Historia

Grudzień 1970. Podwyżki, panika i smutni panowie

Waldemar Kuczyński Waldemar Kuczyński Krzysztof Żuczkowski / Forum
„Ludzie wszystko wykupują ze sklepów. Lecę do miasta, bo mogę nie dostać chleba”. Publikujemy fragmenty zapisków Waldemara Kuczyńskiego z Ursusa w grudniu 1970 r.

W piątek 11 grudnia zakładowy lekarz dał mi pięć dni zwolnienia z powodu przeziębienia. Chorować oczywiście wcale nie miałem ochoty, ale skoro już musiałem leżeć, cieszyłem się, że będę mógł poświęcić te dni na lekturę bieżących czasopism i książek, które od dłuższego czasu nie mogły „zejść z mojego warsztatu”, bo po prostu brak było czasu.

Grudzień 1970: Dzisiaj milicja użyła broni. Kto wydał rozkaz?

Wszystko wykupują ze sklepów

W pracy i w mieście tego dnia nie można było zaobserwować niczego nowego, niczego, co by świadczyło o wydarzeniach, jakie zajść miały w ciągu najbliższych dni. Nie było więc ani jakiegoś nasilenia w pogłoskach o podwyżce cen, ani szczególnie wzmożonego ruchu w sklepach, chociaż później słyszałem od kilku kobiet, że już w czwartek zaczęła się fala zakupów, która osiągnęła punkt kulminacyjny w sobotę od rana.

Oprócz pogłosek krążących po mieście od dłuższego czasu i coraz wyraźniejszych zapowiedzi przedstawicieli rządu o niezbędności zmian cen w najbliższym okresie sygnałem, że istnieje już i jest w trakcie realizacji harmonogram wprowadzenia regulacji, była niepublikowana decyzja o skróceniu spisu powszechnego i zakończeniu go ostatecznie 13 grudnia. Prasa podawała, że spis przebiega w sposób nieoczekiwanie sprawny i że wobec tego zakończy się szybciej. Dla zorientowanych było jasnym, że faktycznie jest inaczej, że prasa podaje wersję „dla mas”, że spis musi się zakończyć szybciej, aby zgodnie z od dawna stosowaną metodą nowe ceny weszły w życie w niedzielę.

Bezpośrednio przed podwyżką nie było w prasie nic, co by ją zapowiadało i jest to oczywiście zupełnie zrozumiałe. W sobotę ok. godz. 14 wróciła z pracy Halina i od progu zaczęła strzelać krótkimi telegraficznymi zdaniami, po drodze odkładając torbę z zakupami i zdejmując płaszcz: „PODWYŻKA. W MIESCIE PANIKA. LUDZIE WSZYSTKO WYKUPUJĄ ZE SKLEPOW. LECĘ DO MIASTA, BO MOGĘ NIE DOSTAC CHLEBA”. Zawirowało i chociaż w mieszkaniu były tylko dwie osoby, ja i Halina, czuć było, jak temperatura nastrojów gwałtownie wzniosła się w górę.

Czytaj też: Marzec ′68 i Grudzień 70. Inteligenci i robotnicy nie potrafili podjąć wspólnej walki

Rewolucyjna atmosfera

Wyobrażam sobie, że w taki m.in. sposób atmosfera rewolucyjnej sytuacji wyważała drzwi setek tysięcy mieszkań i ogarniała jednostki, rodziny, całe społeczeństwo. Bo to był moim zdaniem właśnie początek lawinowo narastającej sytuacji rewolucyjnej, która nie została wykorzystana. Pod wrażeniem faktu, który choć jeszcze nie zaistniał, to jednak miał stać się w ciągu najbliższych godzin i który dotykał mnie podobnie jak wszystkich kupujących obywateli, wypowiedziałem pewną liczbę raczej niecenzuralnych słów, sądzę jednak, że mniej niż przypadało w tych dniach na głowę obywatela. Interesowała mnie bowiem raczej cała różnorodna sfera następstw zmian cen niż osobista dolegliwość związana z wyższymi cenami kiełbasy etc.

Halina wystrzelała wszystkie wiadomości telegraficznie i przeszła do szczegółów, o które tak bardzo mi chodziło. Powiedziała więc, że do redakcji przyszło polecenie, by w numerze niedzielnym zarezerwować miejsce na komunikat prasowy – listę zmian cen w poszczególnych grupach towarowych, oraz na komentarz wyjaśniający sens zmian i konsekwencje ekonomiczne dla ludności. Wiadome już było, że podrożeje prawie cała grupa żywności oraz niektóre artykuły konsumpcyjne pochodzenia przemysłowego i że potanieje szereg innych artykułów konsumpcyjnych przemysłowego pochodzenia.

Halina wybiegła po chleb, a ja wyszedłem z łóżka i zobaczyłem przez okno, że w sklepie mieszczącym się w pobliżu znajduje się mnóstwo ludzi, że wiele osób wchodzi i wychodzi, że na ulicach mnóstwo ludzi, szczególnie kobiet, ale nie tylko, z torbami, teczkami itd. Kiedy tak stałem przy oknie i miałem przed oczami ten widok, to narastało we mnie jakieś przeczucie, że zbliża się „COŚ”, jakieś wydarzenia doniosłe, które zmienią zasadniczo sytuację w kraju. Nie czułem lęku, czułem raczej dreszcz emocji w oczekiwaniu na to coś, budziła się we mnie nadzieja, a zaraz potem powracało poczucie apatii, przeświadczenie, że społeczeństwo nasze nie jest zdolne do protestu, nawet wobec takich faktów, które godzą mocno w jego standard życiowy, wartość tak wysoko cenioną przez Polaków powojennej epoki. Nie bałem się tego, co mogło się zdarzyć, bałem się raczej tego, że nie zdarzy się nic.

To coś/nic mogło ukształtować się w mojej świadomości w jakąś wyraźniejszą prognozę wypadków. Czułem tylko, że wszystkie okoliczności, stare, istniejące całe lata, w powiązaniu z tą nową okolicznością, jaką jest regulacja cen, stawiają kraj wobec ludowego buntu. Tylko chwilami odżywało w mojej pamięci Widmo Poznania. Poza całą niepewnością pozostawał tylko jeden fakt: nie tylko ja, ale z całą pewnością wielu ludzi zadawało sobie w tej chwili następujące pytania: CZY? CO? GDZIE? Jeżeli okoliczności narzucają społeczeństwu takie pytania, wówczas stoimy przed ukształtowaną sytuacją rewolucyjną, nawet wtedy, jeżeli wobec żadnego z tych pytań nie ma jasnych stanowisk.

Czytaj też: Jak SB preparowało plotki

Przed świętami?!

Wkrótce po tym, jak Halina wybiegła do miasta po zakupy, wróciła z pracy sąsiadka, z którą dzielimy mieszkanie. Teresa i jej mąż pracują w fabryce: ona jako szeregowa urzędniczka, kiepsko opłacana, on jako robotnik w remontowej brygadzie, też nie zalicza się do robotniczej arystokracji. Mają dwoje dzieci, dziewczynki. Teresa była wzburzona i sprawiała wrażenie człowieka, który wie, że go osaczono i nie ma wyjścia. Klęła i jednocześnie opowiadała, że od rana w fabryce „nie ma pracy”, kobiety masowo opuszczają stanowiska i biegną do miasta po zakupy. Na godz. 5 po południu zwołano zebranie wszystkich partyjnych. Podwyżka jest już prawie faktem, a jednak są jeszcze ludzie, którzy się łudzą. Halina mówiła, że jakaś kobieta, stojąc w kolejce, głośno powątpiewała, czy wprowadzą podwyżkę „przed świętami”.

My, lepiej sytuowani, reagowaliśmy na podwyżkę znacznie spokojniej, sąsiedzi opłacani gorzej ulegli panice. Teresa znosiła pakunki z wiktuałami. Cukier, mąkę, kaszę, tłuszcz itp. Mieli akurat pieniądze. Dostali parę dni wcześniej wypłatę i zaległe należności za węgiel. Kazik po powrocie z pracy natychmiast pojechał do Warszawy, żeby kupić dla dzieci i dla nich odzież i obuwie. Zbliżała się godzina zamknięcia sklepów, a mrowie ludzi nadal je okupowało.

Wieczorem w dzienniku podano oficjalnie wiadomość o zmianie cen detalicznych. Nie ma tu potrzeby ani jej omawiać, ani analizować.

Czytaj też: Jak planowano porwanie Wałęsy i szturm na stocznię

Pukają smutni panowie

W niedzielę i poniedziałek nic specjalnego się nie wydarzyło. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że w poniedziałek ruszyła stocznia w Gdańsku. Ale niepokój trwał. W poniedziałek powiedziałem Halinie, że nie można wykluczyć jakiejś wizyty bezpieki w naszym domu w celach „profilaktycznych”. Obecna przy tym opiekunka Dorotki spojrzała na mnie jak na maniaka; a jednak miałem rację.

We wtorek rano pukanie do drzwi. Przyspieszone bicie serca, jeszcze nie weszli, a już wszystko wiadomo. Do mieszkania wchodzi dwóch mężczyzn, najzwyklejsi, ubrani jak urzędnicy do pracy, bezpieczniaki. Nie mają nawet nakazu rewizji, legitymują się podłużnymi czarnymi legitymacjami. Są z Komendy Stołecznej MO. Dla zasady protestujemy przeciwko rewizji niezarządzonej przez prokuraturę, ale robimy to bez przekonania. Oni mogą wszystko. Prawo socjalistyczne nie może krępować władzy ludu, inaczej „lud” nie mógłby spętać swych niezliczonych wrogów.

Oczywiście żądam potwierdzenia rewizji przez prokuraturę, oczywiście deklaruję, że złożę protest do prokuratury generalnej przeciwko naruszaniu mych praw obywatelskich. Oni się tym, co mówię, nie przejmują, ja nie wierzę nawet przez moment w skuteczność mych deklaracji, prokurator wzruszy ramionami, kiedy je dostanie. Tak to już jest w tym państwie prawa.

Bezpieczniaki przystępują do przeszukiwania pokoju. Robią to bardzo powierzchownie, jeszcze tu nie było takiej rewizji „na pałę”, jak ta, czwarta z rzędu. Pardon, to nie jest rewizja, to jest przeszukanie. Rewizje robili za cara, w Polsce przedwrześniowej i za Niemca. Władza ludu nie zachowuje się tak brzydko, ona tylko przeszukuje. Takie to groteskowe formy przyjmuje chęć wymigania się od policyjnego dziedzictwa przeszłości.

Czytaj też: Historia Wolnych Związków Zawodowych

Wystrzeliło wam, nieprawdaż?

Oczywiście nic w tym stylu po głowie mi się nie pałętało wtedy, gdy dwóch smutnych myszkowało po półkach bez entuzjazmu, a nawet z pewnym znudzeniem. Czyżby i oni nie mieli socjalistycznego stosunku do pracy? Przecież to ICH ustrój. Myślałem tylko o jednym, czy mnie wezmą, czy nie? A tłem taj myśli było przygniatające, ponure uczucie, że wszystko, cokolwiek reprezentują w tym kraju mocodawcy tych dwu zwykłych z pozoru ludzi, jest mi zupełnie, bez reszty, na zawsze obce i wrogie.

– Wystrzeliło Wam gdzieś Panowie, nieprawdaż? – zadałem pytanie. Udali, że nie rozumieją, wobec tego sprecyzowałem. – Coś się stało w związku z podwyżką i dlatego ta rewizjaprewencyjna. Oczywiście zaprzeczyli. Włączyła się Halina. – Nie pytaj, Wolna Europa i tak powie. Rewizja postępowała szybko. Halina i jeden smutny poszli do kuchni. Ja trzymałem Dorotę, która patrzyła na obcych z zaciekawieniem. – Niech się dziecko od maleńkości uczy, w jakim kraju żyje powiedziała Halina.

Nie potrafię stwierdzić, dlaczego przyszła mi ochota powiedzieć coś temu smutnemu, który pozostał w pokoju, coś prywatnego. Powiedziałem: – Nie wygląda Pan na człowieka niedobrego. Radzę, niech Pan zmieni pracę, jest tyle dobrze płatnych zawodów. Jeżeli Pan tego nie zrobi, odczuje Pan kiedyś wyrzuty sumienia. Odpowiedział całkiem głupio: – Gdyby nas nie było, to dopiero by Pan klął. Drugi smutny skończył „przeszukiwanie” kuchni i wrócili z Haliną do pokoju.

Rewizja była skończona. Nie trwała dłużej niż godzinę, zakończyła się, jak to oni mówią, „negatywnym wynikiem”. Skupia się w tym określeniu cała brutalna stronniczość działania tej instytucji. Dorota uczepiona Halinej spódnicy biegała po pokoju, wyraźnie popisywała się przed „gośćmi” – szczęśliwe dzieciństwo, które nie zna dobrodziejstw społeczeństwa bezklasowego. Jeden z bezpieczniaków, grubszy i bardziej jowialny, zapytał o wiek Doroty. Może zrobiło mu się głupio, może poczuł cały społeczny fałsz tej sytuacji, może chciał wyjść poza te zimne stosunki obywatela i grzecznej policji totalizmu. Dość, że zapytał i dodał, że ma syna w tym samym wieku i że zachowuje się on tak samo jak Dorota. Halina odpowiedziała natychmiast i mrożąco: – Dzieci są wszystkie podobne, dopiero później zaczynają się różnić.

Czytaj też: Czerwiec 1976, wydarzenia w Radomiu

Do rewizji nie da się przyzwyczaić

Rewizja była skończona, zaczęli pisać protokół, a młodszy smutny powiedział, żebym się ubrał. – Wykluczone, mąż nigdzie nie pojedzie. Jest chory i ma zwolnienie lekarskie – Halina była bardzo zdenerwowana, ale stanowcza. Ostatecznie zostawili mnie w domu. Za chwilę ich nie było, ale w pokoju jeszcze przez wiele godzin trwał ślad obecności państwa ludu w osobach jego jedynych wiernych poddanych i sług. Potem powoli rozwiewał się, ale zawsze jest, od wielu już lat. Nie tylko u nas, u wszystkich ludzi w Polsce. W dniu, kiedy Polacy będą mogli za Anglikami powiedzieć „MY HOME IS MY CASTTLE”, w tym dniu totalizm zostanie umieszczony w muzeum jako ponury wytwór ludzkiej egzystencji.

Odpoczywaliśmy po wielkim napięciu nerwowym. Każdy, kto rewizje przeżywał, wie, jak nerwowe jest to wydarzenie, do rewizji nie można się przyzwyczaić, każda następna wywołuje coraz większy wstrząs psychiczny. Powtarzające się rewizje, wezwania, przesłuchiwania, inwigilacje, rozpytywania składają się na koszmar, przy którym więzienie nie jest niczym wiele gorszym od przebywania na wolności. To pochopne wdrażanie czynności narażających obywatela na kontakt z policją „ludową” jest specjalnym rodzajem niepraworządności. A kontakt taki jest u nas szczególnie dotkliwy, bo stawia samotną jednostkę uzbrojoną w najlepszym razie w swe racje i nienawiść wobec całej potęgi niekontrolowanego społecznie aparatu, wobec bezmiaru bezprawia.

Kiedy po raz pierwszy dowiedzieliśmy się o wystąpieniach robotników w Gdańsku? Chyba we wtorek wieczorem, ale była to informacja ogólnikowa, mówiąca, że zastrajkowali stoczniowcy. Jeszcze wcześniej gospodyni przyniosła informacje o jakichś niepokojach na Śląsku, o demonstracjach przeciwko Gierkowi itp. Ostatecznie wszystko to okazało się przesadzone. Oko wydarzeń tkwiło daleko na północ od Śląska.

Tło rewizji było dla nas jasne, niewiadomym natomiast pozostawał bezpośredni motyw tak drastycznej reakcji bezpieczeństwa (…). Gubiliśmy się w domysłach, tym bardziej że następne dni nie przyniosły potwierdzenia o tym, by jeszcze u kogoś również zrobiono rewizję. Wiadomo było, że dokonano w Warszawie aresztowań na dużą skalę, które objęły przede wszystkim tzw. chuliganów, a faktycznie te odłamy młodzieży robotniczej, którym zdarzyło się przy różnych okazjach wejść w kolizję z prawem.

Wiadomo było też, że wezwano do pałacu Mostowskich kilka osób z tzw. marcowego środowiska i przesłuchano je w związku z ulotką „Konfederacji Narodu Polskiego” podpisaną imieniem „Bolesław”. Wyglądało jednak na to, że cała sprawa z ulotką jest spreparowana, by mieć formalną podstawę do zastosowania środków zastraszenia policyjnego wobec określonych środowisk inteligencji warszawskiej. Będę jeszcze o tym mówił.

W środę poszedłem do pracy, jeszcze nie wiedząc o rozruchach, mimo że trwały one już trzeci dzień, mając się w samym Gdańsku ku końcowi.

Czytaj też: Wojna i Stół

Tytuł i śródtytuły od redakcji. W tekście dokonano drobnych zmian i skrótów redakcyjnych.

Waldemar Kuczyński – ekonomista, polityk i publicysta. Był m.in. szefem doradców premiera Tadeusza Mazowieckiego, ministrem przekształceń własnościowych i głównym doradcą ekonomicznym premiera Jerzego Buzka. W PRL działał w opozycji demokratycznej, pod koniec lat 60. dostał nakaz pracy w Zakładach Mechanicznych „Ursus”.

Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Historia

Ostatni niemiecki jeniec

W czasie drugiej wojny w obozach jenieckich w USA znalazły się setki tysięcy niemieckich żołnierzy. Wielu z nich podjęło próby ucieczki. Ostatni ze zbiegów, urodzony w Świdnicy Georg Gaertner, ujawnił się po 40 latach.

Andrzej Fedorowicz
12.01.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną