Oferta na pierwszy rok:

4 zł/tydzień

SUBSKRYBUJ
Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 24,99 zł!

Subskrybuj
Historia

Niezłomni i złamani

Polscy dominikanie a bezpieka

Wejście do klasztoru dominikanów w Krakowie Wejście do klasztoru dominikanów w Krakowie M. Lasyk / Reporter
Jak dominikanie w PRL zmagali się ze Służbą Bezpieczeństwa.
materiały prasowe

Dominikanin ojciec Józef Puciłowski na zlecenie władzy zakonnej zlustrował współbraci pod kątem ich zachowania wobec SB. Jest historykiem z wykształcenia, współpracował z antykomunistyczną opozycją. Działał w ramach specjalnej dominikańskiej komisji badającej teczki zakonników zachowane w zbiorach Instytutu Pamięci Narodowej. Właśnie wyszła jego książka na ten temat. Niewiele zakonów ma na koncie tak rzetelne rozliczenie się z tą ponurą kartą we własnej historii.

Dominikanie byli pod szczególną obserwacją peerelowskiej policji politycznej. Mieli w swych szeregach wiele wybitnych postaci, mających wpływ intelektualny, duchowy i moralny nie tylko na zakonną młodzież, lecz także na studentów i uczniów szkół świeckich. Udzielali się w duszpasterstwach akademickich, tworzonych przez zakon w miastach uniwersyteckich. Niejedna z tych osób zasili szeregi opozycji demokratycznej, a po przełomie 1989 r. odegra znaczącą rolę w nowym demokratycznym życiu publicznym.

Służba Bezpieczeństwa była tego świadoma. Już w początku lat 60. zbierała informacje o „działalności klerykalnej” wśród młodzieży studenckiej Krakowa (m.in. ks. Józefa Tischnera). Krakowskie duszpasterstwo SB dezorganizowała donosami tajnych współpracowników (TW) do władz zakonnych i podrzucaniem materiałów pornograficznych.

Jednocześnie SB próbowała wykorzystać zakon, uważany za inteligencki i nastawiony na inteligencję, do ówczesnej rozgrywki władzy ludowej z prymasem Stefanem Wyszyńskim. Na przykład zgodę władz państwowych na wydawanie nowego dominikańskiego czasopisma „W Drodze” (od 1973 r.) warunkowano tym, by redakcja inicjowała dyskusję na tematy soborowe, wchodząc w polemikę z prymasem tak, aby wypadał on jako niechętny wszelkim zmianom w Kościele. Dominikanin TW Radosław dostał od SB zadanie utrącania tematyki duszpasterstw akademickich w nowym czasopiśmie. Gdy później z funkcjonariuszami SB spotyka się ówczesny sekretarz redakcji o. Konrad Hejmo, zapewnia oficerów, że według jego wiedzy Wyszyński nie zablokuje wydawania czasopisma.

Ojciec Hejmo i ojciec Albert (Mieczysław) Krąpiec, długoletni rektor Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, to jedyni ujawnieni w książce z nazwiska członkowie Zakonu Kaznodziejskiego (czyli dominikanów) współpracujący z SB. Reszta (18) sportretowanych przez o. Puciłowskiego występuje pod swymi operacyjnymi kryptonimami. Autor nazywa ich złamanymi.

Tacy duchowni zdarzali się też w innych zakonach i w każdej kościelnej diecezji. Jednak tylko dominikanów współpracujących z SB spotkało wątpliwe wyróżnienie, jakim było zaproszenie ich do udziału w pracach specjalnej grupy działającej na polecenie Zenona Kliszki, prawej ręki Władysława Gomułki, na odcinku walki z „klerykalizacją”. Grupa przygotowała teologiczną krytykę poglądów prymasa Wyszyńskiego na kult maryjny. Miała przedstawić go jako balansującego na krawędzi herezji i w ten sposób zdyskredytować w oczach obradującego w Rzymie historycznego II Soboru Watykańskiego (1963–65).

24 złamanych

Donosicielską prozę życia zakonnych tajnych współpracowników ilustruje przypadek TW Dominika. Zwerbowano go już w stanie wojennym, w listopadzie 1982 r. Zgodził się na współpracę kierowany „współodpowiedzialnością obywatelską”. W latach 1982–89 odbył aż 44 rozmowy z oficerami SB. Jeden z nich raportował, że nawet nie zamierza odbierać od Dominika zobowiązania o współpracy, bo TW podczas rozmowy „był absolutnie lojalny wobec reżimu, ostro krytykował KOR za wpływ na Lecha Wałęsę”. Dominik informował SB o nastrojach i poglądach w zakonie. Otrzymał paszport na Zachód (co nie było wtedy łatwe i częste) i donosił także o sytuacji w Watykanie. Lojalność nie przeszkadzała mu pobrać wynagrodzeń w sumie na 50 723 ówczesnych złotych.

TW Walak vel Sosnowski podczas spotkania z SB w 1963 r. został poinstruowany, jak obsługiwać aparat podsłuchowy. Wielokrotnie denuncjował nie tylko współbraci, ale i osoby świeckie, w tym pielęgniarkę żyjącą w związku z księdzem i krakowskiego dostojnika PZPR, którego żona poprosiła pewnego dominikanina o domową katechizację ich syna.

Dominikańska komisja lustracyjna orzekła (na podstawie niepełnych materiałów archiwalnych) fakt współpracy z SB w 24 przypadkach. Szczególnie szkodliwa była działalność TW Józefa, ojca Mieczysława Krąpca, który rozmawiał z funkcjonariuszami SB najwyższego szczebla, takimi jak gen. Konrad Straszewski, dostarczając im cennej wiedzy o sytuacji w zakonie i w Kościele w Polsce oraz na świecie.

Spośród wspomnianych 24 dominikanów (obecnie zakon skupia ok. 500 osób) 11 było uwikłanych w związki hetero- lub homoseksualne, sześciu opuściło z tego powodu zakon przed końcem PRL. Dlaczego szli na współpracę? Zwykle ze strachu przed ujawnieniem uwikłań obyczajowych, a niekiedy z pobudek ideowych (jak wspomniany TW Dominik) lub z przeświadczenia, że służą celom wyższym (jak TW Józef, rektor KUL). Do tego dochodziły motywy finansowe i psychologiczno-ambicjonalne: potrzeba zaistnienia w zakonie dzięki studiom na Zachodzie, a do tego konieczny był paszport wydawany przez milicję. Czasem werbunek ułatwiały błędy wychowawcze – o. Puciłowski nazywa je duchem poniżania – ze strony władz zakonnych, które mogły wpychać podwładnych w objęcia „postępowców” z SB.

Jednak w ocenie autora dominikanie z próby lat 1945–89 wyszli obronną ręką. Zdecydowana większość oparła się ideologii i infiltracji, a niektórzy – autor przedstawia portrety 20 takich zakonników – zasłużyli na miano niezłomnych.

***

Józef Puciłowski OP, Portrety imienne i bezimienne. Polscy dominikanie a bezpieka 1949–1989, Wydawnictwo Esprit, Kraków 2017

Polityka 38.2017 (3128) z dnia 19.09.2017; Historia; s. 55
Oryginalny tytuł tekstu: "Niezłomni i złamani"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

null
Kraj

Czy oddawać Ukrainie polskie patrioty? NATO naciska, presja rośnie, Warszawa odmawia

Międzynarodowa presja na Polskę nie maleje – zapewne będzie rosła do szczytu w Waszyngtonie, któremu potrzeba „sukcesu". W którymś momencie Warszawa może być nawet napiętnowana za opór, zwłaszcza jeśli na podarowanie Ukrainie świeżo kupionych patriotów zdecydują się Rumunia lub Szwecja.

Marek Świerczyński, Polityka Insight
14.05.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną