. Także, a może przede wszystkim, z uwagi na nieznane dotąd szerokiej publiczności materiały fotograficzne, które ostatnimi laty spłynęły do Muzeum Historycznego miasta Krakowa od prywatnych darczyńców (głównie z Niemiec) – co niewątpliwie dowodzi międzynarodowego sukcesu muzeum okupowanego Krakowa, które w 2010 r. otwarto w Fabryce Schindlera.

I właśnie fotografie stanowią najmocniejszy atut tej prezentacji. Pozwalają zobaczyć, jak wyglądało miasto w oczach okupanta (żołnierze zabierali ze sobą na front coraz bardziej popularne w tamtym czasie aparaty małoobrazkowe, koloniści wysyłali do rodzin całe albumy, działała też machina propagandowa). To przejmujące, niepokojące, w pewnym sensie schizofreniczne doświadczenie. Oto np. roześmiana, wyraźnie flirtująca ze sobą para: ona w twarzowym kapelusiku i żakiecie, na którym można zauważyć emblematy Niemieckiego Czerwonego Krzyża, on w świetnie skrojonym wyjściowym mundurze żołnierza Wehrmachtu. Właśnie wyszli z Szewskiej, idą przez pełen ludzi Rynek – może przed chwilą byli w kinoteatrze Scala (dzisiejszy Teatr Bagatela) dostępnym nur für Deutsche, może idą do którejś z niedostępnych dla Polaków kawiarni, np. do Feniksa albo do Literatisches Kafehaus (dziś mieści się w tym miejscu klub dziennikarzy Pod Gruszką).

Zastanawia jednak inna para, widoczna na drugim planie, odwrócona plecami do patrzącego: mężczyzna i wsparta na jego ramieniu kobieta uważnie czytają sporych rozmiarów ogłoszenie. Takich ogłoszeń zachowało się sporo: zapowiadały kolejne ograniczenia dla miejscowej ludności, straszyły, podawały nazwiska osób zabitych w zbiorowych egzekucjach, stanowiących ważny element terroru.

Różnych idyllicznych scen jest na wystawie całkiem sporo. Na zdjęciu z albumu Otto Klugego, żołnierza, który spędził w Krakowie lato 1942 r., widzimy grupę podstarzałych żołnierzy z lekko „piwnymi” brzuchami, którzy konno przeprawiają się przez Wisłę z Tyńca do Piekar. Piknikowa atmosfera, świetna pogoda, skalisty krajobraz, czysta woda... Jak to na urlopie. Z kolei urzędniczki Niemieckiej Poczty Wschód sfotografowały się u stóp kamiennych figur robotników stojących przed wejściem do głównego gmachu Akademii Górniczo-Hutniczej, w którym od 1940 r. rezydowały władze Generalnego Gubernatorstwa. Roześmiane, dziewczęce, wyraźnie szczęśliwe... Wyzwolone wreszcie od rodzinno-narodowych obowiązków niemieckiej matki.

Wszystkie te zdjęcia – prywatne, sentymentalne, robione szybko, na pamiątkę – mogłyby się znaleźć w specjalnym numerze „Illustrierte Leipziger Zeitung” z października 1941 r., gdzie Kraków „prezentowany jest jako miejsce, w którym Niemcy mogą się już czuć niemal jak w domu, znajdując tutaj zarówno możliwość pracy i kariery, odpowiednie mieszkanie, jak i atrakcyjne miejsca do spędzania wolnego czasu” (to cytat z doskonałej publikacji towarzyszącej wystawie). Fotografie dowodzą jednocześnie ogromu skali kolonialnego projektu III Rzeszy dla Krakowa oraz stopnia jego zaawansowania.

Parada swastyk

Edward Kubalski, przedwojenny prawnik i urzędnik samorządowy, w międzywojniu zaangażowany w działalność Sokoła, a podczas okupacji w sprawy Rady Głównej Opiekuńczej, stał się kronikarzem niemieckiej okupacji Krakowa. Notował na bieżąco: „Namnożyło się teraz co niemiara rozmaitych niem. »Heimów«. Obok kasyna oficerskiego, pocztowców, kolejowców, policji wyszykowano teraz »Haus Krakau« w dawnym domu Secesji na rogu św. Anny i Wiślnej w niemieckim guście dla społeczności niemieckiej. Wielki sztych Krakowa (rysunek ścienny) z XIV wieku z różnymi niem. dodatkami i emblematami zdobi dużą salę na parterze. Z kawiarni na rogu Karmelickiej i Dunajewskiego vis à vis Bizanza uczyniono »Soldatenheim«, aby tylko najgęściej wyciskać wszędzie niemieckie piętno”.

Po przeczytaniu tych słów przypomina się bardzo dawna lektura (stanowczo powinna zostać wznowiona!) – okupacyjne wspomnienia prof. Stanisława Hartmana (ojca prof. Jana Hartmana), wybitnego matematyka, który w powojennym Wrocławiu kontynuował tradycję słynnej szkoły lwowskiej, a w okresie PRL aktywnie współpracował z opozycją. Ukrywając się, spędził wojnę we Lwowie, Warszawie i Krakowie. Opisał wszystkie te trzy miasta.

W jego oczach Lwów starał się zachować fason niezależnie od okoliczności, w Warszawie zaś młodzi mężczyźni zakładali oficerki i krótkie płócienne kurtki, by dać znać, że miasto walczy. Kraków, zdaniem profesora, cechowała zupełnie inna atmosfera: zapamiętał ludzi w kawiarniach, którzy pochylali się nad świeżym egzemplarzem „Krakauer Zeitung”, gadzinówki wydawanej w GG od 12 listopada 1939 r. do 17 stycznia 1945 r. (w 1942 r. nakład przekroczył 140 tys. egz.). Z tonu, jakiego używa Stanisław Hartman, przebija pewien niesmak, ale świadectwo Kubalskiego, który dokumentował proces zawłaszczania miasta przez żywioł niemiecki, nadaje temu obrazowi zupełnie nowe znaczenie.

Wszystko to dokonywało się w bogatej scenografii. Szokują zdjęcia przedstawiające Rynek udekorowany gigantycznymi hitlerowskimi flagami, wypełniony niemieckimi notablami w mundurach bądź ubraniach cywilnych. Uroczystości z okazji urodzin führera czy kolejnych rocznic rozpoczęcia wojny miały monumentalny, teatralny charakter.

Rezydujący na Wawelu Hans Frank, szefujący Generalnemu Gubernatorstwu, doskonale odnajdywał się w takich sytuacjach. Zresztą mógł wtedy celebrować własną pozycję. A ego miał wielkie (przy marnych kompetencjach prawniczych i skłonnościach do oszustwa tylko przynależność do NSDAP uchroniła go przed wykluczeniem z palestry). Zauważali to zresztą towarzysze partyjni. Goebbels pisał w swoim dzienniku: „Frank nie tyle czuje się przedstawicielem Rzeszy, ile raczej królem Polski. Ale w ten sposób zbyt daleko nie zajedzie. Frank nie rządzi, on panuje. Tak to chyba trzeba ująć. »Król Stanisław«, jak mówią o Franku starzy towarzysze partyjni, wydaje się sobie polskim władcą i dziwi się, że straż nie prezentuje broni, gdy wchodzi do niemieckiego budynku urzędowego. Trzeba będzie coś z tym zrobić”.

Polacy nie mogli mieć wobec Franka żadnych złudzeń. W wywiadzie dla „Völkischer Beobachter” z 12 lutego 1940 r. pozwolił sobie na żart w swoim stylu: „Gdybym chciał wywiesić jeden plakat zawiadamiający o każdych siedmiu rozstrzelanych Polakach, to lasów całej Polski nie wystarczyłoby na ich wydrukowanie”. Tego samego dnia w Lublinie rozstrzelano 180 osób.

Krakowska wystawa sporo miejsca poświęca władzom GG. Nie tylko Frankowi i jego uwielbiającej focze futra żonie Brigitte, która raz po raz wpędzała męża w kłopoty finansowe, ale także funkcjonariuszom, których nazwiska nie są tak powszechnie znane. Co ciekawe, dominowali wśród nich Austriacy. Jak czytamy w katalogu, „był wśród nich Rudolf Pavlu (1902–49), który został mianowany szefem Wydziału Pracy w urzędzie szefa dystryktu, a potem Stadthauptmanem Krakowa. Z kolei szefem powiatu krakowskiego (Kreishauptmann Krakau-Land) w październiku 1939 r. został inny prawnik, pracownik austriackiego ministerstwa spraw wewnętrznych, członek NSDAP i uczestnik puczu w 1934 r. Egon Hőller (1907–91)”.

Rabunek i korupcja

W tym momencie pojawia się jedna z podstawowych kwestii dotyczących okupowanego Krakowa – gigantyczna grabież. Dokonywana w imieniu państwa niemieckiego, ale także na własny, prywatny rachunek, często wbrew interesom III Rzeszy. Historia grabieży ołtarza mariackiego czy kolekcji Czartoryskich jest powszechnie znana, choć może nie każdy wie, że oficjalnie odpowiadał za nie kolejny Austriak Kajetan Mühlmann, absolwent historii sztuki w Wiedniu i... współorganizator słynnego festiwalu muzycznego w Salzburgu. Swoje za uszami miał również inny historyk sztuki Dagobert Frey z Wrocławia, który już od 1937 r. jako szpieg kulturalny jeździł po Polsce i (za zgodą Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego!) spisywał wszystkie ruchome zabytki; jego lista bardzo przydała się później Mühlmannowi.

Zastanawia przy tym skala korupcji: kradli dosłownie wszyscy, od najwyższych urzędników po prostych żołnierzy. Na tym tle ciekawa wydaje się opowieść Richarda Lauxmanna, syna dyrektora Niemieckiej Poczty Wschód w GG, który wspominał scysje między ojcem a matką, do których dochodziło regularnie podczas ich pobytu w Krakowie: „Matka (...) dowiedziała się, skąd szlachetne damy biorą swoje kosztowności. Ktoś gdzieś wyprzedawał w tych kręgach za niewielką cenę dawny majątek żydowski. Zaklinała ojca, by zdobył także coś dla niej. (...) Ojciec się wściekł. »Zwariowałaś! W naszym domu nie ma miejsca na żydowską biżuterię!« (...) Nie rozumiała jego postawy także po wojnie”.

Czy Niemcy osiedlający się w Krakowie podczas okupacji rzeczywiście nie mieli żadnego kontaktu z Polakami i Żydami? Teoretycznie było to zabronione i zagrożone gigantycznymi karami – z karą śmierci włącznie. U progu okupacji sporą sensacją w środowisku niemieckim był romans między pewną Niemką a dość zamożnym Żydem. Jej rodaczki były zachwycone wyrokiem śmierci, gdyż przejęły po skazanej kilka srebrnych lisów, drogą bieliznę, perskie futro...

Początkowo niemieccy katolicy spotykali się z Polakami w kościele. Autorki wystawy przywołują wspomnienia pediatry Josefa Srődera, niesprawiedliwie zapomnianego dziś dobrego Niemca, zebrane w książce „Oskarżony o przyjaźń z Polakami”. Niemiecki lekarz, który zasłużył na całkowite zaufanie polskiego personelu szpitala, w którym pracował, pisał: „Dopiero w 1943 r. rząd Generalnego Gubernatorstwa udostępnił niemieckim katolikom kościół świętych Piotra i Pawła. Do tego czasu, jeśli ktoś chciał uczestniczyć w niedzielnym nabożeństwie, musiał chodzić do kościoła polskiego. A nie było to wcale bezpieczne. (...) Mimo zakazu, narażając się na niebezpieczeństwo, braliśmy nieraz (...) z całą rodziną udział we wspaniałych, niezapomnianych nabożeństwach w kościele Mariackim”.

Niezwykle ciekawą konfrontacją okazują się na tej wystawie wspomnienia Niemców, którzy przebywali w okupowanym Krakowie jako dzieci, zaangażowane oczywiście w Hitlerjugend. Dwóch wiekowych dziś mężczyzn opowiada niemal wyłącznie o muzyce, z tym bowiem kojarzy im się przede wszystkim Kraków ich dzieciństwa. (Faktem jest, że Filharmonia Generalnego Gubernatorstwa stała na bardzo wysokim poziomie; plotkowano zresztą, że jej pierwszy dyrygent Hans Rohr został otruty za zbyt życzliwy stosunek do Polaków).

Najdłużej pozostaje jednak w pamięci fotografia na pozór mało interesująca, statyczna, wydawać by się mogło, przypadkowa. Oto pewien Niemiec, zapewne przyzwoity, niezadający pytań urzędnik, zajmując mieszkanie zasłużonej w Krakowie rodziny Rostworowskich, przed eksmisją postanowił uwiecznić na fotografii siebie i swoją rodzinę wraz z eksmitowaną właścicielką. Chciał zachować się porządnie. Jak czuła się w tym momencie Róża Rostworowska? Jak udało jej się właściwie zachować w tej sytuacji? Dlaczego to ona właśnie na tej fotografii tak bardzo skupia na sobie wzrok?

Między ścianami

Wreszcie finał wystawy. Stajemy między dwiema ścianami. Na pierwszej widzimy wirtualny plan Krakowa z naniesionymi nań niemieckimi nazwami ulic, placów i zaułków. Naprzeciw znajdują się fotografie dokumentujące krakowskie miejsca pamięci. Nader skromne w porównaniu z nazistowskimi projektami dla Krakowa. Oto mały pomniczek z Kobierzyna, wzniesiony staraniem Polsko-Izraelskiego Towarzystwa Zdrowia Psychicznego. Ten krakowski szpital psychiatryczny przetrwał w czasie wojny trzy tragedie: najpierw chorych głodzono, potem wywieziono pacjentów pochodzenia żydowskiego, wreszcie 23 czerwca 1942 r. doszło do masowej zbrodni na pozostałych.

Obok skromny obelisk przy ul. Wodnej niedaleko dworca w Płaszowie. Powieszono tam siedmiu Polaków w odwecie za atak na pociąg wojskowy przejeżdżający przez tę krakowską stację kolejową. Wreszcie pomnik, a raczej pomniczek poświęcony 79 ofiarom masakry robotniczego Dąbia, której dokonano na trzy dni przed wkroczeniem do Krakowa armii sowieckiej.

To Kraków, o którym nie słyszała zapewne większość kolonistów z Rzeszy w czasach, gdy miał się on stawać stolicą Niemieckiego Wschodu.

Polityka 28.2017 (3118) z dnia 11.07.2017; Historia; s. 50
Oryginalny tytuł tekstu: "Niemcy w Krakowie"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Związki romantyczne: zachowania, które wydają się normalne, a są toksyczne

Zdarza się, że mylimy zachowania, które są do zaakceptowania, z takimi, które stopniowo nasze związki wyniszczają.

Polityka.pl
13.05.2017
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną