Historia

Z teką ministra do spożywczaka

Eugeniusz Kwiatkowski – dwukrotny budowniczy Gdyni

Eugeniusz Kwiatkowski (z kapeluszem w ręku), pełnomocnik rządu do spraw Wybrzeża, na statku szkoleniowym polskiej marynarki handlowej „Dar Pomorza” przed jego pierwszym powojennym rejsem do Marsylii, 20 lipca 1946 r. Eugeniusz Kwiatkowski (z kapeluszem w ręku), pełnomocnik rządu do spraw Wybrzeża, na statku szkoleniowym polskiej marynarki handlowej „Dar Pomorza” przed jego pierwszym powojennym rejsem do Marsylii, 20 lipca 1946 r. Mikołaj Sprudin / PAP
Eugeniusz Kwiatkowski dwukrotnie budował Gdynię – po I i po II wojnie światowej. Tworzył ambitne plany Wybrzeża bez względu na warunki polityczne.
Eugeniusz Kwiatkowski, 1972 r.Stanisław Piotrowski/PAP Eugeniusz Kwiatkowski, 1972 r.

Hasło frontem do morza ma już ustalony swój walor (…) słyszymy gwar tysięcznej rzeszy robotników portowych i marynarzy, dźwięk syren, łopotanie bander i górujący nad wszystkim, regularny szum fal morskich”. Autorem tych słów, napisanych w lipcu 1946 r., był nie propagandysta, a profesor chemii rodem z Krakowa, gospodarczy wizjoner II RP, przed wojną wicepremier do spraw gospodarczych i minister skarbu Eugeniusz Kwiatkowski.

Nazwisko Kwiatkowskiego najmocniej powiązane jest z budową portu i miasta Gdyni, polskiego „okna na świat”, największej inwestycji przedwojennej Polski. Projekt ten, na początku napotykający liczne trudności, udało się zrealizować dzięki jego wysiłkom. Gdynia nie była jedynym dziełem ministra. W ramach programu modernizacji kraju patronował on także budowie Centralnego Okręgu Przemysłowego, w którego ramach powstała m.in. Huta Stalowa Wola.

Myliłby się jednak ten, kto by sądził, iż Kwiatkowski był typem technokraty skupionego na cyfrach i wykresach, nieokazującego uczuć. Nie był także, w odróżnieniu od wielu wizjonerów, nieznośnym dla podwładnych cholerykiem, z którym współpraca jest na dłuższą metę destrukcyjna. Swoich racji nie udowadniał krzykiem i apodyktycznym tonem, ale rozsądną argumentacją. Kilka lat temu Muzeum Miasta Gdyni zamówiło ekspertyzę grafologiczną listów ministra. Z jej wyników wyłania się obraz człowieka ambitnego i bardzo pracowitego, a zarazem nieśmiałego, wrażliwego i nieco wycofanego, któremu daleko do stereotypu bezwzględnego menedżera znanego ze współczesnych korporacji. Kwiatkowski miał z pewnością dar skupiania wokół siebie ludzi młodych. Jak wspominał po latach Jan Nowak-Jeziorański, wicepremier zdobywał ich sympatię „żywotnością umysłu i cudownym darem wysłowienia”.

Podobnie jak wielu innych przedstawicieli elit II RP, Kwiatkowski został we wrześniu 1939 r. internowany w Rumunii. W kraju tym spędził długie sześć lat w kilku miejscach odosobnienia. Borykał się tam z żałobą po synu Janie, który poległ we wrześniu omyłkowo zastrzelony przez polskich żołnierzy, a także z pogarszającym się stanem zdrowia. Mimo to bacznie obserwował rozwój sytuacji na frontach i dyplomatyczne ustalenia przywódców mocarstw na temat powojennego porządku świata.

W czerwcu 1945 r. w mieście Krajowa Kwiatkowskiemu złożył wizytę Jerzy Borejsza, szef potężnej spółdzielni wydawniczej Czytelnik, uznawany za intelektualistę w szeregach nowej władzy. Złożył w imieniu Bolesława Bieruta propozycję kierowania odbudową portów na Wybrzeżu. Co ciekawe, nie wymagał przy tym od Kwiatkowskiego żadnych deklaracji politycznych. Po krótkich wahaniach Kwiatkowski zgodził się przyjąć ofertę nowych władz i w lipcu 1945 r. przybył do Warszawy. Podróży tej bardzo obawiała się jego żona Leokadia. Lot odbywał się bowiem okrężną drogą z międzylądowaniem w ZSRR, co budziło podejrzenia, iż Kwiatkowski niczym miesiąc wcześniej 16 przywódców Polskiego Państwa Podziemnego może zostać uprowadzony i oskarżony w sfingowanym procesie. Według rodzinnych przekazów przed samym wyjazdem byłego ministra z sufitu urwał się żyrandol, co przesądna pani Kwiatkowska uznała za złą wróżbę.

Były minister wracał do kraju zrujnowanego wojną, plądrowanego przez Armię Czerwoną i wszelkiej maści szabrowników. W lasach walkę prowadzili żołnierze podziemia antykomunistycznego. Rodziło się opozycyjne wobec władzy Polskie Stronnictwo Ludowe. Wydawało się, iż mimo supremacji komunistów w dalszym ciągu istniała nisza dla obywatelskiej działalności, gospodarczej „pracy u podstaw”.

Decyzja Kwiatkowskiego o powrocie nie budziła powszechnego zrozumienia. Część dawnych sanacyjnych polityków, zwłaszcza wojskowych przebywających w Londynie, okrzyknęła go „dezerterem z obozu niepodległościowego”. Motywację wicepremiera rozumiał kompozytor i literat Stefan Kisielewski. Według niego Kwiatkowski pokazał swoją decyzją, iż „można połączyć patriotyzm z umiarkowaniem i cierpliwością, pragnienie czynu z rozsądkiem, miłość Ojczyzny z zdolnością do trzeźwego myślenia”.

12 września 1945 r. do życia powołana została kierowana przez Kwiatkowskiego Delegatura Rządu dla Spraw Wybrzeża, podporządkowana bezpośrednio prezydium rządu w Warszawie. Objęła ona swoim zakresem działania całość polskiego Wybrzeża od Szczecina poprzez Trójmiasto aż po Elbląg. Delegatura miała koordynować i nadzorować odbudowę portów i miast nad Bałtykiem. Rola Kwiatkowskiego polegała nie tylko na administracyjnym nadzorze nad działalnością Delegatury. Podobnie jak przed II wojną rozpoczął on kreślenie ambitnych planów mających na celu rozbudowę floty handlowej i marynarki wojennej. Zasługą Kwiatkowskiego było opracowanie koncepcji rozwoju szkolnictwa wyższego w Trójmieście. To m.in. dzięki jego wysiłkom już jesienią 1945 r. w Gdyni powstała, przeniesiona następnie do Sopotu, Wyższa Szkoła Handlu Morskiego (WSHM). To ta uczelnia w 1970 r. współtworzyła Uniwersytet Gdański. Kwiatkowski prowadził na WSHM cieszące się ogromnym zainteresowaniem wykłady z historii gospodarczej. Jak wspominał Łucjan Hundsdorf, jeden ze studentów Kwiatkowskiego, na zajęcia należało przyjść ponad godzinę wcześniej, aby dostać się na przepełnioną salę wykładową.

Podniesienie z gruzów Gdańska, Szczecina i Gdyni było ogromnym wyzwaniem. Podobnie jak przed wojną Kwiatkowski i jego współpracownicy pracowali w iście amerykańskim tempie. O ile w 1945 r. porty w Gdańsku i Gdyni przeładowały zaledwie 917 tys. ton ładunków, o tyle w 1947 r. było to już niemal 10 mln ton. Ze zniszczeń podniesiono także port w Szczecinie. Kwiatkowski zaangażował w te prace wszystkie siły, niezliczoną liczbę razy przemierzając Wybrzeże, doglądając osobiście postępów prac i przygotowując kolejne sprawozdania i wnioski do władz centralnych o większe wsparcie.

Szef Delegatury mieszkał wówczas w położonej przy bałtyckiej plaży willi Claaszena w Sopocie, w której obecnie mieści się muzeum tego miasta. Mimo ogromu pracy znajdował czas dla bliskich, zwłaszcza ukochanych wnuków. Jak wspominała jego wnuczka Julita Maciejewicz-Ryś, dziadek Eugeniusz posiadł rzadką sztukę rozdzielania życia zawodowego i prywatnego. W Sopocie wieczorami na dobranoc opowiadał wnukom „tworzoną na poczekaniu bajkę w odcinkach, którą przerywał zwykle w najbardziej emocjonującym momencie i na dalszy ciąg trzeba było czekać do następnego dnia”.

Początkowa krucha równowaga panująca między Kwiatkowskim a władzami partyjnymi była jednak coraz trudniejsza do utrzymania. Kością niezgody stał się inspirowany przez niego projekt powołania do życia Związku Gospodarczego Miast Morskich. Miał on na celu przejęcie od państwa prowadzenia niektórych elementów polityki morskiej, m.in. przez stworzenie własnej floty przybrzeżnej i sieci magazynów. Taki rodzaj szerokiego samorządu miast Wybrzeża, przypominający średniowieczną Hanzę, miał być wyjątkiem w gospodarce scentralizowanej na wzór radziecki.

Zdecydowanym przeciwnikiem koncepcji Związku był Władysław Gomułka, ówczesny minister Ziem Odzyskanych, który torpedował wysiłki Kwiatkowskiego. Jesienią 1947 r. władze ostatecznie odrzuciły pomysł rejestracji ZGMM. Zmieniała się sytuacja polityczna. Podziemie antykomunistyczne zostało spacyfikowane, PSL rozbite szykanami. Władze w ramach „bitwy o handel” rozpoczęły przejmowanie przez państwo prywatnych firm i niezależnych spółdzielni. Kwiatkowski czuł, że ma coraz mniej miejsca na niezależną działalność. Zwiększały się również naciski władz na przyjmowanie do pracy w Delegaturze działaczy PPR bez względu na ich kompetencje.

W styczniu 1948 r. na biurko szefa Delegatury Rządu dla Spraw Wybrzeża trafiło rządowe pismo informujące o planowanej likwidacji tej instytucji z dniem 30 kwietnia. Ostatnie trzy miesiące Kwiatkowski poświęcił na zamykanie spraw Delegatury i pomoc współpracownikom w poszukiwaniu nowego zajęcia.

Początkowo władze zachowywały wobec niego pozory galanterii. W utrzymanych w poetyce partyjnej nowomowy podziękowaniach premier Cyrankiewicz pisał: „wyrażam Obywatelowi, jako Pionierowi odbudowy polskiego wybrzeża szczere podziękowanie”. Jednocześnie rozpoczynała się brutalna kampania propagandowa. Wszystkie dokonania i plany dawnego ministra kwitowano w prasie i na zebraniach partyjnych pogardliwym terminem „Kwiatkowszczyzna”. Oznaczał on rzekomą naiwność, faworyzowanie przedwojennych urzędników i nadmierną sympatię dla skandynawskich firm, które usiłował ściągnąć na Wybrzeże.

Kwiatkowski opuszczał stanowisko szefa Delegatury w wieku 60 lat, z ciągle dużymi zasobami sił i pomysłów. Niestety, walka z „Kwiatkowszczyzną” szybko przerodziła się w serię dotkliwych szykan. Kwiatkowski został zmuszony do opuszczenia Wybrzeża bez prawa powrotu. Zakaz zamieszkania objął także Warszawę i Poznań. Co gorsza, odebrano mu sopockie mieszkanie i zajęcia na uczelni.

Szczegóły tej decyzji pozostają niejasne, jednak represje takie nie były wówczas wyjątkiem. Znane są inne przypadki, m.in. rodzin Kliksów, przedwojennych przedsiębiorców, których wysiedlono po wojnie z Gdyni na mocy nakazu opuszczenia strefy przygranicznej. Po latach w podobny sposób z Wybrzeża deportowano przywódców robotniczych protestów z Grudnia ’70. Szykany, które spotkały Kwiatkowskiego, stanowiły zatem charakterystyczne połączenie decyzji administracyjnych z nieoficjalnymi naciskami. Wkrótce cenzura zablokowała także wydanie napisanego przez niego „Zarysu dziejów gospodarczych świata”.

W grudniu 1948 r. były wicepremier powrócił do rodzinnego Krakowa, lecz nie zakończyło to jego kłopotów. W 1950 r. odebrano mu niewielki majątek ziemski w podkrakowskich Owczarach. Po administracyjnej batalii były minister wywalczył skromną emeryturę pozwalającą na wegetację. Domowy budżet twórca Gdyni uzupełniał drobnymi pracami zleconymi dla przedsiębiorstwa Uzdrowiska Polskie. Najprawdopodobniej pozostawał pod obserwacją funkcjonariuszy UB.

W grudniu 1951 r. Kwiatkowski, honorowy obywatel Gdyni, po raz ostatni odwiedził to miasto. Wyrobił wówczas u władz bezpieczeństwa specjalną jednodniową przepustkę, aby móc udać się na pogrzeb matki Wincentyny.

Przed wszystkimi tymi szykanami nie uchroniło Kwiatkowskiego nawet to, że w latach 1947–52 był chronionym immunitetem posłem na Sejm. Pozostając osobą bezpartyjną, znalazł się w parlamencie z listy Polskiej Partii Socjalistycznej. W szeregach PPS tolerowano wówczas niektórych przedwojennych działaczy, zaś sama partia usiłowała zachować niezależność od komunistów i opowiadała się za stopniowymi reformami. Szybko okazało się, iż poseł Kwiatkowski nie miał żadnego wpływu na podejmowane decyzje, zaś sam Sejm pełnił wówczas rolę dekoracyjną. Gdy Kwiatkowski usiłował w czasie debat sejmowych zabierać głos, uniemożliwiano mu to, twierdząc, że lista zapisów jest już zamknięta. W swoich wspomnieniach Stefan Korboński opisywał trzech posłów, którzy skazani byli przez władzę na całkowitą marginalizację: pisarkę Zofię Nałkowską, socjalistę Zygmunta Żuławskiego i właśnie Kwiatkowskiego, którzy na sali sejmowej otoczeni wrogością komunistycznych posłów wyglądali niczym „mary niedawnej przeszłości, siedzące samotnie, milczące i zadumane”.

Rok 1956 i dojście do władzy ekipy Władysława Gomułki nie zmieniło wiele w położeniu Kwiatkowskiego. Mimo destalinizacji wielu dziedzin życia twórca Gdyni wciąż wegetował na skromnej emeryturze, prowadząc w Krakowie badania naukowe związane z chemią przemysłową. Poczucie humoru ratowało go przed zgorzknieniem. Do codziennych zakupów wykorzystywał swą sfatygowaną teczkę, żartując, że przynajmniej na coś przydaje się jego przedwojenna teka ministerialna. Dopiero pod koniec życia doczekał się częściowej rehabilitacji. Dużą rolę odegrała w tym kolejna zmiana na szczytach władzy. Miejsce Gomułki po masakrze na Wybrzeżu w Grudniu ’70 zajął Edward Gierek, który zainaugurował politykę większego otwarcia na Zachód i rozwoju różnych gałęzi przemysłu. Nieco przychylniejszym okiem spoglądano na dwudziestolecie międzywojenne.

W lipcu 1972 r. Eugeniusz Kwiatkowski został uhonorowany z okazji 50-lecia budowy portu gdyńskiego Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski z Gwiazdą. Pozornie mógł odczuć satysfakcję. Ale – celowo lub na skutek bałaganu – władze popełniły spory nietakt. Kwiatkowski jeszcze przed wojną został odznaczony tym samym orderem, jednak opatrzonym Wielką Wstęgą, co było najwyższym rodzajem tego odznaczenia. W 1972 r. zatem otrzymał odznaczenie hierarchicznie niższego szczebla.

Latem 1973 r. do mieszkania byłego wicepremiera przysłano paczkę zawierającą plany Portu Północnego w Gdańsku z prośbą o uwagi. Prawdopodobnie na polecenie samego Gierka. Niestety, Kwiatkowski nie mógł ze względu na stan zdrowia dokonać głębokiej analizy planów i ograniczył się do kurtuazyjnego listu do autorów projektu.

17 sierpnia 1974 r., dosłownie na łożu śmierci, Kwiatkowski otrzymał wiadomość o nadaniu mu przez Uniwersytet Gdański dyplomu doktora honoris causa. Była to zarazem ostatnia nagroda, jaką otrzymał za życia. Zmarł 22 sierpnia 1974 r. Trumnę owiniętą flagą Polski wystawiono na Wawelu, a mszę żałobną koncelebrował metropolita krakowski Karol Wojtyła.

Nawet wobec majestatu śmierci władze popełniły afront, wysyłając z Gdyni do Krakowa jedynie skromną delegację. Dopiero w latach 90. Kwiatkowski doczekał się w Gdyni pomnika i trasy swojego imienia, prowadzącej w stronę najmłodszego portu nad Bałtykiem.

***

Autor pracuje w Centrum Badań Historycznych PAN w Berlinie, wcześniej był zatrudniony w Muzeum Miasta Gdyni.

***

Korzystałem m.in. z: Marian Marek Drozdowski „Eugeniusz Kwiatkowski”; Henryk J. Jabłoński „Eugeniusz Felicjan Kwiatkowski” w „Rocznik Gdyński” 2003, nr 15; Eugeniusz Kwiatkowski „Pisma o Rzeczypospolitej Morskiej”, Szczecin 1985; Eugeniusz Kwiatkowski „Wczoraj, dziś i jutro Polski na morzu”, Warszawa 1946; Andrzej Paczkowski „Pół wieku dziejów Polski 1939–1989”; Andrzej Romanowski „Eugeniusz Kwiatkowski”; Jarosław Rusak „Honorowi obywatele miasta Gdyni okresu II Rzeczypospolitej”; Barbara Szczepuła „Teczka wujka Eugeniusza. Opowieść o rodzinie Kwiatkowskich i Dobrowolskich” w „Dziennik Bałtycki”, 27 lutego 2012; Janusz Zaręba „Eugeniusz Kwiatkowski, romantyczny pragmatyk”.

Polityka 10.2019 (3201) z dnia 05.03.2019; Historia; s. 55
Oryginalny tytuł tekstu: "Z teką ministra do spożywczaka"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kraj

Osamotnienie – dżuma współczesności?

Mamy w Polsce 5 mln jednoosobowych gospodarstw domowych. Na razie co czwarte gospodarstwo. W 2035 r. – co trzecie.

Ewa Wilk
08.02.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną