Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Historia

Kto się bał Cecylii Broll? Górny Śląsk w kryminalnej osnowie

Cecylia Broll Cecylia Broll Instytut Polski w Lipsku / •
Losy Ślązaków w całym burzliwym XX w. udowadniają, że nie ma prostych historii, a na Górnym Śląsku szczególnie ich nie ma. I to trzeba wiedzieć.

Ojczyznę kocha się nie dlatego, że jest wielka, ale dlatego, że jest własna.
Niemand liebt sein Vaterland, weil es gross ist, sondern weil es seines ist.
Żodyn niy przaja swojymu hajmatowi, bo jest wiylki, ino skuli tego, że jest swój. (Seneca, Epistulae morales)

Altberun. Jeden z największych w III Rzeszy producentów materiałów wybuchowych. Dzisiaj to Bieruń Stary k. Tychów, gdzie firma Nitroerg nadal wytwarza dynamit i inne środki niosące śmierć. To tutaj 6 sierpnia 1942 r. w pobliżu zakładów „Lignoza” (1) zamordowano Cecylię Broll, na co dzień sumienną i powściągliwą pracownicę księgowości.

Rozwikłanie zagadki jej śmierci – a podjęli się tego na wojennej przepustce jej kuzyni – pomogło, chcąc nie chcąc, poznać postawy i sumienia ludzi, którzy jeszcze trzy lata wcześniej byli obywatelami II Rzeczpospolitej, a teraz, w większości, wychwalali Hitlera i III Rzeszę.

Tajemnicza tragedia w kopalni

Cecylia Broll urodziła się w 1904 r. w Bytomiu, w śląskiej rejencji prowincji Prus. W domu wołali na nią pieszczotliwie Cilka. Miała 19 lat, kiedy ostatniego styczniowego dnia 1923 r. wybuch metanu i pyłu węglowego w kopalni Heinitz (dzisiaj Rozbark) odebrał jej ojca. Paul Broll miał zaledwie 39 lat, kiedy podziemny żywioł pożarł go wraz ze 145 innymi kamratami.

Był to najgroźniejszy wypadek w historii śląskiego górnictwa i jeden z największych w Europie. Dziennikarze kilku gazet mieli uzasadnione podejrzenia, że katastrofa była wynikiem zaniedbań, a nie nieszczęśliwego zbiegu podziemnych okoliczności. Ale właściciele i kierownictwo kopalni, którzy już sympatyzowali z powstałą trzy lata wcześniej w Monachium Narodową Socjaldemokratyczną Partią Niemiec (NSDAP), nie dopuścili ich do dokumentów wypadku i zakazali rozmów z górnikami. Sprawę zatuszowano, a po dojściu w 1933 r. Hitlera do władzy nie można było w ogóle o tragedii mówić i pisać.

Paul Broll był jedynym żywicielem, więc za śmierć męża i ojca osierocona rodzina dostała odszkodowanie 40 tys. marek i drugie tyle zapomogi. Ale co to były za pieniądze, jeśli w tym feralnym dla niej roku łączna suma 80 tys. marek warta była w sile nabywczej tyle co 35 marek w 1914 r., w pierwszych dniach wielkiej wojny. Inflacja przekraczała już co najmniej 500 proc., żyło się z dnia na dzień. W czasach cesarza Wilhelma rodzina Cilki mogłaby kupić za tę rekompensatę sklep albo założyć zakład krawiecki, albo nawet pokusić się o pół kamienicy na wynajem... A tak pozostała im rozpacz i żmudne wiązanie końca z końcem.

Dla Cilki to była rozpacz podwójna. Dwa lata wcześniej zginął jej narzeczony Emanuel Koppke, chłopak z Katowic, służący w niemiecko-polskiej policji plebiscytowej. Planowali ślub i wspólne życie. Ale los chciał inaczej i Emanuel zginął podczas ataku polskich bandytów w nocy z 2 na 3 maja 1921 r. na dworzec kolejowy w Kędzierzynie (2).

Potem słyszała od Polaków, że byli powstańcami, a nie bandytami. Ale dla Cecylii liczył się jej ukochany, a niemieckie i polskie racje polityczne miała głęboko gdzieś. Jakie to mogło mieć znaczenie! To ona została sponiewierana przez ten pograniczny los, wojnę polsko-niemiecką, w której brat strzelał do brata, syn do ojca... Jej miłość była tak wielka, że poprzysięgła wierność Emanuelowi na zawsze. I postanowiła nigdy więcej z nikim się w życiu nie wiązać.

Dlatego dziewięć lat później bez szemrania zgodziła się przeprowadzić razem z matką Emilią Broll w jej rodzinne strony. Do polskiego Bierunia Starego w powiecie pszczyńskim. W Bytomiu skończyła kurs księgowości, więc wiedziała, że pracę wszędzie znajdzie i jakoś to będzie.

Czytaj też: Górny Śląsk, najbogatszy region II RP

Iskrzyło między Warszawą a Berlinem

Trzeba jednak powiedzieć, że decyzja podjęta wówczas przez Brollów nie była łatwa. Po podziale Górnego Śląska w czerwcu 1922 r. można było jeszcze do końca 1924 r. swobodnie przenieść się na drugą stronę granicy. Pozwalała na to konwencja genewska z maja 1923 r., która regulowała w szczegółach wszystkie sprawy podziału jednolitego przez wieki organizmu społecznego, gospodarczego i administracyjnego. Z administracją kościelną włącznie. Jeden z 606 artykułów dopuszczał wybór narodowościowej opcji. Wędrówka ludności objęła 240 tys. osób, a proporcje wyboru rozłożyły się prawie po równo.

Ale w 1930 r., kiedy Brollowie podejmowali życiową decyzję, Republika Weimarska – tak nazywano Rzeszę Niemiecką w latach 1918–33 – już niechętnie zgadzała się na przesiedlenia. Od kilku lat między Berlinem a Warszawą iskrzyło. Trwała polsko-niemiecka wojna celna. Do 1925 r. połowa polskiego handlu zagranicznego przypadała na Niemcy, tam też trafiało 80 proc. wydobywanego węgla, choć po podziale Górnego Śląska znakomita większość kopalń przypadła Polsce. Rolnicza, zacofana ojczyzna nie była jeszcze w stanie skonsumować produkcji śląskiego przemysłu. Węglowa linia kolejowa do Gdyni była w budowie – pociągi z węglem pojechały do portu dopiero w 1933 r.

W Europie wciąż szalał kryzys gospodarczy, choć pojawiały się już przewidywania, że to Niemcy szybciej z niego wyjdą. Coraz głośniej było o nikomu jeszcze nieznanym Adolfie Hitlerze, magnetycznym wodzu dążącej do władzy NSDAP, który po wyborczym zwycięstwie obiecywał wszechobecny dobrobyt. I dziejową sprawiedliwość po ciosie wersalskim, zadanym Rzeszy przez zwycięskie mocarstwa w samo serce. I powrót do granic sprzed wielkiej wojny. I odwet.

A tych, co czują się skrzywdzeni, nic nie uskrzydla tak jak wizja sprawiedliwej zemsty. Na tych oparach niosły się odwetowe obietnice. Każda rodzina miała dostać radio, nawet jeśli był to sam głośnik z jedną stacją. Robotnicy mieli mieć gwarantowany każdego roku urlop nad Bałtykiem, na Mazurach lub w górach. Żaden robotnik na świecie tak nie miał. Wreszcie! Potem powiedzą, że tymi hasłami Hitler sponiewierał wszystkie proletariackie dobrodziejstwa płynące ze strony Stalina.

Na Górnym Śląsku takie słowa pieściły ucho, padały na żyzny grunt i szybko zaczęły kiełkować. Coraz więcej ludzi patrzyło w swego wodza jak w obraz. I obraz stawał się z dnia na dzień potężniejszy.

Niemcy potrzebowały rąk do pracy, więc decyzję Brollów trzeba było dobrze zważyć, chodziło przecież o całe dalsze życie. Owdowiała Emilia Broll uznała, że w swoich stronach będzie się czuła raźniej, a Cecylii było wszystko jedno. Poza tym nie wyprowadzały się przecież na koniec świata. Granica była wciąż przyjazna, często szła przez podwórka, a między Katowicami i Bytomiem kursował tramwaj, nie mówiąc już o częstych pociągach do Tychów przez Katowice. Za godzinę mogły być w Bytomiu na grobie męża i ojca. Każdego dnia ponad 20 tys. robotników, jak nie więcej, szło do pracy na niemiecką stronę. Przeważnie górników i hutników.

Rodzinne strony matki Emilii Broll, z domu Krawietzki, leżały w pobliżu Trójkąta Trzech Cesarzy, gdzie do I wojny stykały się granice Rosji, Niemiec i Austrii. Tu, na Słupeckiej Górce, w 1907 r. zbudowano okazałą Bismarckturm – Wieżę Bismarcka, z której można było dostrzec Kraków, a nawet Tatry.

W 1922 r. nowe polskie władze zmieniły ją na Wieżę Powstańców, później na Wieżę Kościuszki, a w 1933 r. wojewoda śląski Michał Grażyński nakazał ją wyburzyć. Granitowe bloki wywieziono do Katowic na budowę Katedry Chrystusa Króla. Ale ludzie, jak to ludzie, nadal spacerowali po urokliwym wzgórzu pod Bismarckturm, choć po wieży zostały fundamenty.

Cilka kończyła niemieckie szkoły przed wojną i w czasie jej trwania, była „ducha” niemieckiego. Nie wiadomo, jak jej bliscy głosowali w marcu 1921 r. w plebiscycie Górnego Śląska za przynależnością państwową. Do Polski czy Niemiec?

Nie pytano, kim się czują, tylko gdzie chcą mieszkać. Gdyby padło pytanie o tożsamość, większość pewnie by zadeklarowała, że czuje się Ślązakami, nie Polakami czy Niemcami. Prawo wyboru mieli mieszkańcy, którzy ukończyli 20. rok życia – Cilka nie mogła więc jeszcze o sobie decydować. Zresztą na śląskim historycznym tapecie pojęcie narodowej tożsamości nie miało jeszcze swojej mocy.

W Bytomiu, gdzie się urodziła w niemiecko-śląskiej rodzinie, ludność opowiedziała się za Niemcami w stosunku 75 do 25 proc. Ale już w powiecie pszczyńskim – Pszczyna (Pless) była siedzibą von Hochbergów, najbogatszego ze śląskich rodów arystokratycznych i jednego z najpotężniejszych w Rzeszy Niemieckiej – głosujący wypowiedzieli się za Polską w proporcjach 74 do 26 proc. Można śmiało przyjąć, że taki wynik był również w Bieruniu Starym, w stronach matki. Na całym Górnym Śląsku opcja niemiecka zwyciężyła 60 do 40 proc.

Z tym że trzy czwarte ciężkiego przemysłu: kopalnie, huty stali, cynku i ołowiu, zakłady maszynowe, nawet zbrojeniowe – a ten industrialny przemysł wyznaczał rangę państwa w ówczesnej Europie – zostało po polskiej stronie. Polska nie zyskała wprawdzie terytorialnie, ale zyskała profit cywilizacyjny i prestiżowy.

W rodzinie Brollów o tych sprawach się nie rozmawiało, może z obawy, że nie do końca było wiadomo, co jeszcze mieszkańców pogranicza może spotkać. Wszak Bytom jest niemiecki, a rzut kamieniem – polska Królewska Huta (Chorzów). Dziś Cilka może sobie jeździć między nimi tramwajem, jak z dzielnicy do dzielnicy, choć to dwa państwa. A jutro... Bóg jeden wie. Więc o czym tu rozmawiać.

Czytaj też: Autonomiczny Śląsk w latach dwudziestych

Trójka folkslisty

Dzieciństwo i lata młodzieńcze przeżyła więc Cecylia w Republice Weimarskiej. W II RP była już dojrzałą kobietą. Świetnie znała język niemiecki, dobrze polski, ale w domu najchętniej „godała” po śląsku, jak się mówiło wtedy i dzisiaj. Była z krwi i kości Ślązaczką niemieckiego pochodzenia, jej mama bardziej skłaniała się do nazywania siebie Ślązaczką polskiego pochodzenia. Gdyby, oczywiście, ktoś poważnie o to pytał.

Cilka doskonale wiedziała, że jej losami i losami hajmatu, nowej małej ojczyzny – w odróżnieniu od Ojczyzny i Vaterlandu, zamykającej się w przestrzeni Bierunia Starego–Mysłowic–Tychów – rządzą inne siły. Wyższe, polityczne i militarne. Nie miała na nie wpływu. We wrześniu 1939 r. po raz trzeci w ciągu niespełna dwudziestu lat zdecydowano za rodzinę jej matki, za Krawietzkich, o przynależności państwowej, choć na krok nie ruszyli się ze swojej miejscowości. Vaterland zmienił się w Ojczyznę, a potem na odwrót, a potem...
Rok później Cilka dostała od hitlerowskich władz III kategorię Deutsche Volksliste (DVL). Po ojcu Niemcu mogłaby mieć II kategorię listy narodowościowej, ale przed wojną, już po polskiej stronie, nie pielęgnowała należycie w życiu codziennym niemieckiego ducha. Sporo osób z jej bliższej i dalszej rodziny zaliczono właśnie do III grupy. Jak zresztą większość przedwojennych mieszkańców polskiej części Górnego Śląska.

„Trójka” folkslisty przeznaczona była dla osób i rodzin autochtonicznych, uważanych przez władze za częściowo spolonizowane, także dla Polaków niemieckiego pochodzenia oraz kobiet i mężczyzn pozostających w związkach małżeńskich z Niemcami. Mężczyźni z tą kategorią mogli już służyć w niemieckich siłach zbrojnych. Gwoli prawdy w bliższej i dalszej rodzinie Cecylii, jak chyba w każdej na tych ziemiach, byli też posiadacze I i II kategorii folkslisty. Ci pierwsi to osoby narodowości niemieckiej, aktywnie działające przed wojną na rzecz III Rzeszy, a „dwójkarze” to ludność bierna politycznie, ale posługująca się na co dzień językiem niemieckim i pielęgnująca niemiecką kulturę. Prawdziwi Niemcy. Albo prawie prawdziwi. Wyróżniał ich ausweis (dowód osobisty) w niebieskim kolorze. Cilka miała dokument w zielonych okładkach, jak większość rodziny. (Były jeszcze czerwone dowody dla kategorii IV – osób niemieckiego pochodzenia otwarcie deklarujących polskość – ale nikogo z tej grupy nie znała).

Wiadomo było, że przy rodzinnych spotkaniach i rozmowach należało przy wszystkich – bez względu na kolory – trzymać język za zębami. Wśród krewnych „trójkarzy” też, bo wielu z nich nagle stało się gorliwszymi w propagowaniu i wyznawaniu nazistowskich idei i wartości niż Hitler i Himmler pospołu. Szły wielkie zmiany, których nie można już było zatrzymać.

Cóż więc pozostawało młodej kobiecie w mrocznym wojennym czasie, która doznała osobistej straty i w związku z tym postanowiła zostać życiowym singlem? Tylko cieszyć się swoim hajmatem, małą ojczyzną, tak dla Ślązaków ważną, bo na inne sprawy nie miała wpływu. W tym czasie ten kawałek ziemi był jakby wymodlony. Nie spadały tu alianckie bomby, podczas gdy reszta niemieckich okręgów przemysłowych i wielkich miast popadała w ruinę. Tu można było spokojnie żyć i uczciwie pracować. I pieczołowicie pielęgnować pamięć o Emanuelu.

Czytaj też: 1918 r. z niemieckiej perspektywy

Pocztówki do niemieckich żołnierzy

Dlatego też Cecylia Broll, niemal 38-letnia pomocnica księgowego stanu panieńskiego, z oddaniem wykonywała pracę – dla führera i jego zwycięstwa. Dzisiaj, po 80 latach, praca ta będzie prawdopodobnie oceniana jako paskudna, a może nawet zbrodnicza, ale o jej znaczeniu dla wodza i o tym, że była mikroskopijnym trybikiem w machinie wojennej III Rzeszy, Cilka nie miała pojęcia.

Do jej obowiązków, oprócz prowadzenia księgowości wielkiej fabryki, należało m.in. przyjmowanie, wraz z zakładowym przywódcą NSDAP towarzyszem Eschbachem i Zollną, dowódcą oddziału wartowniczego SS w „Lignozie”, materiałów zaopatrzeniowych. Skrupulatnie liczyła skrzynie, beczki, tony i kwitowała podpisem.

A po godzinach, jako członkini miejscowego oddziału DFW (Deutsches Frauenwerk – Ruch Kobiet Niemieckich), wypisywała dziesiątki listów i feldpostów (poczta polowa) do żołnierzy Wehrmachtu i innych niemieckich formacji walczących na frontach. Od przedmieść Moskwy po Normandię, od Norwegii po piaski Sahary. Do marynarzy polujących w głębinach u-botów.

Czasami dołączała swoje zdjęcia. Nie wiedziała, do kogo trafią, choć od wielu z nich dostawała listy miłosne. Umawiali się z nią na urlopach albo już po wojnie. Kontakty najczęściej się urywały, ale pisała dalej.

Pisała z głębi serca, jakby się pisało do chłopców z sąsiednich wsi i miasteczek. Bo to też byli chłopcy z sąsiednich wsi i miasteczek. Przeżyjcie i wróćcie cali – prosiła, składając czasami „krwisty” pocałunek na listowym papierze. Ku pokrzepieniu ich żołnierskiego ducha. Wierzyła przełożonym z DFW, że nawet po pracy można przysłużyć się zwycięstwu. Więc może jednak była aktywistką.

Takie listy i pocztówki z innymi osobistymi rzeczami: żołnierskimi nieśmiertelnikami, medalikami, krzyżykami, papierośnicami, fotografiami najbliższych i ukochanych i wszelkim drobiazgiem znalezionym po śmierci, wracały do rodzin poległych żołnierzy. Były też pocztówki z aktorkami z ostatnich filmów oglądanych przed wyruszeniem na front.

W pierwszych zwycięskich latach wojny śmiertelne przesyłki przekazywali w honorowej asyście przedstawiciele niemieckich władz. Potem przychodziły zwykłą pocztą, a często w plecakach żołnierzy na przepustkach lub urlopach zdrowotnych. Rodziny większości żołnierzy poległych nie wiadomo gdzie nawet takimi tragicznymi pamiątkami nie zostały obdarowane.

Na kamratów z okopów, którzy mieli szczęście przeżyć, z rozkazu przełożonych spadał przykry obowiązek przyniesienia matkom i ojcom strasznej wieści o śmierci ich dziecka. Żonom – o śmierci męża. Więc wracali już nie tacy sami i przynosili te wiadomości. I wciąż mieli przed oczami porozrywane pociskami, rozjechane gąsienicami czołgów ciała kolegów. Posłańcy złych wieści tłumaczyli zrozpaczonym rodzinom okropności i okrucieństwo wojny, ale one nie potrafiły tego zrozumieć. Bo dlaczego szrapnel rozerwał ich syna, a nie tego, który był metr obok. Albo tego, który przyniósł hiobową wiadomość...

Żołnierze nienawidzili takich misji, ale rozkaz to rozkaz.

Czytaj też: Wehrmacht na dopalaczach

Tyle po Józinku zostało

W miarę trwania wojny, gdy ginęły już nie tysiące czy setki tysięcy, ale miliony żołnierzy, takich „pamiątek” z frontów było coraz mniej. Później wcale. Szczęśliwe rodziny, do których te wojenne relikwie dotarły, przechowywały je z nabożnością niczym święte. A po 1945 r., kiedy na Śląsk spłynęła nowa władza, czwarta w ciągu ćwierćwiecza – ze strachem. Komu nie starczyło odwagi, niszczył wszelkie materialne wspomnienia po synach, braciach i mężach z Wehrmachtu. Kto ją miał – chował te świętości w najsekretniejszych i najciemniejszych domowych zakamarkach.

W PRL takie życiorysy były napiętnowane, a co dopiero w III RP, gdy dziadkowie z Wehrmachtu, nawet polegli, są wciąż politycznie niebezpieczni. Żywi.

Dzięki tym wojennym pamiątkom, głęboko skrywanym po 1945 r. nawet przed najbliższymi, możemy dzisiaj poznać świat Cecylii Broll. Jej małą ojczyznę, w której przyszło jej żyć i pracować. Jak setkom tysięcy jej podobnych. Poprzez jej los poznać kawałek Śląska miotanego przez wichry historii.

Więc wróćmy do niej... Cecylia Broll w połowie 1942 r. wiedziała co nieco o okropnościach wojny, ale o sprawach zwycięstwa czy przegranej wolała milczeć. Miała swoje tajemnice, chowane w zakamarkach komórki na podwórku i pod listami żołnierzy z dzielnego Wehrmachtu, ale nikt nie miał prawa o nich wiedzieć. Miała swoją pracę w Lignozie i frontowe listy – skrupulatnie wywiązywała się z tych obowiązków.

Właśnie popłakała się nad kolejnym listem. Czy czasem któryś z poprzednich nie trafił do Józefa Stoleckiego z pobliskiego Chełma Śląskiego? Józka nie znała, ale w fabryce pracowała w magazynie jego matka, z którą od czasu do czasu zamieniła słowo. Były w prawie jednym wieku. No i niedawno pani Stolecka, cała zapłakana, zaciągnęła ją w jakiś kąt i pokazała kartkę. Właśnie przysłali z Rosji z innymi rzeczami... tyle jej po Józinku zostało. Już nie zdążył wysłać listu feldpostem: „Kochana Mamo, wyjeżdżam na ostfront. Niy starojcie się nad mym losem, bo wszystko w rękach Boga. Byda mioł żyć – to byda żył. Bydzie mi pisane co innego – trudno. Z wolą Bożą muszymy sie pogodzić. O jedno Wos ino prosza: módlcie się za mnie...”(3).

Cilka nie miała siły czytać dalej. Objęła płaczącą matkę i z nią szlochała.

Czytaj też: Niemcy porzucili swoją Heimat, Polacy zamieszkali w ich domach

Pospolici złodzieje Rzeszy

Uczciwa i pragmatyczna Ślązaczka, na co dzień cicha i powściągliwa, postanowiła nie milczeć, kiedy odkryła oszustwo. Oto wódz partii w Lignozie, a jej przełożony w księgowości, patrzy przez palce jak dowódca miejscowego SS fałszuje faktury dostaw. Już kilka razy złapała za rękę samego Sturmscharführera SS Alfreda Zollnę na podrabianiu kwitów.

Na przykład z 19 skrzyń, które miały przyjechać do fabryki, robiło się 18. Z dziewięciu ton wyrobów docierało osiem... „Dziewiątki” umiejętnie przerabiał na „ósemki” wprost nie do poznania, ale Cecylia potrafiła przecież liczyć do dziewięciu i dwudziestu. Zaczęła też podejrzewać inne kombinacje. Kiedyś zastanawiała się, czy jedynka nie była wcześniej czwórką, a ta znowu przy innych dostawach siódemką. Widziała wielokrotnie, jak Zollna szepcze coś po kątach z dostawcami, coś sobie przekazują z ręki do ręki, a potem chowają po kieszeniach. Uświadomiła sobie ze zgrozą, że jej przełożeni z ustami pełnymi patosu i frazesów – o Rasie, Narodzie, Wielkiej Rzeszy – to pospolici złodzieje.

W tej sprawie była zdecydowana pojechać nawet do Pszczyny, do samego Kurta Hossenfeldera, powiatowego Kreisleitera NSDAP, i do urzędu Gestapo. Powzięła prawie zamiar szukania w Katowicach poprzez szkolne koleżanki, które pracowały w najwyższych urzędach, dojścia do Fritza Brachta, SA – Gruppenführera, partyjnego Gauleitera i jednocześnie nadprezydenta prowincji Górny Śląsk, ale po chwili ten zamysł ją przeraził. Raz widziała go w Lignozie – miał spotkanie z szefami zakładu w drodze do Auschwitz, który jemu podlegał (był prawie na wyciągnięcie ręki), ale strach ją ogarnął.

Tu i ówdzie szeptała o swoich spostrzeżeniach, miotała się. Narastał strach o siebie i matkę, dla której była całym światem.

Bo niech tam gdzieś na froncie coś zawiedzie – dynamit nie wybuchnie, spłonki i zapalniki nie zadziałają, lonty się nie zapalą... Sabotaż. Sabotaż, jak amen w pacierzu. Dojdą po nitce do kłębka, przypiszą jej współodpowiedzialność – i koniec. Obóz koncentracyjny w najlepszym wypadku, w najgorszym gilotyna w Katowicach. I koniec.

Czytaj też: Jak zginął Reinhard Heydrich, groźny paladyn Hitlera w Czechach

Pakunki przez druty

W Lignozie pracowała 20-letnia Teresa Głowacka z Łodzi, zwieziona na roboty przymusowe z dziesiątkami podobnych kobiet, niektóre z małymi dziećmi. Cilce było ich po ludzku żal. Z jakiegoś powodu najbardziej Teresy. Starała się jej dyskretnie pomagać. Nawet w czasie wojny potrzebny jest ludzi odruch – usprawiedliwiała swoje kontakty z kobietami noszącymi na fartuchach literę „P”. Podawała lekarstwa, coś do jedzenia, mleko w proszku, nadawała listy „poza rozdzielnikiem”, w których Polka informowała, że nadal żyje, prosi o ciepłe palto. Raz załatwiła nawet kilkudniową przepustkę, żeby dziewczyna mogła odwiedzić chorych rodziców. Ręczyła za nią głową, że wróci.

Cecylia mogła swobodnie poruszać się po całej fabryce, więc było sporo okazji, żeby tu i tam zamienić parę słów, choć Polakom nie wolno było rozmawiać z Niemcami, tylko wykonywać polecenia.

Spotykały się też przy drutach kolczastych oddzielających zakład od baraku kobiecego. Wielu strażników, często śląskich sąsiadów, udawało, że tego nie widzi, i odwracało się w drugą stronę, kiedy podawała przez ogrodzenie jakiś pakunek. Rozmawiały też ukradkiem przed i po niedzielnej mszy, na którą Polki mogły chodzić pod strażą. Potem Teresa przypomniała sobie, że Cecylia zwierzała się jej z niektórych swoich spraw, że spotyka się z kimś przy Wieży Bismarcka... Pewnie się zakochała. Stara panna, dobra kobieta, choć Niemra. Życzyła jej wszystkiego dobrego.

Przypomni też sobie, że któregoś wieczoru – a mogło to być dwa, trzy dni przed śmiercią, kiedy szeptały coś sobie przez druty kolczaste – pani Cecylia była jakoś nieobecna... Powtarzała tylko: co ja mam z tym zrobić, co ja mam robić?

Czytaj też: Mordercy z Wehrmachtu

Esesman stał się przymilny

Tego 6 sierpnia 1942 r. dostawy przyjechały dopiero po dziewiątej wieczorem. Ponownie zauważyła kombinacje z „9” i „8”. Zawahała się, ale podpisała dokumenty. Odważyła się jednak powiedzieć: To ostatni raz, Herr Sturmscharfuhrer.

Esesman stał się przymilny, obiecał, że z tym koniec, poprosił grzecznie, aby chwilę zaczekała za bramą, wracają przecież w tym samym kierunku, więc wszystko sobie po drodze wyjaśnią. Na rowerze przez las miała do domu przy bieruńskim rynku jakieś pół godziny drogi. Nawet się ucieszyła, że będzie raźniej wracać z kimś. Wszak dochodziły słuchy, że za Wisłą, tuż za pobliską granicą III Rzeszy z Generalnym Gubernatorstwem, zaczęli podnosić głowy polscy bandyci. Nazywali siebie różnej formacji partyzantami. Ponoć widziano już ich po niemieckiej stronie. Partyjniacy z NSDAP, gestapowcy i SS przestrzegali przed nimi i nakazywali czujność.

Czytaj też: Jak mróz wpłynął na dzieje I wojny światowej

Niewinny nie przyzna się do winy

Ciało Cecylii Broll znaleziono rankiem następnego dnia w zagajniku na skraju drogi. Niedaleko leżał rower, miała na ręce zegarek, a na palcu złoty pierścionek zaręczynowy. W torebce zostały pieniądze. Odkryto przy niej gazety „Front Polski”. Chyba dwa tygodnie przed śmiercią Broll w Pszczynie zlikwidowano polską podziemną drukarnię tego antyniemieckiego wydawnictwa. Ślady i motywy były więc wyraźne. Pewnie chciała przemycić zakazaną prasę na teren zakładów. Gestapo i SS w błyskawicznym śledztwie znalazły mordercę. Polaka, uciekiniera z obozu pracy w Pszczynie. Zbieg szybko został osądzony i stracony. Wcześniej przeszukano dom Brollów i gospodarstwa ich najbliższych krewnych. W niedługim czasie było to już drugie wywrócenie domowego życia Brollów do góry nogami.
Pierwsze, dwa miesiące wcześniej, związane było z niedawną dezercją (4) jednego z jej krewnych, Emila Brolla z Bytomia, służącego w Afrika Korps, u feldmarszałka Erwina Rommla. Szeptało się, że z północnej Afryki trafił do polskiego wojska. W rodzinie na jednych spadł strach, na innych wstyd – za brak honoru. Za zdradę.

Ale w domu i obejściu nic antypaństwowego nie znaleziono.

Mieszkańcy jej małej ojczyzny byli w tym czasie dziwnie nasączeni niemieckim, a nawet bardziej hitlerowskim duchem, choć jeszcze trzy lata wcześniej byli obywatelami Polski. Raczej nie mieli wątpliwości, że Cecylię udusił polski bandyta. Jeżeli ktoś miał inne zdanie, to przezornie wolał milczeć.

Od wschodu, zza Wisły, z okolic Babic i Oświęcimia, wówczas Auschwitz, coraz częściej i gęściej nadciągały ciemnobure chmury. Nie deszczowe i nie gradowe. Nadciągały nawet w pogodne dni. Może to kopcą kominy nowych wielkich zakładów chemicznych IG Farbenindustrie w Monowicach, produkujących kauczuk syntetyczny i syntetyczną benzynę z przeróbki węgla? – zastanawiano się. Wszystko dla potrzeb wojennej machiny tysiącletniej Rzeszy. Skąd jednak taki dziwny słodkawy i duszący zapach, że robiło się niedobrze i chciało się wymiotować?

Było w tym coś niepokojącego. Owszem, szeptano, że w pobliskim Auschwitz – do Babic i Brzezinki było z 10 km – dzieją się straszne rzeczy, ale czy należało w to wierzyć? I co to znaczy straszne?

Były jakieś szepty, że palą tam Żydów, ale kto by w coś takiego uwierzył? Jak można palić ludzi. Wiadomo, nasilała się wroga aliancka i rosyjska propaganda. Władze nakazywały czujność i niewiarę w byle podszepty.

W każdym razie wersja morderstwa dokonanego przez polskiego uciekiniera była wielce prawdopodobna, do tego władze informowały, że sam przyznał się do zabójstwa. Nie było powodów, aby myśleć inaczej. Niewinny człowiek nie przyzna się przecież do winy.

Czytaj też: Dziadkowie z Wehrmachtu. Polacy w armii III Rzeszy

Wermacht u szczytu potęgi

Dwa dni po manifestacyjnym pogrzebie Cecylii Broll pojawił się w rodzinnych stronach, w niewielkiej wtedy mieścinie Tychy (Tichau), znanej jedynie z browaru książęcego, jej kuzyn, gefrajter Heinrich Krawietzki, dla najbliższych Hajnel lub Henryk. Jeszcze na dworcu w Katowicach spotkał krewniaka Paula Schneidera, szeregowego żołnierza Luftwaffe służącego we Francji. Paul był na przepustce za wzorową służbę, z kolei Hajnel, ranny w rękę pod Charkowem, dostał trzy tygodnie na zaleczenie kontuzji. Z tego już trzy dni spędził w pociągach do domu.

Cóż to było za spotkanie w czwartym roku światowej wojny!

Cieszyli się, że żyją. I że mogą się napić piwa. Było więc o czym opowiadać na katowickim dworcu i w pociągu do Tychów. Okazało się, że przed wyruszeniem na fronty oglądali na przepustkach te same filmy z przepiękną Viktorią von Ballasko, austriacką gwiazdą w roli głównej. Hajnel, jak inni rekruci, po wyjściu z kina kupił sobie jej pocztówkowe zdjęcie. Patrz – pochwalił się Paulowi – to moja „wojenna dziewczyna”, ileż się na nią napatrzyłem w okopach. Wręcz modlę się do niej, żeby przyniosła mi szczęście. Na to kuzyn wyjął identyczną fotografię von Ballasko: A to moja miłość...

Zaśmiewali się do łez.

Wehrmacht był u szczytu swojej potęgi. Szeregowi żołnierze nie wiedzieli, że niebawem ich drużyny, plutony, bataliony, pułki i dywizje, wreszcie armie ruszą ponownie na Moskwę. I dalej. Dwa tygodnie przed przepustką Hajnela armie von Paulusa dotarły do Stalingradu, niebawem sforsują Wołgę. Ostateczne zwycięstwo na Wschodzie było na wyciągnięcie ręki. O inwazji Aliantów w Normandii nikt nie myślał.

Kuzyni zgodzili się po którymś piwie, że służba na rosyjskim froncie i w środku Francji to dwa odmienne światy. Dla takich jak oni – piekło i niebo.

W domach wielka radość i zaskoczenie na widok synów. Rodzinne święto. Żyją! Ale też przygnębienie – wszyscy mają jeszcze w pamięci śmierć Cecylii Broll. Hajnel dostał ponadto rozkaz powiadomienia rodziny Waltera Stanetzkiego z Chełma Śląskiego o śmierci ich syna. Przykra sprawa, paskudna misja. Przyjaciel zginął na jego oczach. Hajnel był podłamany, bo zrozpaczonym rodzicom musiał opowiedzieć o wielkim bohaterstwie Waltera, którego rosyjski pocisk rozszarpał, a jego tylko ranił. I jeszcze przekazać rzeczy osobiste.

Pierwszy ich syn Gerhard zginął rok wcześniej także na froncie wschodnim. Jeszcze na początku 1939 r. przyjęli go do polskich podhalańczyków. Jakże dumni byli z żołnierskiego zdjęcia z orłem w koronie i z pióra na słynnym kapeluszu piechoty górskiej... We wrześniu bił się z Niemcami w obronie Nowego Sącza. Po kapitulacji wrócił do domu, tu dostał „trójkę” folkslisty i wnet upomniał się o niego Wehrmacht. Teraz znowu Walter... Jakiż to paskudny los kieruje życiem Stanetzkich?

Z różnych powodów Hajnel i Paul nie uwierzyli w oficjalną wersję śmierci kuzynki Cecylii. Bo jakże tak, że raz mówi się, że zabił ją polski bandyta, a z drugiej strony uważa się, że działała przeciw Rzeszy, stąd rewizje i gestapowskie śledztwo?! To do Cilki niepodobne. Nie uwierzyli ani w jedno, ani drugie.

Czytaj też: Kapitan Oskar Kusch. Antynazista z U-Boota, dziwny żołnierz Hitlera

Oblicza wojny daleko od frontów

Urlopowe dni przeznaczyli na prywatne śledztwo. Amatorskie, po omacku... To sprawa rodzinnego honoru i przelotne zapomnienie o wojnie. Przy okazji odkrywali prawdziwe oblicze krewniaczki i swoich rodzin. Dotarli do Polki, Teresy, z którą udało się porozmawiać po niedzielnej mszy. Dowiedzieli się o tajemniczych spotkaniach pod Wieżą Bismarcka. Poznali oblicza wojny daleko od frontów. Zorientowali się w wyborach dokonywanych na Górnym Śląsku wśród ich najbliższych po kolejnych zmianach granic. Odkrywali postawy parszywe, decyzje podejmowane w mrocznym milczeniu, boleśnie pragmatyczne, jedyne, żeby przeżyć. Hajnel chodził do szkół polskich, ale w domu panował duch śląsko-niemiecki. Choć może bardziej śląski. W jego batalionie chłopcy z Górnego Śląska trzymali się razem, zdystansowani od tych z głębi Niemiec, a szczególnie od tych z Prus. Oczywiście był to dystans na miarę możliwości.

Czas przepustek uciekał, a oni trwali w determinacji, żeby odkryć prawdę o rodzinnej tragedii. Bo gdzie jest zbrodnia, musi być również kara. To przecież odwieczna zasada sprawiedliwości. W to wierzyli żołnierze najpotężniejszej wówczas armii świata, którzy ze śmiercią byli już za pan brat. Za prawdą o zamordowanej krewniaczce przemierzali wzdłuż i wszerz swój kawałek Górnego Śląska. I po nitce rozwijali kłębek.

Hajnel Krawietzki dostał od związanego z rodziną niemieckiego dygnitarza NSDAP bilet na mecz w Bytomiu: Niemcy – Rumunia. Zrazu chciał zrezygnować, ale jak się dowiedział, że w reprezentacji Niemiec zagra słynny Ernest „Ezi” Wilimowski, był w stanie rzucić wszystko... Po drodze zajrzy na cmentarz i zapali świeczkę na grobie ojca Cecilii Broll.

Kłębek rozwijał się coraz bardziej. Żołnierskie śledztwo odkryło, że Cilka współdziałała z przedwojennym dziennikarzem „Górnoślązaka” w wyjaśnianiu prawdy o rzeczywistych przyczynach śmierci 145 górników kopalni Heinitz, w tym jej ojca. Redaktor Telesfor Nowicki pojawił się w ich domu jeszcze w 1923 r., po pogrzebie Paula Brolla. Cilkę odszukał już w czasie wojny, pomagała mu w nawiązywaniu kontaktów z synami poległych górników służącymi w wojsku. Swoimi sposobami zdobywał ich numery poczty polowej, a Brollówna wysyłała do nich listy w ramach obowiązku w DFW. Właśnie w tym celu spotykali się pod Wieżą Bismarcka.

Dziennikarz zamierzał dostarczyć do Londynu artykuł wyjaśniający prawdziwe przyczyny katastrofy w Heinitz – tym sposobem, za pomocą międzynarodowych mediów, wiadomość w niemieckojęzycznych audycjach miała dotrzeć do słuchaczy w III Rzeszy. Nic wielkiego, ale krople udowodnionych kłamstw rozsadzają skały. Rodzinni tropiciele prawdy podejrzewali, że ta sprawa mogła być powodem śmierci krewniaczki; dalsze dochodzenie wykazało, że hitlerowskie władze nie wiedziały o jej potajemnych związkach z Telesforem Nowickim.
W każdym razie bilet na mecz z Wilimowskim był dla Hajnela nie lada gratką. Będzie co opowiadać krajanom pod Charkowem albo już gdzie indziej...

Przed wojną „Ezi” z Ruchem Hajduki Wielkie (teraz Chorzów) zdobył czterokrotnie mistrzostwo polskiej ligi. A to, co zrobił na mistrzostwach świata we Francji w 1938 r. w meczu z Brazylią, było genialne! Przeszło do historii. Wprawdzie Polska przegrała 6:5, ale Wilimowski strzelił aż cztery bramki. Miesiącami o tym się mówiło i pisało. Los nie mógł Hajnelowi zrobić większej frajdy.

W tym czasie „Ezi” grał w TSV Monachium i dla reprezentacji Niemiec. Podpisał folkslistę i pro forma wstąpił do policji porządkowej, żeby nie wzięli go do wojska. Teraz był u siebie, w domu, w śląskim hajmacie. To dla niego na bytomski stadion ściągnęło 16 sierpnia 1942 r. ponad 55 tys. kibiców. Niemcy rozgromiły Rumunię 7:0, a ostatniego gola dołożył „Ezi”, chyba najlepszy w tym meczu. Stadion dosłownie oszalał. Z ostatnim gwizdkiem stadionowe głośniki zaintonowały: Deutschland, Deutschland uber alles... I stadion podjął niemiecki hymn. Kiedy minęła ostatnia zwrotka, Hajnel z całym stadionem długo skandował: Ezi, Ezi, Ernest, Ernest... Będzie co opowiadać w okopach.

Czytaj też: Spór o zbrodnię w Babim Jarze

Ostatni dzień przepustki

Tymczasem trzeba, niczym rodzinny Sherlock Holmes, dojść prawdy, tym bardziej że czas naglił. No i jeszcze zajść do Staneckich, przekazać zegarek po przyjacielu Walterze, zdjęcia, modlitewnik polski i mały medalik z Matką Boską. I dwa niewysłane listy. „Ostfront, 2. April 1942 – Kochani rodzice, niy pisołech ostatni miesionc, bo byłech lekko ranny w prawo rynka i nie mogłech pisać. Nic strasznego, 18 marca mnie trafili, ale ino z wierzchu, kości całe, nawet do lazarytu mnie nie wźni. Poszyli, dali opatrunek i wysłali na tydzień wolnego w wiosce na zadku i fertig...”. Dalej opisywał walki i życie w okopach, a na koniec: „Na razie do mnie niy piszcie, bo som my akurat im marsch i feldpost niy dojdzie. Jadymy furt. Sciskom wos mocno. Pozdrówcie ode mnie Helcia i opa Klemensa”.

I drugi list: „Osten, 16. Mai, 1942: Kochani rodzice, jestem zdrów i cały. Niy dziwcie się, że tak krzywo i niewyraźnie pisza, ale siedza teraz w moim schutzgraben. Rus doł nom chwila spokoju. Siedzymy nad rzeką. Wszystko furgo i piere jak pieron. Mamy co robić, bo my som pirwszej linii. Jak w grubie, na przodku. (…) Pozdrówcie ujka Johanna. Z Bogiem i do zobaczenia, Walter”.

No i jeszcze oficjalne pismo od dowódcy batalionu: „Na podstawie dostarczonego meldunku dotyczącego Waszego krewnego (...wpisać stopień służbowy, imię i nazwisko...) z żalem podajemy, że dnia 18 maja 1942 poległ w służbie Ojczyźnie i okrył się chwałą bohatera Armii Niemieckiej. Miejsce śmierci: Zmiev k. Charkow. Pochowany: przy kościele ortodoksyjnym w wiosce. Weitere Nachrichten liegen nicht vor”.

Nie ma żadnych innych wiadomości. Tylko tyle zostało po Walterze w pamięci Wehrmachtu. Kiedy w wolnych miejscach na urzędowym druku wpiszą jego nazwisko? Nie ma co martwic się na zapas.

Tym bardziej że została jeszcze jedna sprawa do załatwienia. Ważna. Hajnel nienawidził wojny i bezmyślnego, bezsensownego zabijania ludzi, których nie znał i nigdy nie widział na oczy. Na froncie był rozkaz, przymus, sytuacja bez wyjścia... Teraz chciał zabić. Z premedytacją. Śledztwo dobiegło końca.

W ostatnim dniu przepustki, zanim Hajnel wskoczył na stopnie pociągu do Krakowa z przesiadką do Kijowa, Cecylia Broll została pomszczona, a zbrodnia doczekała się kary. Kilka godzin później w rzece Przemsza odkryto ciało mężczyzny w esesmańskim mundurze.

Kiedy Heinrich Krawietzki witał się ze swoimi kolegami na froncie pod Charkowem w „Kattowitzer Zeitung”, ukazał się nekrolog zawiadamiający o pogrzebie: „W wyniku tragicznego nieszczęścia nasz Towarzysz, zacny pracownik, wzorowy działacz polityczny NSDAP, o numerze członkowskim 8.137.955 – SS – Sturmscharführer Alfred Zollna – nagle i nieoczekiwanie oddał swoje życie za Führera i Vaterland, wierząc w ostateczne Zwycięstwo”.

Czytaj też: Sojusznicy i kolaboranci hitlerowskich Niemiec

Górny Śląsk. Kryminalna zagadka

I na tym można by zakończyć kryminalną opowieść o Cecylii Broll pióra Rafała Ryszki – z moimi historycznymi wtrętami i ocenami – urodzonego w Tychach, po studiach we Wrocławiu, dzisiaj nauczyciela szkoły dla dzieci opóźnionych w rozwoju w Lipsku. Szczegóły pasjonującego śledztwa gefrajta (kaprala) Heinricha Krawiezkiego i pomagającego mu szeregowca Paula Schnajdera znajdziemy w książce „Tajemnica Cecylii Broll”. To jego literacki debiut, choć ma za sobą autorstwo i współautorstwo podręczników z pedagogiki specjalnej.

Ta opowieść wygląda jak retrokryminał, ale kryje się za nią prawdziwa historia Górnego Śląska, tylko inaczej opowiedziana. Pokręconą historię swojej małej ojczyzny i rodziny, która uwiła tu gniazdo przed wiekami, Ryszka zna trochę z książek i opracowań naukowych, ale przede wszystkim z opowieści najbliższych. Był nią od zawsze zafascynowany, próbował i dalej próbuje odkryć, jaki genius loci, duch lub demon włada jego zaczarowaną, mroczną krainą, piętnuje jej mieszkańców i wpływa na ich niezwyczajne losy.

Lata II wojny światowej to najgorszy czas dla mieszkańców Górnego Śląska. Za wybory tożsamościowe dokonane po przyłączeniu części tej ziemi do Polski w czerwcu 1922 r. płacono straszliwą cenę w mrocznym okresie 1939–45. Za wybory dokonane pod okupacją i po włączeniu do III Rzeszy – przyszło płacić po wojnie. Stawki były równie wysokie. Często śmiertelne.

Wprowadzona we wrześniu 1940 r. niemiecka lista narodowościowa zwana folkslistą wprowadziła cztery kategorie obywatelstwa. Wtłoczenie w odpowiednie ramy wiązało się m.in. z przymusową służbą wojskową. Te echa pobrzmiewają bezrefleksyjnie, ba, bezrozumnie aż do dzisiaj. Najczęściej przybierają formę, która świadczy o poważnych lukach w historycznej edukacji tych, którzy tej formy używają i wycierają sobie gęby „dziadkami i ojcami z Wehrmachtu”. Forma ta tragicznie obnaża ocean niewiedzy, tumaństwa i zwyczajnej głupoty.

Zrozumieć wybory dokonywane przez mieszkańców pogranicza nie jest łatwo. Zdarzało się, że rozczarowani przedwojenną Polską powstańcy śląscy przywdziewali mundury SS i stawali się aktywistami w strukturach NSDAP i aparacie bezpieczeństwa. Jeszcze inni z Afrika Korps gen. Erwina Rommla dezerterowali w północnej Afryce i na zachodnim froncie do armii gen. Władysława Andersa. Ciężko to pojąć, nosząc na oczach narodowe klapki, ale tak było. Nikt tej górnośląskiej historii nie zmieni, ale można starać się ją zrozumieć. Ciężko to idzie, ale nie wolno się zatrzymywać w tej drodze.

W połowie lat 90., po śmierci bliskiej krewnej z Mysłowic, Rafał Ryszka przejął bogate domowe rodzinne archiwum: jej i tych, którzy zginęli w czasie wojny albo po niej. W powojennych porachunkach, w kazamatach Syberii, jako wysiedleńcy do Niemiec, do których nigdy nie dotarli... Listy, fotografie, różne dokumenty, powiadomienia z frontów o poległych, wycinki z gazet. Ze zdjęciami chodził po rodzinie i pytał, kto na nich jest? Najczęściej nie znajdował odpowiedzi.

Postanowił więc „ożywić” nieznane sobie postacie w mundurach polskich i niemieckich, odtworzyć je w sytuacjach rodzinnych z fotograficzną wręcz dokładnością, pokazać w wojennych realiach Górnego Śląska, szczególnie hajmatu, małej ojczyzny, na którą patrzy teraz z perspektywy Lipska. Czuje się tęsknotę, widać, że wie o niej prawie wszystko. Kiedy publikuje odnalezione listy od żołnierzy Wehrmachtu, to fakty i sentyment w nich zawarty są prawdziwe aż do bólu.

Cecylia Broll to postać autentyczna, choć opowiedziana o niej historia już nie – widać ją na zdjęciu, przy końcu książki, w mundurze niemieckiej organizacji kobiecej. Na końcu, a nie na okładce, z której tajemniczo uśmiecha się ponętna i elegancka Victoria von Ballasco. Cóż, Cecylia była zwyczajną dziewczyną, jakich tysiące żyło na Górnym Śląsku. Miała swoje życie i swoją tragiczną śmierć. Victoria von Ballasko była gwiazdą srebrnego ekranu i spadła z kinowego nieba do chłopców z wojennych okopów.

Historia Górnego Śląska, jego genius loci, opowiadana jest na różne sposoby i w różnych literackich formach. Brakowało jej jako kryminalnej zagadki, jako – niech nawet będzie – retrokryminału, w którym wszystko jest prawdziwe oprócz sensacyjnego wątku, choć w tej zawierusze wojennej i taki mógł się wydarzyć.

Czytaj też: Tajemnice niemieckiej taktyki

Historię oceniać łatwo

Zapytam na koniec: gdzie tkwi sedno tej opowieści, jeżeli pominiemy wątek kryminalny?

Rafał Ryszka: „Starałem się pokazać, jak historie rodzinne, prywatne – własnych dziadków i przodków – splatają się z „wielką” historią państw i regionów. Czy tego chcemy, czy nie, czy tego się wstydzimy, czy nie. To »nasza« historia, nawet jak narusza społeczne tabu i wstyd, (…) nawet jak tamta prawda nie przystaje do zbudowanych mitów i legend. Warto poznać dokonywane wtedy wybory, rozterki, dramaty i dylematy zwykłych ludzi, aby osadzić je w realiach i kontekstach. Nikomu przy tym nie odbierając »krzywd« i »zasług«, nie umniejszając, nie relatywizując, nie gorsząc... Chodzi o pokazanie hajmatu – ojczyzny, która jest własna, bliska, swojska, tutejsza – tym bardziej że wielu tęskni do Vaterlandu, który ma być uber alles.

Historię łatwo oceniać, stawiając dzisiejsze miary i skale. Z perspektywy czasu wszystko jest proste, a historyjki, które znamy z podręczników o bezkompromisowych bohaterach, są jednoznaczne, pouczające i budzą szacunek. Wyidealizowane, osadzone w czarno-białym świecie. Życie zwykłych ludzi, szczególnie w burzliwych czasach, takie nie jest. Od zwykłych ludzi doczesność zawsze wymaga kompromisów i bezustannego lawirowania na granicy przyzwoitości, moralności, a nierzadko narażania życia. Historia to tragiczna ekwilibrystyka”.

Losy Ślązaków w całym burzliwym XX w. udowadniają, że nie ma prostych historii, a na Górnym Śląsku szczególnie ich nie ma. I to trzeba wiedzieć.

Czytaj też: Wrzesień 1938. O włos od zamachu na Hitlera

***

1. W 1871 r. w Bieruniu, w pruskiej prowincji Śląsk Cesarstwa Niemieckiego, powstała fabryka materiałów wybuchowych, ósma na świecie po wynalezieniu dynamitu (w 1867 r.) przez Alfreda Nobla. Lignoza była największa w II Rzeszy, potem największa w II Rzeczpospolitej, następnie jedną z największych w wojennej III Rzeszy. Wreszcie największa w produkcji śmiercionośnych materiałów, z dynamitem i nitrogliceryną włącznie, w PRL i teraz w III RP.

Dzisiaj Nitroerg przy okazji produkuje zapalniki i lonty detonujące, a już przy okazji w ogóle uszlachetniacze, dodatki do oleju napędowego. Przed dwoma laty ta piąta z największych w Europie firm materiałów wybuchowych obchodziła 150-lecie. Dzieje fabryki to także historia jej pracowników. Przez ponad pół wieku pracowali dla niemieckich Prus, 17 lat dla II RP, w latach 1939–45 dla III Rzeszy, a po wojnie dla PRL i III RP. Do tej krótkiej opowieści należy dodać, że we wrześniu 1939 r. pracownicy Lignozy udaremnili wysadzenie fabryki nakazane przez wycofujące się władze polskie, a w styczniu 1945 r., tuż przed wejściem Armii Czerwonej, dwóch robotników unieszkodliwiło system wybuchu 20 ton nitrogliceryny. Już samą historią Lignozy-Nitroergu można kreślić dzieje tych ziem, losy i wybory – lub niemożliwość wyborów – jej mieszkańców.

2. III powstanie śląskie wybuchło w nocy z 2 na 3 maja i trwało do 5 lipca 1921 r. Powstańcy zaatakowali i zdobyli Kędzierzyn, w tym dworzec kolejowy, ale po kilku godzinach musieli się wycofać. Miasto ponownie zajęli 9 maja i utrzymali do 4 czerwca.

3. List Józefa Stoleckiego (1922–42) do domu w Chełmie Śląskim znalazł się w publikacji Alojzego Lysko, pisarza, regionalisty („Losy Górnoślązaków przymusowo wcielonych do Wehrmachtu na podstawie listów, wspomnień i dokumentów”. Biuletyn IPN nr 6–7/2004).

4. Dezerterzy z Wehrmachtu, jeńcy wojenni i robotnicy przymusowi stanowili 36 proc. – ok. 89 300 żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Było ich tysiące w Ludowym Wojsku Polskim. Najwięcej pochodziło z Górnego Śląska i Wielkopolski, nie brakowało też mieszkańców Kaszub, Gdańska, Kujaw, Warmii i Mazur. Według badań prof. Ryszarda Kaczmarka, historyka z Uniwersytetu Śląskiego, w czasie II wojny światowej we wszystkich formacjach niemieckiego wojska służyło około pół miliona przedwojennych obywateli II RP.

„Tajemnicę Cecylii Broll” Rafała Ryszki wydało Stowarzyszenie Rozwoju Zawodowego Śląska i Małopolski w Lędzinach. Jej narracja budowana jest w języku polskim, niemieckim i śląskiej godce – jak sentencja Seneki na wstępie. Wychodzi nad wyraz czytelna. Kontakt z autorem na stronie: http://www.schlesienmalanders.eu.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Fotoreportaże

Świat kolekcjonerów zabawek. Ludzie bez pasji ich nie zrozumieją

Świat kolekcjonerów zabawek niewiele ma wspólnego z zabawami.

Juliusz Ćwieluch
28.01.2023
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną